Rozmowa, spotkanie

Tulenie Sawy

Mądry i czuły tata jest na wagę złota. To niebywale trudne zadanie - być stałym oparciem dla czterek córek i żony, a przy tym zachować w sobie chłopięcy świat.

Ale Emil nigdy by tego nie przyznał – dla niego wyzwania rodzicielskiej codzienności to coś oczywistego i naturalnego. Nie będzie narzekał, że dziewczynki nie mogą się ze sobą dogadać. Co najwyżej przejmie telefon Gai i zadzwoni do Barbie, żeby dziś nie przyjeżdżała z wizytą. Potem utuli i wyłaskocze całe towarzystwo, a tym samym wprowadzi równowagę i spokój do tego skomplikowanego dziewczęcego świata, w którym żyje i z którym radzi sobie pierwszorzędnie.

W kwietniowe słoneczne przedpołudnie wypiliśmy razem dzbanek kawy, posłuchaliśmy paru dobrych kawałków i ucięliśmy sobie rozmowę o tuleniu oraz wartości i luzu w relacji na linii tata – córki. „Rodzic musi totalnie odlecieć, żeby złapać ten wspólny flow, zwariować na chwilę” – mówi Emil, a my przyklaskujemy tej zdystansowanej i zdrowej wizji ojcostwa, która tak dobrze równoważy rozemocjonowane macierzyństwo. Poznajcie Emila, tatę Zoi, Bianki, Gai i 7-miesięcznej Sawy, bohatera kolejnej odsłony cyklu Tulimy w Tula.

***

Trudno mi wyobrazić sobie bardziej czuły obrazek niż dziewczynka nosząca w chuście maleńką siostrzyczkę. Jak to się stało, że Zoja wpadła na ten pomysł i jak się to noszenie podoba Sawie? 

Zoja samą siebie nazywa „drugą mamą”. Nawiązała niezwykłą więź z Sawą. Potrafi ją czasem skuteczniej uspokoić  niż ja. Wszystkie dziewczynki potrzebują się przytulać, a teraz oprócz rodziców mają jeszcze Sawę. Trudno jej się oprzeć.

 

Sawa lubi być blisko dziewczynek, a jedyną przeszkodą z noszeniu jest zasób sił. Chusta po prostu odciąża jej ręce.

 

 

Jak to jest być tatą czterech córek?

 

Często słyszę to pytanie i zawsze wtedy myślę, że właśnie przez to, że jestem tatą czterech cudownych, żywiołowych i wygadanych dziewczynek nie mam czasu na tego typu refleksje. Chciałbym jakoś zebrać myśli, spojrzeć szerzej, ale decyzje trzeba podejmować na bieżąco. Dlatego tak ważne jest to, żeby być choć w dużym procencie osobą ukształtowaną, bo to zapewnia jakąś spójność w wychowaniu.

A na co dzień wygląda to tak, że zasypiam z inną dziewczyną i budzę się z inną (śmiech). Jak wchodzę do domu leci w moją stronę rozkrzyczana gromada i wszystkie zaczynają jednocześnie coś opowiadać. Monika też (śmiech). I bardzo lubię ten szok w oczach osób na mieście, gdy dociera do nich, że te wszystkie dziewczynki idące za mną są moje.

Co chciałbyś wpoić swoim dziewczynom? Jak sprawić, by wyrosły na silne, świadome swojej wartości kobiety?

Gdzieś przeczytałem, że tata ma wpływ na cztery ważne elementy kształtujące osobowość kobiety. Pamiętam dwa (śmiech). Pierwszy to przesuwanie granic, czyli „wejdź wyżej na drabinkach, dasz radę” i budowanie kobiecej pewności siebie. Przykładam się do tych zadań, chociaż po szyciu brody Bianki z tymi „drabinkami” jest różnie.

Chciałbym, żeby były pewne siebie, ale nie bezczelne. Wierzyły w siebie, ale nie były wobec siebie bezkrytyczne. Były empatyczne, ale nie dawały się wykorzystywać. Wspierały się jako siostry, ale motywację znajdowały w sobie. Podążały za swoimi pasjami, ale w końcu zdecydowały się na jedną ścieżkę. Kochały bezgranicznie rodziców… i tu nie ma ALE.

 

 

Jakie są Twoje córki? Czy wiele je łączy, a może wszystko dzieli?

Łączy je jedno – są niebezpiecznie inteligentne. To taki paradoks, bo z drugiej strony wiem, że czekają nas przez to niezwykle trudne rozmowy. Już teraz odczuwamy wytykanie wszelkiej niekonsekwencji i niepewności. Zastanawiam się, czy starczy mi mądrości, żeby je poprowadzić. Pamiętam swoje pytania, które stawiałem rodzicom i te bitwy, które wciąż nimi staczałem. Rodzice nie zawsze wygrywali od razu, ale zawsze wracali przygotowani.

Jak się nawzajem rozśmieszacie? 

Niezawodna jest „szyjka”. Wyrobiłem w nich nawyk – wystarczy, że zbliżę usta i już chowają głowę w ramiona. Humor w tym wieku jest trudny, bo rodzic musi totalnie odlecieć, żeby złapać ten wspólny flow, zwariować na chwilę. Ale my nie mamy z tym problemu. Humoru też trzeba nauczyć, a ja się śmieję zazwyczaj wtedy, kiedy inni milczą. No chyba, że z Moniką. My mamy swoje jazdy. Ale niestety, ja jestem mistrzem najgorszych sucharów – wolałbym, żeby tego nie przejęły (śmiech).

Kiedy jest Wam razem najlepiej?

Najlepiej nam jest, kiedy jesteśmy w pełni dla nich, a raczej nie należymy do osób, które cierpią na bezczynność. W ostatnim czasie przestaliśmy się „rozdrabniać” i nagle się okazało, że mamy bardzo dużo czasu do rozparcelowania. Znacznie bardziej jesteśmy skupieni na dziewczynkach – poczynając od szkoły po emocje, a ja nawet znalazłem trochę czasu na muzykę.

Czy zdarza wam się razem grać, śpiewać, samplować? A może wspólnie rapujecie?

Dziewczynki rapują z pamięci mój cały kawałek, a nie jest prosty pod względem timingu i intonacji. Konsultuję z nimi bity, a że producenci bardzo charakterystycznie je nazywają, to jest z tych rozmów dużo frajdy. Zastanawianie się, czy lepszy jest „romantyczny Syryjczyk” czy „romantyczna skała bazaltowa” to lekka abstrakcja, która się urealnia.

Dużo tańczymy w domu. Taniec rozładowuje. Lubię puścić muzykę i pokręcić się po pokoju. Z czasem dziewczyny zaczęły się dołączać. Teraz noszę Sawę przy muzyce – też się wtedy uspokaja. Monia też jeszcze umie poruszać ramionkiem.

Myślałeś o tym, żeby nagrać z dziewczynami płytę?

Kiedyś miałem pomysł, żeby w hipotetycznej sytuacji wydania płyty, na wszystkie wywiady posyłać córki zamiast siebie. To by było zabawne (śmiech).

Z tego, co wiem, od samego początku nosiłeś Zoję, potem Biankę i Gaję, bo nie przepadały za wózkiem. A więc masz już takie doświadczenie, że spokojnie mógłbyś udzielać korepetycji w tym zakresie.

Właściwie to pamiętam głównie noszenie. Chyba tylko Bianka nie była tak całkiem na bakier z wózkiem. No i teraz Sawa czasem się zdrzemnie w gondoli.

Zoja wczesne dzieciństwo spędziła w chustach i nadała ton dla kolejnych córeczek. Przetestowaliśmy wszystkie marki dostępne wówczas w Polsce. To był czas, kiedy ludzie podejrzliwie patrzyli na chusty, bo często padały zarzuty – wynikające głównie z niewiedzy – o pioniozowanie dzieci, które obciąża kręgosłup. Po tylu latach noszenia Zoja ma prawidłową budowę, jest sprawna i rozwija się prawidłowo.

Kiedy wracam myślami do czasów, kiedy dziewczynki jeszcze nie chodziły, mam je przed oczami przylepione do brzucha, ich ciepło i delikatne ruchy podczas zmieniania pozycji. Dzięki nosidłom Monika karmiła dziewczynki prawie w każdej sytuacji i miejscu.

A jakie jest to wasze nowe dzieciątko, czy dobrze się sprawuje? Czy Sawa czymś was zaskoczyła?

Przy kolejnych ciążach byliśmy z Moniką przekonani, że „tym razem dostaniemy w kość” i nowo narodzone dziecko w przeciwieństwie do poprzedniego, będzie płakać całą dobę itd. Nic takiego się nie wydarzyło. Sawa jest tak samo fantastycznie spokojna jak Zoja, Bianka i Gaja. Przesypia całe noce. W ciągu dnia jest pogodna i kontaktowa. Swoim entuzjazmem przypomina mi Zoję, której nie dało się zrobić nieuśmiechniętego zdjęcia.

 

Plusem bycia doświadczonym rodzicem jest taka czysta forma cieszenia się rodzicielstwem. Nie panikujemy jak kiedyś. Wiemy, co nas czeka, szybciej diagnozujemy sytuację i od razu mamy w głowie wachlarz rozwiązań. Pozostaje tylko czerpać z tego czasu, bo – może zabrzmi to banalnie – jeszcze niedawno zabierałem Zoję w chuście na spacer z psem, a teraz po mieszkaniu krąży nieobecna pół-nastolatka w nosem w książce.

Dzięki za spotkanie i rozmowę. Trzymam za was kciuki!

***

Zdjęcia: Joanna Szpak-Ostachowska/joannawkolorze.pl

Rozmawiała: Dominika Janik

Monika używa chusty kółkowej Tula Heliconia Tropics.

Leave a comment 9 komentarzy

  1. Ojej.. Zoi nie Zoji, Bianki nie Banki, poprawcie szybko. Piękne​ zdjęcia, tylko ten tata jakiś niewidoczny na nich, więc ciężko poznać;)

  2. Piękna rozmowa. Najlepszy fragment o zdziwieniu ludzi na mieście 🙂 Podziwiam Monikę od dawna, ale wiadomo, że nie może być sama z taką gromadką 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama