Tulenie Mani i Jasia

Tuli Karolina Szymańska

Czerwiec ledwo się zaczął, a wszyscy już czekamy na wakacje. Karolina z rodziną wakacje lubią mieć niezależnie od czasu. W maju wyjechali do Holandii, wrócili zachwyceni. Zobaczcie sami.

Karolina od lat pokazuje nam, że podróże są fajne, a podróże z dziećmi – najfajniejsze. Że można wszystko i nic specjalnie nie trzeba. Że dobra organizacja podstawowego ekwipunku nie jest ważniejsza od uważności i zadbania o komfort najmniejszych podróżników. W naszej rozmowie zdradza nam, że nosidła są ich rodzinnym przepisem na sukces w podróży. Bez Tuli ani rusz. W naszym cyklu #Tulenie w Tula pokażemy dziś rodzinną Holandię i pomówimy o tym, jak dobrze jest móc odpocząć blisko rodzica.

 

*

Karolina, a was znowu gdzieś przyjemnie poniosło. Dokąd wybraliście się tym razem?

Na majówkę postanowiliśmy zrobić sobie taki prawdziwy roadtrip do Holandii. Wynajęliśmy busa, zabraliśmy na pokład zaprzyjaźnioną rodzinę podróżników i naszego psa, i ruszyliśmy w trasę. Chcieliśmy trochę nacieszyć się samą drogą, z poziomu samochodu obserwować zmieniające się krajobrazy. W Holandii zamieszkaliśmy w bajkowym wiatraku z początku XX wieku – musimy przyznać, że miejsce było niesamowite!

Co was tam urzekło?

Duże wrażenie zrobił na nas klimat małych holenderskich miasteczek: kolorowe niewielkie domki otoczone pięknie utrzymanymi ogrodami, wszechobecny porządek, równo przystrzyżone trawniki. Mieliśmy wrażenie, że nic się tam nie dzieje przypadkowo. Wszystko jest zaplanowane, dopieszczone i zrobione na czas. Zakochaliśmy się też w Amsterdamie – niezwykłym mieście z XVII-wiecznym układem kanałów poprzecinanych mnóstwem mostów i mostków, pełnym klimatycznych zakamarków i przepięknych kamienic. Wystarczy pojechać rowerem trochę dalej od zatłoczonego turystycznego centrum, by miasto dało się poznać z zupełnie innej perspektywy.

No i pola tulipanów. Marzenie każdego fotografa. Niestety okazało się, że wiosna w tym roku była wyjątkowo ciepła i intensywna, przez co okres kwitnienia tulipanów skrócił się o jakieś 2-3 tygodnie. Dotarliśmy na samą końcówkę. Ale i tak było warto!

Jakieś zaskoczenia?

Muszę przyznać, że mocno się zdziwiliśmy, kiedy zobaczyliśmy piękne, piaszczyste i niemal puste plaże nad Morzem Północnym. Jakoś chyba wcześniej nie myśleliśmy o tym, że Holandia może mieć tak fajne wybrzeże. Wiemy już, że na pewno tam wrócimy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Holandia lubi rodziny z dziećmi?

Holandia to wymarzone miejsce na rodzinne wyprawy. Małe miasteczka są ciche i spokojne, wszędzie jest stosunkowo blisko, infrastruktura przystosowana jest dla różnych grup społecznych. Ludzie są mili i pomocni, wszyscy mówią po angielsku. W sklepach jest mnóstwo dziecięcych produktów, w knajpkach menu dostosowane do dzieci – można np. zamówić pół porcji – są przewijaki, toalety dla dzieci. Nie mówiąc już o ofercie dla starszaków: muzea, opera, centra nauki. Szkoda, że nie zostaliśmy tam dłużej!

Co znaleźliście tam fajnego dla rodzin, czego u nas brakuje?

Naszym rodzinnym zachwytem numer jeden, którego chyba jeszcze długo nie będzie w Polsce, choć powoli się to zmienia, jest rodzinna infrastruktura rowerowa. Począwszy od wszechobecnych ścieżek i tras rowerowych, przez powszechność różnych form wożenia dzieci: rowery cargo różnej wielkości, foteliki z przodu, z tyłu, rozkładane, nierozkładane, tandemy dla rodzica i dziecka, po standardową możliwość wypożyczenia rowerów z fotelikami. Nie zapomnę, jak w Parku Narodowym De Hoge Veluwe chcieliśmy wypożyczyć rowery: okazało się, że wszystkie (a było ich ponad 1800!) mają zamontowane na stałe foteliki dla dzieciaków, które – jeśli nie przyjechaliśmy akurat z dzieckiem – równie dobrze mogły służyć do przewozu bagażu. Niesamowite, prawda?

Może i u nas to się kiedyś pojawi… Jaki macie sposób na poznawanie nowych miejsc?

Po czterech latach jeżdżenia po świecie z naszymi maluchami wiemy jedno: nie spieszyć się i być elastycznym, czyli slow travel w czystej postaci. Nasze dzieciaki mają czas na zaadaptowanie się do nowej sytuacji, a my – na lepsze i bardziej intensywne doświadczanie miejsc, w którym jesteśmy. Zazwyczaj jeszcze przed podróżą wybieramy sobie kilka punktów, do których chcemy dotrzeć. Nie opracowujemy szczegółowo trasy, nie rezerwujemy noclegów. Jesteśmy otwarci na to, co spotka nas na miejscu: słuchamy lokalsów, zmieniamy plany, jeśli coś nas zachwyci albo rozczaruje. Dzięki temu jesteśmy w stanie odkryć o wiele więcej, zobaczyć zupełnie inne, nieopisane w żadnym przewodniku miejsca.

Jak w tym wszystkim młodsza połowa ekipy?

Mania i Jasio podróżują z nami odkąd się urodzili. Mania wsiadła do samolotu kiedy miała niespełna cztery miesiące, Jasio jeszcze mniej. Razem byliśmy w Chile, na Islandii, w Tajlandii, Kambodży, Maroku czy Izraelu. Często ruszamy na krótkie wycieczki po Polsce, niemal każdy weekend spędzamy aktywnie: na wycieczce rowerowej, kajakach czy spacerach z psem. Dla dzieciaków nasze wyjazdy są więc czymś naturalnym. Po prostu tak spędzamy wolny czas.

 

Mania i Jaś pięknie rosną (4 i 2 lata), a wy nadal zabieracie nosidła…

No pewnie! Nie wyobrażamy sobie naszych podróży bez nosideł! Najważniejsze rzeczy, które możemy dać naszemu dziecku, to bliskość, czas i uwaga. Kiedy dziecko jest blisko nas, czuje nasz zapach, słyszy bicie serca, czuje się bezpiecznie – bardzo ważne jest to zwłaszcza w podróży do nieznanych miejsc, w których wszystko jest nowe i potrzeba czasu, by je oswoić. Dlatego też nosidło czy chusta to idealne rozwiązania dla rodziców, dla których bardzo ważne jest świadome budowanie relacji bliskości z własnym dzieckiem już od pierwszych dni życia. A potem, jak maluchy są już większe, nosidełko to superrozwiązanie na zmęczone nóżki czy potrzebę bycia blisko.

Od kiedy używacie Tuli?

Tulę odkryliśmy tuż po narodzinach Jasia. Wcześniej używaliśmy chusty tkanej i elastycznej, kółkowej i innego typu nosideł.

Kiedy przydaje się wam najbardziej?

Tuli używamy praktycznie wszędzie. Mając malucha w nosidełku, możemy robić zakupy, wspinać się po górach, wchodzić codziennie po kilka razy na piąte piętro bez windy, wyjść na spacer z psem, trzymać się słupka w komunikacji miejskiej albo uśpić dziecko w samolocie. Nasze ręce są wolne, możemy skupić się na innych rzeczach niż prowadzenie wózka albo trzymanie dziecka. Często sobie żartujemy, że nasza Tula to taka brakująca trzecia ręka, o której czasem marzy każdy rodzic.

Co wam daje w podróżach?

W naszych wyprawach jedną z najważniejszych rzeczy jest dobrze spakowany bagaż, sprawne przemieszczanie się i wygoda. Dlatego też zazwyczaj nie zabieramy ze sobą wózka: nie zawsze możemy go gdzieś schować lub się z nim poruszać. Tula nie zajmuje zbyt dużo miejsca, łatwo ją spakować do plecaka lub po prostu zawiązać sobie na biodrach i w razie potrzeby szybko włożyć lub wyjąć dziecko.

 

Czy coś wam się udało tylko dzięki temu, że podróżujecie z nosidłami?

Dzięki nosidełkom weszliśmy z naszymi dziećmi na jeden z najwyższych szczytów Tajlandii, zeszliśmy wzdłuż i wszerz Wenecję, Amsterdam i Bangkok, chodziliśmy po lasach Kotliny Kłodzkiej i wulkanach Islandii. Nie mamy problemu z popołudniową drzemką, wysokimi i nierównymi chodnikami czy ruchliwą ulicą. Jeśli chcemy wybrać się na wieczorny spacer po mieście, pakujemy Jasia i Manię w Tulę i ruszamy – nie martwimy się o to, że za chwilę musimy położyć je spać. Maluchy towarzyszą nam cały czas, czują się pełnoprawnymi uczestnikami wydarzeń. A jak są zmęczone albo mają za dużo bodźców, po prostu się wyłączają i zasypiają.

Myślisz, że dadzą się jeszcze trochę ponosić?

Jestem przekonana, że tak. Mimo, że czteroletnia Mania już od dawna woli poznawać świat na własnych nogach, to też czasem bywa zmęczona lub śpiąca. Podobnie Jasio – każde dziecko potrzebuje bliskości i tulenia.

*

Karolina wybrała nosidła: Mystic Meadow i Love you so much.

 

Karolina Szymańska o sobie: Jestem szczęśliwą mamą dwójki maluchów: 4-letniej wrażliwej, upartej i piekielnie zdolnej Marianny i dwuletniego Jaśka – żywiołowego i odważnego bystrzaka o najbardziej rozbrajającym uśmiechu świata. Razem z mężem prowadzę bloga o podróżowaniu z dziećmi, dzieciństwie unplugged, w duchu rodzicielstwa bliskości, szacunku dla siebie nawzajem, pielęgnowania naszej więzi i celebrowania wspólnych chwil. Wierzę, że dzieciństwo to magiczny czas: to, wtedy kształtuje się nasza wrażliwość, a to, co z niego zapamiętamy, zostaje na całe życie.

​Uwielbiam otaczać się ludźmi, którym się chce, staram się zarażać dobrą energią, cieszę się drobiazgami: dobrym jedzeniem, kolejną rośliną na półce czy ręcznie wykonanymi przedmiotami. Zawodowo zajmuję się komunikacją marek i instytucji kultury.

*

 

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Our little adventures

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.