Mama

Tulenie Lily

Maja wiedzie piękne życie. Mieszka w sercu stolicy, wszędzie dociera piechotą, a nieodłączną towarzyszką jej wypraw jest roczna córeczka Lily. Złote dziecko, które w tej codziennej podróży czuje się jak ryba w wodzie. W zasadzie mogłaby się w tym komforcie zatracić, ale wie, że to nie jest jej historia.

Maja jest stylistką, która przez ostatnią dekadę związana była z prasa modową, m.in. z Twoim Stylem, Glamour, Harper’s Bazaar i magazynem PANI. Od roku jest mamą i nadal łaknie samorealizacji, spełniania siebie i marzeń. Tak było również ze stroną Woman & Mother, tak będzie z marką Lily & The Cat, która niebawem powstanie. Postanowione, przemyślane, wykonane. Lily zaś jest miłością, inspiracją i wsparciem jej pomysłów. Obie z Mają sa lutowymi dziewczynami – Lily dopiero co obchodziła pierwsze, Maja zaś 30 – ste urodziny. Teraz, dzięki miękkiej Tuli będą ze sobą jeszcze bliżej. Namówiłyśmy dziewczyny na przechadzkę po ulubionych warszawskich miejscówkach i rozmowę z cyklu Tulimy w Tuli, o tuleniu, noszeniu i codziennych czułościach. Będzie o macierzyństwie, wyborach, dniach podobnych do siebie i tych zaskakująco różnych, o potrzebie pracowania, budowania i działania. Czytajcie.

***

Dobrze Ci się żyje w Warszawie?

Do Warszawy przeprowadziłam się gdy miałam 5 lat. Wcześniej mieszkałam z moimi rodzicami i bratem w Berlinie. Dorastałam na Bemowie, w domku jednorodzinnym, który własnoręcznie wybudował mój dziadek. To były piękne chwile, ale odkąd skończyłam 15 lat marzyłam tylko o tym, by się usamodzielnić. A najbardziej o mieszkaniu w ścisłym Centrum, w bloku lub kamienicy. Minęło parę lat i wszystko się spełniło. Mieszkam przy ul. Mokotowskiej, jednej z najbardziej „fancy” ulic Warszawy (śmiech). Dużym plusem tej lokalizacji są świetne miejsca w okolicy.

Opowiedz, gdzie najchętniej chodzisz?

Jednym z moich ulubionych miejsc jest butik KYOSK na ul. Koszykowej. Totalny klimat, przepiękne rzeczy – większość z nich to skandynawskie marki, w tym ukochane przez większość stylistów Rodebjer.

 

Na lunch i spotkania najczęściej umawiam się w Bazarze Kocha. Kiedyś nie lubiłam tego miejsca, ale po tym, jak poprawiło się u nich z jedzeniem, szybko zmieniłam zdanie. Poza tym cudowna obsługa i piękny wystrój.

Niedaleko jest świetna perfumeria, Galilu. Tu kupiłam jedne ze swoich ulubionych perfum, Deliria. Panie, które tu pracują są geniuszami w swoim fachu, a ja za każdym razem jestem pod wrażeniem ich wiedzy! Magicznym miejscem jest też Bistro La Cocotte – dla miłośników francuskiej kuchni i klimatu tamtejszych knajpek.

Na wycieczkę, po twoich ulubionych miejscach, wybrałaś się z Lily w nosidle. A ona cierpliwie przewędrowała z nami całkiem spory kawałek drogi w ten chłodny lutowy dzień. Pewnie jesteście już zaprawione w noszeniu?

Zaczynałyśmy od chusty, ale kiedy kupiłam pierwszą przeżyłam niemałe zaskoczenie. Nie samą chustą, lecz podejściem Lily. Miała wtedy niecałe 3 miesiące i za każdym razem, kiedy próbowałam ją zamotać, wszczynała bunt. Nie mogłam tego zrozumieć, bo przecież wszędzie czyta się, że każde dziecko to lubi i w chuście staje się spokojniejsze. Byłam pewna, że to ja robię coś źle no i dość szybko się poddałam. Potem dotarło do mnie, że Lily po prostu nie lubi być skrępowana. Po jakimś czasie postanowiłam spróbować z kółkową Tulą. Początkowo trochę leżała w szafie, ale kiedy Lily skończyła 8 miesięcy, chusta została zaakceptowana! Szkoda tylko, że tak późno.

Nic straconego, nadrobicie ten czas w nosidle. Masz już jakieś plany odnośnie wspólnych wycieczek i takich codziennych spraw, w których nosidło może być pomocne?

Ulala, czekam na wiosnę – wtedy dopiero Lily nie będzie z niego wychodzić! (śmiech). A teraz nosidło przydaje mi się najbardziej wtedy, kiedy muszę wyskoczyć z domu po tzw. „bułki do sklepu”. Kiedy chcę się szybko przemieścić, ale na krótką chwilę – wtedy nosidło jest dla mnie zbawieniem. Do tej pory musiałam ładować Lily do wózka, a że wyjście z mojego mieszkania nie jest taką łatwą sprawą – schody w dół, w górę, 100 par drzwi, w tym te od oldschoolowej windy – było to dla mnie istną zmorą. Zawsze niefortunnie musiałam gdzieś zahaczyć kołem albo obić się o barierkę. Wolałam zrezygnować ze śniadania, byle uniknąć tego toru przeszkód, który za 5 minut miałabym przechodzić od nowa, tyle, że w drugą stronę.

Super sprawdza się też, kiedy idę na jakieś spotkanie, które zazwyczaj umawiam w okolicy domu. Przestałam się też na nie spóźniać, zawsze mogę spokojnie podbiec, przy czym Lily pęka ze śmiechu za każdym razem, kiedy podskakuje razem ze mną. Chyba myśli, że wtedy tańczymy (śmiech).

Twoje mieszkanie wypełnione jest książkami i magazynami o sztuce i modzie.

Otoczenie jest dla mnie bardzo istotne. Mocno wpływa na mój nastrój, na to jak spędzam dzień, pobudza kreatywność i dodaje mi sił. Dlatego rzeczy związane z moimi zainteresowaniami to absolutny must have, zwyczajnie muszę się nimi otaczać. Książki i magazyny to tona inspiracji, nigdy nie wiadomo, kiedy któraś z nich się przyda, a wbrew pozorom, internet nie zawsze wystarcza. Ostatnio musiałam zrobić selekcję, bo uzbierane przez lata tytuły niebezpiecznie zarosły ścianę w dużym pokoju, a kot zaczął traktować je jako drapak – myślałam, że dostanę zawału!

Mam duży szacunek do prasy, przede wszystkim dlatego, że wiem, ile pracy trzeba włożyć by powstał jeden numer. I też dlatego, że nie jest to tani zakup – ceny zagranicznych tytułów dostępnych w Polsce wahają się pomiędzy 40-100zł, czasem więcej. Ktoś kupiłby za to kolejną książkę, a dla mnie to jest inwestycja, głównie w moją przyszłą pracę.

Skąd u Ciebie zainteresowanie modą?

Nie wiem skąd wzięło się u mnie zainteresowanie modą, wiem za to, od czego zaczęła się moja przygoda z tym światem. Kiedyś robiłam zdjęcia, które sama stylizowałam ubraniami z własnej szafy, lumpeksu i H&M. Można było je łatwo zwracać i były w sam raz na moją kieszeń. Modelki wyszukiwałam na Gronie lub prosiłam o pomoc koleżanki. Myślałam, że zajmę się prędzej fotografią – miałam nawet kilka płatnych fuszek. Dopiero podczas rozmowy kwalifikacyjnej do warszawskiej Akademii Fotografii, zadawane przez wykładowcę pytania dały mi do zrozumienia, że w tym wszystkim najbardziej bawi mnie kompozycja i ubrania, które zestawiałam z różnymi gadżetami. To był mój znak rozpoznawczy: kolorowe rajstopy i dodatki typu różowe poroże czy gipsowy, neonowy krasnal (śmiech). Brzmi strasznie, wiem!

Tęsknisz za regularną pracą stylistki?

Nadal nią jestem, ale teraz pracuję mniej i bardzo mi tego brakuje. Na początku urlopu macierzyńskiego dostałam kilka fajnych propozycji wystylizowania sesji i musiałam każdą z nich odrzucić. Byłam przywiązana do Lily, karmiłam piersią i tak właściwie to nie miałam z kim jej zostawić. A praca stylisty nad sesją nie jest kwestią godziny czy dwóch, tylko dni.

Na czym to polega? Co trzeba ogarnąć?

W bardzo dużym skrócie: zaczyna się od zbierania inspiracji do wcześniej omówionego już tematu sesji. Po ustaleniu wszystkiego, zrobieniu niezwykle przydatnego w tej pracy moodboardu, zaczyna się zbieranie ubrań po całym mieście: ze sklepów, od projektantów, showroomów. Po drodze czasem jest jeszcze kilka spotkań organizacyjnych z ekipą. Potem zaczyna się praca na samym planie zdjęciowym, zazwyczaj od samego rana do późnego wieczora. Na samym końcu, trzeba wszystko co się wypożyczyło poodwozić – zazwyczaj na drugi dzień – to jest najgorszy punkt całej sesji, często zahaczając o pralnie, czy szewca lub krawca. 

A wydawałoby się, że to takie lekkie i nieskomplikowane zajęcie…

Tak, a ja i tak myślałam, że się popłaczę za każdym razem, kiedy musiałam odmawiać. Wiesz jak jest, ten stres, kiedy na początku mówisz ciągle „nie”, a potem nagle już nikt nie dzwoni. Bałam się, że zostanę przez ten rok całkowicie wymazana z listy stylistów. To chyba typowe myślenie matki na macierzyńskim. Czułam się bezużyteczna dla świata, któremu poświęciłam znaczną część swojego życia.

Byłam przerażona, co ze mną będzie i zarazem wkurzona, że to nie może się tak po prostu skończyć tylko dlatego, że zrobiłam sobie rok przerwy. I oczywiście był okres totalnej ciszy, a kilka kampanii marek, którymi się wcześniej zajmowałam, przejął ktoś inny. Jednocześnie było też wiele super momentów, jestem bardzo wdzięczna wielu PR-owcom, którzy utrzymywali ze mną stały kontakt, zapraszali na prezentacje kolekcji, pokazy mody naszych projektantów, wysyłali newsy ze świata mody. To samo zaprzyjaźnione showroomy. To mnie totalnie podtrzymywało na duchu!

I wtedy właśnie zbudowałaś swoją stronę?

Przełomem był okres, kiedy Lily skończyła 6 miesięcy. To wtedy nabrałam sił i obiecałam sobie, że się nie poddam. Z dnia na dzień pojawił się pomysł na Woman&Mother. Obiecałam też sobie, że cokolwiek się wydarzy, nie zrezygnuję z bycia stylistką i wrócę do tego, czym chciałam się zajmować kilka lat temu, kiedy jeszcze pracowałam w magazynie Glamour. Mam na myśli modę dziecięcą. To zupełnie nowy rozdział w moim życiu, na który wtedy nie mogłam sobie pozwolić bo polski rynek nie był na to gotowy, nie było warunków. Poza niezbędnymi do pracy zagranicznymi edycjami Vogue, Harper’s Bazaar etc., kupowałam regularnie francuski magazyn MILK i marzyłam o pracy przy sesjach z dziećmi na takim poziomie, jaki można było obejrzeć na jego łamach. Inną sprawą jest też to, że jak ma się samemu dzieci, to łatwiej jest wejść w dziecięcą tematykę. Ja zdecydowanie muszę czegoś najpierw doświadczyć, żeby czuć się dobrze w tym co robię. Sama teoria nie jest dla mnie kluczem do sukcesu.

Opowiedz o Woman and Mother – jak doszło do realizacji tego pomysłu? W końcu jesteś mamą małego dziecka a taka strona to duże przedsięwzięcie. I stres!

Mimo iż bardzo kocham Lily, do szczęścia nie wystarcza mi siedzenie w domu i matkowanie. Musiałam coś wymyślić, by nie zwariować. Coś, co oczywiście nie będzie kolidowało w żaden sposób z jej wychowywaniem. Roboty faktycznie jest sporo – zaczęłam doceniać pracę blogerów i trochę im zazdrościć czasu w ciągu dnia, który mogą poświęcić do tworzenia postów. Ja miałam go tylko wieczorami, kiedy Lily szła spać. Nie potrafię się skupić, kiedy jest obok mnie. Nawet kiedy bawi się grzecznie sama, mam w głowie mały stres, że zaraz czegoś będzie ode mnie chciała. Koniec końców, na pomysł strony wpadłam dzięki niej!

Co jeszcze zmieniło się w Tobie i twoim życiu, od kiedy jest Lily?

Przez większość czasu wydawało mi się, że nie zmieniło się zbyt wiele, poza tymi oczywistymi zmianami idącymi w parze z pojawieniem się dziecka, którymi straszy się wszystkich przyszłych rodziców. Mam na myśli brak czasu, mniej snu, częstsze siedzenie wieczorami w domu etc. Jednak niedawno zrozumiałam, że tych zmian jest cała masa! Mało tego, te zmiany są turbo istotne, bardzo wiele mi o mnie samej powiedziały. Zrozumiałam, co jest dla mnie w życiu ważne, bez czego ciężko mi funkcjonować, a bez czego mogę się spokojnie obejść.

Upewniłam się, że jestem osobą, która musi pracować i realizować swoje pasje. Że nie nadaję się na typową Matkę Polkę, która oddaje się macierzyństwu, potrafi poświęcić to co zawsze kochała dla bycia w domu przy rodzinie i gotowania obiadów. Nie potrafię, a przyznam, że byłam pewna, że właśnie taka jestem i w tym się spełnię. Dotarło do mnie jeszcze coś: że wszystko jest możliwe jeśli tylko tego chcemy. Może to banalne, ale nie każdy potrafi wykorzystać to w praktyce. Bałam się, że nie da się pogodzić bycia „starą sobą” z nową rolą. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe. Nie ma nic gorszego w macierzyństwie niż zrezygnowanie z samej siebie, trzeba walczyć!

Wszystko wskazuje na to, że był to dla Ciebie ważny rok.

Mam wrażenie, że przez ten rok urlopu macierzyńskiego przeszłam prawdziwy życiowy detoks. Czuję się lżejsza i jakby szczęśliwsza, bo w końcu wiem o co mi chodzi. Ale nie zrozumiałam tego wszystkiego od razu. Mogę śmiało przyznać, że potrzebowałam równo 365 dni, by zobaczyć te wszystkie zmiany czarno na białym.

Jak zwykle wyglądają wasze dni?

Są tygodnie, kiedy każdy z dni wygląda inaczej i są też takie – najgorsze – w których każdy dzień jest dniem świstaka. Te drugie najczęściej uwarunkowane są pogodą i stężeniem tego paskudnego smogu. Kiedy wychodzimy, snujemy się po Warszawie, najczęściej w okolicach Centrum. Spotykamy znajomych, chodzimy na prezentacje i spotkania, które coraz częściej dotyczą działań Woman&Mother. Lily jest wtedy taka grzeczna i zajmuje się sobą – złote dziecko!

W domu,nie robimy chyba nic oryginalnego. Lily uwielbia przeglądać książeczki, jestem z tego dumna i mam nadzieje, że jej tak zostanie. Często droczymy się z kotem – Lily wpada w miłosną furię, kiedy tylko go zobaczy. Trzeba wtedy niestety uważać, bo nie raz wyszła z niej typowa Elmirka z Animków i potem był płacz. I kota, i dziecka. Najbardziej rozśmiesza ją odstraszanie kota z krzykiem „psik! psiiiik!”. Pada wtedy ze śmiechu, po czym sama naśladuje te dźwięki. Wtedy ja padam ze śmiechu, bo nie ma to nic wspólnego z ludzkimi odgłosami (śmiech).

 

Uwielbiam słuchać o wygłupach, opowiedz coś jeszcze!

Lily uwielbia tańczyć na naszych rękach. Jest bardzo samodzielna, potrzebuje czasem swojej przestrzeni, chwili dla siebie, żeby nikt jej nie przeszkadzał w zabawie. Bardzo często się zamyśla – patrzy w jeden punkt i zaczyna się nagle śmiać.

A czym szczególnie Ciebie rozbraja?

Mnie rozczula mnóstwo rzeczy, ale chyba najbardziej jej króliczek, który wygląda już – przepraszam cię, króliczku! – jak szmata do podłogi po wielokrotnym praniu. Nie ma dnia bez niego. Nie ma jedzenia, zabawy, spaceru ani wstawania z łóżka. Gdybyście zobaczyli ten proces: najpierw podnoszę Lily na ręce, potem ona się odwraca i zdecydowanym ruchem palca wskazuje na królika, dając mi do zrozumienia, że on idzie z nami! (śmiech). To jej najwierniejszy przyjaciel. Serio, myślałam, że to się dzieje tylko w bajkach!

Jak to robisz, że jesteś tak dobrze zorganizowana, super przytomna i zawsze na czas? Mów prawdę.

Kompletnie nie jestem zorganizowana! Mało tego, czuję się nieco oszukana, bo wszyscy powtarzali, że dziecko uczy organizacji. Czekałam na to jak na Świętego Mikołaja. (śmiech) Spóźniam się niemiłosiernie, ale to zazwyczaj przez Lily. Ale z przytomnością nie jest u mnie najgorzej. Mam to szczęście, że Lily oszczędziła nam traumy nieprzespanych nocy. Jestem nocnym markiem, nigdy nie kładłam się wcześnie spać, bo to jest dla mnie straszna strata czasu! A po urodzeniu Lily pokochałam jeszcze bardziej te wszystkie noce, które były tylko dla mnie. Rano oczywiście wstaję na automacie, ale ja tak miałam przez całe życie, więc przestałam liczyć na jakieś zmiany. Zazdroszczę tym, którzy potrafią się wyspać  – mi się to nie przydarza nawet wtedy, gdy położę się spać o ludzkiej porze.

 

Skoro się nie wysypiasz to musisz mieć jakiś inny sposób na regenerację. Co to jest?

Najskuteczniej relaksuje mnie świadomość, że wiem czego chcę od siebie i swojego życia, od ludzi, którzy mnie otaczają. Zrozumiałam, co to znaczy wewnętrzny spokój i dlaczego tak ważny jest porządek w głowie. Takie porządki to nie jest czynność wykonywana na zawołanie – nie wystarczy notes, ołówek i spisanie w podpunktach barchęci zmian. Temu muszą sprzyjać okoliczności i wydarzenia, które dzieją się w naszym życiu. Tak było w moim wypadku.

Dzięki za rozmowę Maju.

***

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: Aga Bilska

Dziękujemy sklepowi Kyosk oraz restauracji Bazar Kocha za pomoc w realizacji zdjęć.

 

Leave a comment 5 komentarzy

  1. stylowa mama, ktora pewnie jeszcze nie raz zaskoczy. teraz poprosimy Dominike o wywiady z paniami z redakcji, ktore na pewno sa rownie ciekawe, oraz wywiad Dominiki z Dominika :))) chetnie dowiedzialabym sie jak powstalo ladne bebe i dlaczego nie potrafie polubic zadnego innego portalu tak jak tego
    pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama