Tulenie Leonarda

Rozmowa z Maliną Prześlugą

Wymyśliła Ziuzię, mola Zbyszka i włos o imieniu Patryk. Jej bohaterem było Nic i Blee. Od pięciu miesięcy jest mamą i dobrze jej w tej roli. Wybierzmy się do Poznania, do Maliny i Leośka.

Poznałam Malinę w odległych czasach, w których żadna z nas nie podejrzewała się o rolę rodzicielki. Zapamiętałam jej zapał, roznoszącą ją energię, śmiech i pewność, że wszystko może być inspirujące. Chyba miała rację, bo czytając jej teksty i oglądając spektakle na ich podstawie, widzę, że oczy zawsze szeroko otwarte i uszy dookoła głowy przynoszą ciekawe obserwacje i nagrody za twórczą pracę.

Bardzo mnie ciekawiło, jaką jest mamą. Jak obserwują świat razem, utuleni Tulą. O swoim synu mówi tak: Na szczęście chyba wdał się w ojca, nigdy mu nie jest niewygodnie, za zimno, za gorąco czy w ogóle jakoś nie tak. Chichra się do stóp, gada z dłońmi. Sprawdza wytrzymałość ludzkich nosów, giętkość okularów, sprężystość włosów. Bardzo chciałby już chodzić, wciąż nie łapie, że w jego wieku to kłopot. Dlatego pełza. I sapie. I pełza. I sapie. Konsekwentnie. Do grzechotki. A gdy dopełznie, to sobie na nią patrzy. Z innych zainteresowań: uszy piesy Grażyny, powiewająca nad głową tetrowa pielucha, mama śpiewająca durnym głosem, włosy na klacie taty, beatbox. Nie stroni od butelki.

Lubię Malinę i w tej roli. Chcecie ją poznać?

*

Spotkałyśmy się ostatnio na czytaniu twojej sztuki „Pustostan” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Urzekło mnie, kiedy w przerwie powiedziałaś, że jesteś tu, ale myślami krążysz przy swoim synku, bo to pora zasypiania… Co Leonard wniósł w twoje dotychczasowe życie?

Wielką czujność. Ale nie tylko tę matczyną, nerwowo-opiekuńczą. Chodzi o bycie tu i teraz. Dziecko to ciągła zmiana, wszyscy to powtarzali i traktowałam to jak frazes, ale teraz stało się to dla mnie w sumie definicją rodzicielstwa. Po pierwsze – jestem tu i teraz i obserwuję każdą najmniejszą zmianę w moim synku, każde jego odkrycie, każdą nową umiejętność – każdego dnia mam do czynienia z trochę innym człowiekiem. Jak się zagapię, stracę bezpowrotnie któreś jego wcielenie, a cudownie się je odkrywa dzień po dniu. Po drugie – jestem tu i teraz, gdy pokazuję mu świat.

Byliśmy niedawno w weekend za miastem, śniadanie jedliśmy na dziedzińcu pięknego zamku. Przechadzałam się z Leośkiem po pomieszczeniach, opowiadałam mu, co widzę i sama dostrzegałam tyle szczegółów, na które bez dziecka w życiu nie zwróciłabym uwagi. Jakbym nagle nauczyła się widzieć! Dzięki dziecku inaczej patrzę na świat – stał się bogatszy o detal. I to, co było zwyczajne, oczywiste, niegodne uwagi, nagle zyskuje, potrafi zafascynować i jego, i mnie. To bardzo cenne dla dramatopisarza! A na koniec, trzecie moje „tu i teraz” – gdy mam chwilę dla siebie. Kiedy synek śpi lub zajmuje się nim Piotr – nie zawieszam się, jak dawniej bywało, na Facebooku czy czytaniu bzdur w sieci. Wykorzystuję ten czas świadomie i dużo mądrzej – w końcu mam go teraz mniej. A przez to jest bardziej wartościowy. Dzięki Leonardowi stałam się bardziej czujna na życie po prostu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Masz przy sobie prawdziwego inspiratora. 

Zamierzam kraść z własnego dziecka garściami. Do tej pory inspirowały mnie głównie wspomnienia mojego dzieciństwa, o dziwo wciąż bardzo żywe, a także dzieci znajomych. Teraz mam swoją własną, aktualizującą się codziennie inspirację.

Jak działacie razem?

Dopingujemy się nawzajem. Ja mu biję brawo, gdy ładnie ćwiczy na brzuszku, on piszcząc radośnie, dodaje mi sił, gdy ich nie starcza. Dużo też gadamy, póki co w jego języku, ale uczę go też naszego. Uwielbiamy pierdzieć buzią. Lenio od niedawna śmieje się w głos, gdy macham mu nad głową byle szmatką. Kocha też, gdy śpiewam mu piosenkę z disnejowskiej „Śpiącej Królewny” i choć wychodzi mi już bokiem ten rzewny walczyk, śpiewam go kilkanaście razy dziennie – za te dziąsła w uśmiechu. W ogóle dużo śpiewamy sobie, wymyślone piosenki też, strasznie są durne. I dużo spacerujemy. Włóczymy się, łazimy godzinami. Odkrywamy miasto – Leo pierwszy raz, ja enty, ale na nowo. Na spacerach Lenio śpi, a mnie wtedy się doskonale myśli. Pomysły na sztuki, wersy piosenek, które mam pisać wieczorem, nowi bohaterowie, dużo, bardzo dużo twórczych pomysłów. Ale też plany na przyszłość, pomysły na zabawy z młodym, gdy podrośnie, plany wyjazdów, listy zakupów, sprawy czysto pragmatyczne. Gadam jak najęta do dyktafonu w telefonie i robię takie moje łazikowe notatki. Potem często i gęsto z nich korzystam.

Jesteś typem mamy w biegu?

Próbowałam kiedyś podliczyć, ile dziennie robię kilometrów. Nie udało się, ale baaardzo dużo. Chodzę z dzieckiem, robię też długie spacery z psem, ganiam po domu jak nakręcona, ciągle coś jest do zrobienia. I non stop robię listy rzeczy do ogarnięcia i załatwienia. W tej chwili trzy wiszą na drzwiach gabinetu, dwie na magnesowej tablicy, jedna w notesie i jedna w telefonie. Moje listy to majstersztyki. Wielobarwne, ze strzałkami, rozgałęzieniami,  podziałką na dziedziny, takie jak „teatr”, „w domu”, „do kupienia”, „dla siebie”, „Leoś”, a nawet przyszłościowo „wakacje”.

Pomagają ci się zorganizować? 

Czasem robię je tylko po to, by mieć poczucie, że panuję nad chaosem, co oczywiście zwykle jest nieprawdą. W ogóle z wiekiem staję się jakby bardziej porządna… Chyba nie da się inaczej, żeby jakoś wszystko ogarniać. Uczę się też odpuszczania. Nigdy nie byłam perfekcjonistką, generalnie wisi mi wiele spraw, to, jak wyglądam, czy np. wychodzę z domu z plamą po puree z marchewki, nie wiem też, gdzie w naszym domu jest żelazko – serio, zapomniałam. Ale jednak nigdy za wiele odpuszczania przy dziecku. Lepiej się wyluzować i pośpiewać czterdziesty raz Śpiącą Królewnę, niż frustrować się kolejnym podpunktem na liście. Uczę się tego i robię postępy.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Opowiedz, jak Leonard zareagował na tulenie w Tuli.

Polubił natychmiast. Miał właśnie ostrą fazę ślinienia się, więc pierwsze, co zrobił, to przyssał się do materiału, także chyba nawet w smaku Tula jest okej. Nie mam porównania do innych nosideł, jedynie do chusty. Próbowałam synka chustować, ale niestety kosztowało nas to za dużo nerwów. Ja się stresowałam przy wiązaniu, on to czuł i natychmiast płakał. Piotr chustuje od czasu do czasu, ja dałam sobie spokój. Dlatego dobrze, że mamy Tulę, bez niej miałabym ręce do kostek. Zwłaszcza, że Leoś jeszcze nie siedzi, a tak bardzo garnie się do świata. W nosidle widzi wszystko. Kręci głową na prawo i lewo jak szalony, bo świat jest ekstra z obu stron naraz.

W jakich sytuacjach nosidło sprawdza się wam najbardziej?

Odkąd Leo skończył cztery miesiące, całkiem sporo podróżujemy. Byliśmy już w Warszawie, Olsztynie, Toruniu czy Łagowie, a przed nami w najbliższym czasie Szczecin, Opole, Lublin, może Wałbrzych. To są głównie moje teatralne podróże, takie, powiedziałabym, zawodowo-turystyczne. Tu i tam jedziemy obejrzeć premierę, gdzie indziej zajrzeć na próby, w Lublinie będę jurorką na festiwalu. Troszkę do zrobienia, ale przy tym dużo czasu na zwykłe zwiedzanie. Już teraz wiem, że bez nosidła byłoby trudno.

Lubicie się razem pokręcić.

Ostatnio w Warszawie spędziliśmy 5 godzin w Muzeum POLIN. Leosiek podglądał wszystko z Tuli, a jak się męczył, przysypiał. Dla takiego szkraba nowe miejsce, z nowymi zapachami, odgłosami, kolorami, może być stresujące. W podróży takich zmian jest cała masa. Nosidło daje mu poczucie bezpieczeństwa. A mnie swobodę oczywiście. Tula sprawdza nam się też w codziennych domowych czynnościach. Rano czasami robimy w niej sok i śniadanko. Czasem zamiatamy mieszkanie. Bywa, że bawimy się z psem – piłeczkowym nałogowcem. Niestety Leoś nie lubi, gdy mając go w nosidle, siedzę, dlatego pisanie na komputerze nam nie bardzo wychodzi. Kołysanie i zmienny krajobraz wygrywają z krzesłem i biurkiem.

Teatr będzie dla niego naturalną częścią życia?

Chyba nie da się tego uniknąć. Wiesz, w teatrze żyje się trochę jak w rodzinie. Pokręconej i nieco patologicznej, ale bardzo zżytej. Jak zaszłam w ciążę, dwie cudowne panie z naszego Biura Obsługi Widza powiedziały: „Ty urodź, my wychowamy”. Oczywiście nie będzie aż tak, ale po naszym teatrze wciąż biegają jakieś „prywatne” dzieci. Siedzą lub leżą na próbach, ganiają po korytarzach, podglądają przedstawienia od kulis.

Brzmi dobrze. 

Teatr lalek to dla dzieciaków absolutnie magiczne miejsce. W dodatku dzieci pracowników są uprzywilejowane – wejdą tam, gdzie zwykle się nie zagląda – do pracowni, do magazynów, za scenę. Od maleńkości mają kontakt ze sztuką i z procesem twórczym. Wyginający się czy piszczący dorosły człowiek to dla nich nie wariat, a aktor w roli. Scenografia to nie tylko coś do podziwiania, ale i do dotknięcia, postukania czy zabawy w chowanego. Myślę, że teatr to świetna, niezwykle rozwijająca przestrzeń dla dzieci. A ja nie mogę żyć bez teatru, dlatego Leo troszkę jest na niego skazany… Przynajmniej w najbliższym czasie.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co cię pociąga w pisaniu dla najmłodszych?

Wiele rzeczy! Po pierwsze happy endy. Gdy piszę dla dorosłych, zwykle dotykam spraw trudnych i przygnębiających, moje teksty są dość mroczne, humor – choć go sporo – zawsze jest czarnym humorem, a refleksje po lekturze najczęściej dołujące. A w pisaniu dla dzieci zawsze sięgam po pozytywną stronę mojej natury. Świat i jego mieszkańcy są dobrzy, zło da się zrozumieć i oswoić, dużo jest ciepła i miłości, a wszystko zawsze dobrze się kończy. Kojące, prawda?

Można polubić. 

To jest najpiękniejsze w tym zawodzie – dzieciom nie chcemy fundować złych zakończeń i nawet, gdy historia jest smutna, a piszę i takie, daje nadzieję i pozostawia nas w poczuciu wiary w dobro. Dla mnie pisanie dla dziecka jest jak terapia. Poza tym teatr dla dzieci pozwala na fantastyczne eksperymenty formalne. Mogę używać nietypowych bohaterów – postacią może być torebka foliowa, pająk, tysiąc mrówczych dzieci, marchewka, brzydkie słowo, a nawet nic – i teatr sobie z tym poradzi. To nieograniczone pole do fantazjowania, można poszaleć i doskonale się przy pisaniu bawić.

Patrząc na moje dzieci, myślę, że to niełatwi odbiorcy. Często zaskakują mnie ich reakcje.  

Dziecko to najwdzięczniejszy i zarazem najbardziej bezwzględny widz. Reaguje spontanicznie i szczerze, wyczuje najmniejszy fałsz, nie powstrzyma się przed głośnym komentarzem. Z drugiej strony nie jest jeszcze widzem zmanierowanym, potrafi szczerze się zachwycać i odbiera sztukę przez emocje, nie przez gromadzone latami konteksty intelektualne. To dla mnie wielka wartość. Wspaniale jest pisać dla dzieci, bo dotykam dzięki temu jakiejś głębszej prawdy o sobie, odkrywam na nowo własną wrażliwość. To też ogromna odpowiedzialność, bo dziecko przyjmuje wszystko bez filtrów – muszę wiedzieć, jak z nim rozmawiać i robić to zawsze po partnersku.

Będąc rodzicem, dostrzegasz teraz coś nowego w światach, które tworzysz dla najmłodszych?

Będę musiała się pilnować, by nie zacząć w tym moim pisaniu moralizować i przestrzegać! Zawsze unikałam jak ognia tak zwanej misji edukacyjnej, nie chciałam epatować doświadczeniem starej baby i ostrzegać dzieci przed złem i niebezpieczeństwem. Jako matka zaczynam wyrabiać w sobie nieuchronnie taki odruch… Oby nie przeszedł z matki na pisarkę! Bardzo bym chciała, by bycie mamą nie odebrało mi mojego bycia dzieckiem, dzięki któremu tak fajnie mi się dla dzieciaków pisze. Lubię w sobie tę twórczą niesubordynację i tego bzika, który mi się odpala, gdy zaczynam pisać. Najważniejsze, to go nie stracić, nie zdziadzieć, a raczej nie zmamusieć. Ale zdaje się, że większość nowości, jakie funduje mi rodzicielstwo, jeszcze przede mną. Gdy Leoś zacznie gadać, opowiadać, zmyślać i tworzyć. Gdy będzie mi umiał sam opowiedzieć o tym, jak rozumie świat. Wtedy sobie te nasze dwa dziecięce światy zderzymy i będzie wielkie bum.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Możemy się spodziewać teraz czegoś nowego od ciebie? Piszesz? 

Piszę! Prawie co wieczór. Rytuał jest taki: usypiamy Leosia o ósmej, ja zaraz pędzę do wanny, moczę się z godzinkę, wtedy schodzi zmęczenie z ciała i resetuje się głowa. I koło dziewiątej już siedzę przy kompie. Teraz piszę parę rzeczy naraz. Właśnie skończyłam sztukę dla dzieci – pisaną na konkurs, dlatego nie mogę zdradzić więcej. Piszę też jedną, taką dużą, dla dorosłych – nad nią siedzę z przerwami od zeszłego roku – trudniej się skupić na poważnych sprawach przy małym dziecku. Do tego w Opolskim Teatrze Lalki i Aktora właśnie miał premierę spektakl, do którego tekst napisałam, gdy Leo miał miesiąc. Do tej pory zastanawiam się, jak mi się to udało! No i piszę dużo piosenek. To idealna forma na wieczór po ciężkim dniu. Lekka i zwarta, można machnąć dwie, trzy naraz. Robimy u nas w teatrze spektakl piosenkowy, premierę planujemy na czerwiec – zostały mi jeszcze trzy numery do napisania i zaraz do tego siadam. A, i obiecałam Chórowi Czarownic, któremu od początku piszę teksty, że im coś napiszę, bo poszerzają repertuar. I to wszystko naraz właściwie… Ale dzięki temu nie tracę kontaktu z własną głową. I regularnie bywam kimś więcej niż tylko matką, a to jest przecież bardzo ważne.

Na co warto teraz pójść z dzieciakami do teatru?

Na coś współczesnego. Od paru lat mamy renesans nowych tekstów dla dzieci. Zabawnych, niegłupich, na czasie. Warto śledzić repertuary i warto też chodzić na spektakle festiwalowe! Lada moment Warszawskie Spotkania Teatralne, a przy nich Małe WST. Zaproszone są najlepsze spektakle z całej Polski, w tym „Odlot” naszego Teatru Animacji z moim tekstem. Festiwal teatralny to świetna okazja, by sprawdzić, co w teatrze piszczy, a jest ich naprawdę dużo, w wielu miastach, nie tylko tych największych.

Dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia na teatralnym szlaku!

Malina wybrała nosidło Tula free-to-grow Mystic Meadow

*

Malina Prześluga o sobie: piszę sztuki dla dzieci i dorosłych. I książki dla dzieci. Książek jest trzynaście, sztuk kilkadziesiąt. A może już sto? Dramaty są chętnie wystawiane w teatrach lalkowych i dramatycznych w całej Polsce, były wydane w paru antologiach i pismach takich jak „Dialog” czy „Nowe Sztuki”. I przetłumaczone na kilka języków. Za to, co napiszę, zdarzają mi się nagrody i wyróżnienia. Kierownik literacka i dramaturg w Teatrze Animacji w Poznaniu. Mama Leonarda, żona Piotra, pani piesy Grażyny.

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Kasią Rękawek

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.