Mama

Tulenie Jaśminy

Iza ma 40 lat, bystre oczy i promienny uśmiech. Na jej nadgarstkach dźwięczy przywieziona z dalekich podróży biżuteria, a w turkusowym nosidle śpi jej 6-miesięczna córka Jaśmina. Oto kolejne bohaterki cyklu Tulimy w Tuli.

To będzie opowieść o bliskości, która dojrzewała z czasem, z każdym napotkanym człowiekiem, nowym zajęciem, pasją, obserwacją, podróżą i przystankiem. O życiodajnej mocy tulenia, praktykowaniu jogi kundalini, dającej równowagę duchową i cielesną, beztroskim schyłku dzieciństwa w Afryce oraz słuchaniu własnej intuicji. Poznajcie pogodną Jaśminę i jej mamę, Izabelę Faron.

***

Iza, ty masz ten rzadki dar bycia tu i teraz. To powiedz, jak się czujesz w tej właśnie chwili, jako mama Jaśminy?

Macierzyństwo to dla mnie ciągła zmiana i ogromna wdzięczność za Jaśminkę. Codziennie na nowo staję się mamą, uczę się nowych rzeczy, doświadczam nowych jakości. W tej chwili czuję się podekscytowana i radosna, choć trochę zmęczona, ale to może się za chwilę zmienić. I jeśli w danym momencie jestem połączona ze sobą, swoją intuicją i sercem, to ta zmiana jest fascynująca, łatwa, płynie wolno jak obłoki na niebie w słoneczny dzień.

Bywają momenty, że wejdę w miejski harmider, będę po nieprzespanej nocy i ta zmiana może okazać się trochę trudniejsza. Ale w każdej chwili przepełnia mnie wdzięczność za to, że to wszystko przeżywam. Bycie mamą to stan emocjonalny, duchowy i fizyczny. Jestem mamą, ale też podróżniczką, która lubi wyzwania, chcę poznawać świat i pokazywać go mojej córeczce. Chcę też zobaczyć mój świat jej oczami. Jaśmina ma w oczach czysty zachwyt, kiedy po raz pierwszy widzi drzewo, kota czy samolot. I wtedy czuję, jakbym także i ja widziała je po raz pierwszy. To bezcenny dar, coś jak nowe życie.

 

Dlaczego zdecydowałaś się na macierzyństwo po 40-tce? 

Zawsze wiedziałam, że chcę być mamą. Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że bycie rodzicem to duża odpowiedzialność i wyzwanie. Chciałam się do tego jak najlepiej przygotować. Zaczęłam od siebie.

Jak wyglądały te przygotowania?

Wertowałam zakamarki mojej pamięci w poszukiwaniu doświadczeń, które jako dziecko źle wspominałam. Pytałam siebie, jaką chcę być mamą, co chciałabym przekazać mojemu dziecku, czego uniknąć, co naprawić. Podchodziłam do macierzyństwa świadomie, nigdy nie myślałam, że jakoś to będzie. Zamiast tego szukałam odpowiedzi. Całe życie podróżowałam: jako dziecko, potem jako nastolatka, jako stewardessa i spontanicznie z plecakiem do dżungli. Uczyłam się od innych mam: w Afryce, w gwatemalskiej dżungli, w Nowej Zelandii, na Kostaryce, w Azji, na całym świecie. Zawsze też ciągnęło mnie do dzieci. Przytulałam noworodki, pracując jako wolontariuszka w szpitalu, byłam opiekunką w Szwajcarii, pracowałam z samotnymi matkami w Warszawie i w Gwatemali, a podczas lotów brałam dzieci na ręce i pokazywałam im samolot.

W międzynarodowym przedszkolu, które przez pewien czas prowadziłam, śpiewałam, tańczyłam, wycinałam i kolorowałam z dziećmi. W 9 miesiącu ciąży poszłam do kina na trzecią część przygód Bridget Jones i właśnie z tego filmu dowiedziałam się, że ciąża po 40-stce nazywa się geriatryczna (śmiech). Tak się uśmiałam z tego określenia, że ze śmiechu spadłam z krzesła. To by dopiero było, gdybym urodziła w kinie!

Helen Fielding miałaby materiał na nową książkę o Bridget!

Właśnie! (śmiech) Podeszłam do mojego późnego macierzyństwa z dystansem. Nie martwiłam się, że mogę być za stara na mamę, że moje ciało sobie nie poradzi. Często to słyszałam, ale się tym nie przejmowałam. Ćwiczyłam, dbałam o dietę, dużo medytowałam, podróżowałam do pięknych miejsc.

Zacznijmy od podróży. Wiem, że jako dziecko wyjechałaś z rodzicami do Nigerii na kilka lat.

Miałam 9 lat, kiedy mój tato otrzymał propozycję pracy w  Nigerii. Pamiętam, że wtedy znałam tylko jedno słowo po angielsku: „swimming pool”. Ekscytowałam się tym, że będę mogła codziennie kąpać się w basenie, a wokół palmy i słońce. Codziennie!

Jak wspominasz ten czas?

Ten wyjazd zaważył na całym moim życiu. Po powrocie do Polski nie umiałam się odnaleźć, zarówno kulturowo, obyczajowo, jak i pod kątem klimatu. Może myślisz: dzika Afryka, Nigeria, niebezpieczny kraj, lata 80-te, co tam mogło być ciekawego? Dla mnie wszystko. Uśmiechnięci ludzie, śpiewanie gospel w kościele, pogodne usposobienie mieszkańców, bezstresowa szkoła, dzika przyroda, wzburzony ocean z falami wysokimi na 3 metry i ta cudowna wielokulturowość. Tam poznałam dzieci z całego świata, tam też urodził się mój brat.

Z początku chodziłam do szkoły z dziećmi afrykańskimi, które były mną i bratem zaciekawione, szczególnie interesował je nasz kolor skóry. Biegały za nami krzycząc: „yellow mum”, „yellow papa”, dotykali naszych rąk i nóg sprawdzając, czy nasza skóra różni się w dotyku od ich skóry. Ani razu nie poczułam się gorsza, nigdy nie dali mi odczuć, że nie przynależę do ich paczki. Ich ciekawość była prawdziwa, nie było w niej strachu czy agresji. Z czasem mój angielski na tyle się poprawił, że przyjęto mnie do szkoły międzynarodowej. Zdobyłam tam przyjaciół z Afryki, Indii, Niemiec, Holandii, Anglii i USA. Różnice były dla nas czymś tak naturalnym, jak oddychanie. Nie było podziałów na „wy” i „my”.

Jaka była ta nowa szkoła? Jakie panowały w niej zasady?

Nie było wywoływania do tablicy czy stresującego odpytywania, do nauczycieli zwracaliśmy się na „ty”. W szkole panowała wesoła atmosfera, uczniowie i nauczyciele mieli dla siebie nawzajem bardzo dużo szacunku. Nauka odbywała się głównie poprzez doświadczenia, komunikację i współpracę. To były piękne, beztroskie lata, gdzie stres był mi całkowicie obcy. Dopiero po powrocie do Polski poznałam to uczucie! Regularnie lądowałam u dyrektora na dywaniku, tłumacząc się z mówienia do nauczycieli per „ty” i ciągłego z nimi dyskutowania. To właśnie w Polsce szkoła po raz pierwszy zaczęła mi się kojarzyć z czymś złym.

Co ci się najbardziej podobało w Afryce?

To, że ludzie są bliżej swoich ciał. Dotyk, przyjacielskie poklepywanie, przytulanie i bliskość są oczywistością. Na przykład kiedy krzyczą „Kolide?”, co znaczy „jak się masz?”, uderzają mocno dłońmi o uda. Dla mnie ten gest jest dodatkowym wykrzyknikiem, oznaką zainteresowania.

W Afryce ciało jest wystawione na działanie słońca codziennie przez 365 dni w roku. Nie musi się kurczyć od zimna. Muzyka afrykańska jest żywa i taki też jest taniec. Ludzie wyrażają tańcem radość, wdzięczność. Nie skrywają ciała za wieloma warstwami ubrań a te, które noszą są kolorowe, radosne. To pewnie przyczynia się do tego, że są ciągle uśmiechnięci, nawet gdy żyje im się trudniej.

Czy myślisz, że wyzwolone ciało to klucz do szczęścia?

Tak, jeden z wielu kluczy w wielkim, dzwoniącym pęku. Gibkie i zdrowe ciało przekłada się na otwarty, kreatywny umysł, i vice versa. Jeśli jesteśmy pospinani, czujemy napięcie w ciele, to znak, by się mu bliżej przyjrzeć. Ciało się z nami ciągle komunikuje. Chińczycy mówią, że ból powstaje w tym miejscu w ciele, do którego nie dociera tlen. A tlen jest transportowany przez krew. W rozluźnionym, elastycznym ciele krew płynie harmonijnie. Dlatego ważny jest oddech – gdy się śmiejemy, oddychamy głęboko i wtedy nasze ciało jest dotlenione. Gdy tańczymy, nasze ciało się śmieje.

To dlatego zaczęłaś praktykować jogę, żeby być bliżej swojego ciała?

Joga pojawiła się w moim życiu, gdy zabrakło w nim równowagi. Jakieś 11 lat temu poszłam na pierwsze zajęcia jogi kundalini i przepadłam. Hatha joga była dla mnie zbyt wąską dziedziną. Parę lat temu poleciałam do Londynu i tam zrobiłam uprawnienia nauczyciela jogi kundalini dla dzieci. Zajmowałam się tym pomiędzy jednym zleceniem a drugim, gdzieś między pracą stewardessy freelancerki oraz nauczycielki w przedszkolach i domach kultury. Mój najmłodszy uczeń miał 2,5 roku i pochodził z Hiszpanii. Dzieci chłoną wiedzę i umiejętności. Są plastyczne, elastyczne, zawsze ciekawe i otwarte na to, co nowe. Byłam pod ogromnym wrażeniem, widząc skupione 3-latki, nucące szeptem mantry, medytujące i układające dłonie do wskazanej im mudry. Widziałam jak swobodnie się w tym czuły.

Zajęcia jogi kundalini opierają się na dotyku – czy to delikatny masaż, czy trzymanie za ręce albo praca w parze, dotyk jest nieodłączną częścią naszych spotkań. Dzieci potrzebują dotyku jak powietrza. Chętnie się przytulają, głaszczą. To też jeden ze sposobów, w jaki się komunikują. Pamiętam 4-letniego chłopca, który przez całe zajęcia wtulał się we mnie jak kociak, nie chciał wypuścić mnie z objęć. Okazało się, że rzadko widuje się z rodzicami, a na co dzień opiekuje się nim babcia. Spotkanie z tym chłopcem jeszcze silniej ugruntowało we mnie postanowienie, że gdy Jaśminka się urodzi, będę ją nosić na rękach i przytulać ile się da. I tak właśnie robię.

 

 

 

Zawsze byłaś taka opiekuńcza i empatyczna?

 

Już jako dziecko znosiłam do domu kotki, pisklaki, szczeniaki, wszelkie zwierzątka, które jakimś trafem pozostawione zostały same sobie, bez mamy. Od tego chyba zaczęło się moje tulenie. Jakieś 10 lat temu jako wolontariuszka pomagałam w szpitalu na oddziale noworodków, które zostały zostawione przez mamy. Miały od 2 do 5 miesięcy. Moja praca polegała właśnie na tuleniu. Nosiłam te maluszki na rękach, przytulałam, głaskałam. Widziałam, jak bardzo były spragnione dotyku. Badania pokazują, że dzieci nieprzytulane i nienoszone gorzej się rozwijają, a niektóre nawet umierają. To doświadczenie pokazało mi to, co intuicja zawsze mi podpowiadała – dzieci potrzebują być blisko rodziców, a te najmniejsze powinny być jak najczęściej noszone, najlepiej skóra przy skórze. Spanie z dzieckiem to też forma tulenia. Moja córeczka uwielbia ze mną spać. W ciągu dnia też chciałabym być blisko niej.

 

Czy pamiętasz z dzieciństwa jakieś sytuacje związane z opieką nad dziećmi, tuleniem, które cię ukształtowały i dały pewne wzorce?

 

Pamiętam, jak afrykańskie kobiety nosiły swoje dzieci zawiązane w chustach na piersi, przy biodrze czy na plecach. Noszone maluchy były spokojne, radosne i przesypiały większość dnia. Zresztą mój brat, który urodził się w Nigerii, był tak noszony przez Hannah, naszą pomoc domową. Nie przeszkadzał mu 40-stopniowy upał i ciepło ciała naszej kochanej Hannah, która była dużą kobietą. Podczas moich podróży do Ameryki Środkowej widziałam, jak kobiety noszą dzieci na plecach, zawiązane w pled. Zastanawiałam się, czy dzieciom nie jest za gorąco. Zagadywałam o to kobiety, a one z rozbrajającym uśmiechem odpowiadały, że dzieciom jest dobrze, bo czują się bezpiecznie.

 

Swoją przygodę z noszeniem córki zaczynałaś od nosidła czy po drodze pojawiła się chusta?

 

Chciałam używać chusty, ale gdy Jaśmina miała 2 miesiące, nabawiłam się zapalenia nadgarstków i trudno było mi wiązać chustę. Po pewnym czasie spróbowałam z nosidłem. Jaśminka była zaintrygowana – podobało jej się, że może oglądać świat z takiej wysokości i uczestniczyć wraz ze mną w czynnościach domowych. Teraz chodzi ze mną na spacery w Tuli. Noszę ją w nosidle również wtedy, gdy trudno jej zasnąć – po 10 minutach się uspokaja. Nosidło jest bardzo praktyczne – czy w podróży samolotem, podczas zakupów, spacerów czy wtedy, gdy korzystam z metra.

 

Jaka jest Jaśmina? 

Dokładnie taka, jaka sama chce być. To, że będę miała córkę przeczuwałam od 12 lat. Wtedy też znałam już jej imię. Gdy na nią patrzę, widzę cząstkę siebie, ale bardziej interesuje mnie jej niepowtarzalna iskierka. Jaśminka jest jak kwiat, łagodna i dzika, delikatna, a zarazem żywa jak czynny wulkan. Uwielbiam w niej tę różnorodność.
Jakie masz co do niej przeczucia?

Czuję, że będzie samodzielną, ciekawą świata istotą, chodzącą własnymi ścieżkami. Już teraz lubi ludzi i nowe miejsca, przebywanie na łonie przyrody, wpatrywanie się w morze, chmury, źdźbła trawy. W ciąży dużo z nią podróżowałam i chyba dlatego uwielbia ruch. Do 8 miesiąca trenowałam tai chi, tańczyłam, chodziłam na jogę. Widzę jak Jaśmina rozpoznaje mantry i piosenki, które puszczałam jej, gdy była jeszcze we mnie. Rozpoznaje języki, śmieje się, gdy mówię do niej po hiszpańsku, rosyjsku, angielsku. Od urodzenia słyszałam, że ma taki mądry wzrok. Myślę, że ona w ogóle jest bardzo mądra i szybko się uczy. Nazywam ją małą obserwatorką. Zanim coś zaakceptuje, poobserwuje chwilkę – zrobi zoom out (śmiech). Zupełnie jakby chciała poznać wszystkie detale na raz, po to, żeby ogarnąć całość. Ja też tak mam (śmiech).

 

Czy miałaś jakieś kłopoty z karmieniem piersią? Jak je przeżywasz? 

Karmienie piersią to dla mnie duchowe doświadczenie, pełnia bliskości. To taki duchowy orgazm. W tym momencie jestem z moją córeczka połączona tak intensywnie, że czuję ją tak samo mocno, jak siebie. Gdy trzymam ją blisko mojej nagiej skóry, czuję jak przepływa przez nas fala miłości. Uwielbiam te chwile. Nawet, gdy w środku nocy budzi się czwarty raz, a ja jestem nieprzytomna, to po chwili łagodnieję.

Pierwsze tygodnie karmienia były dla mnie trudne. Miałam obolałe, krwawiące brodawki, ale to minęło i teraz mogę się cieszyć każdą chwilą. Chciałabym karmić tak długo, jak Jaśmina będzie tego potrzebować. Myślę, że pierś nie jest dla niej wyłącznie źródłem pożywienia – widzę, jak się podczas karmienia momentalnie uspokaja, a jeszcze przed chwilą tak mocno płakała.

Co chciałabyś jej od siebie dać?

Nie chciałabym jej wychowywać, nie podoba mi się to słowo. Wychowywanie kojarzy mi się z lepieniem plasteliny na swoją modłę, czyli mamy jakiś zamierzony efekt i ku temu dążymy. A u nas jest odwrotnie. Jaśminka uczy mnie siebie, a ja staram się być dobrym uczniem, jednocześnie pozostając w roli nauczyciela. Nie chcę definiować jej świata swoimi hasłami i opisami. Chciałabym ją prowadzić tak, by czuła się przy mnie na tyle bezpiecznie, by nie bała się sama odkrywać świat.

Moją rolą jest bycie przy niej, by czuła moją obecność i mogła zawsze się do mnie zwrócić o pomoc czy radę. I na tyle daleko, by miała przestrzeń do doświadczania i eksperymentowania na swój sposób. Świat jest różnorodny, ciekawy i piękny – chciałabym, by z takim nastawieniem do niego podchodziła. I żeby wiedziała, że gdy się upadnie, warto wstać i spróbować jeszcze raz. Dla mnie ważna jest autentyczność w tym, co się mówi i robi, czyli życie w zgodzie ze sobą. To chciałabym jej przekazać – by zawsze była wierna sobie. A na ten moment, gdy jest malutka, to wyszeptałabym jej do uszka, że bardzo ją kocham i że jest idealna taka, jaka jest.

Już wkrótce wyjeżdżacie razem na miesiąc do Hiszpanii. Co cię skłoniło do wyjazdu? 

 Pamiętam, jak w listopadowy dzień stałam w oknie z Jaśminką na rękach, na zewnątrz hulał wiatr, opadały ostatnie liście z drzew, padał deszcz i było buro, a ja zamarzyłam o tym, by być na plaży i pokazywać Jaśmince morze, palmy, muszle i jaszczurki. Perspektywa 6 miesięcy spędzonych głównie w domu, bo trwały jesień i zima, była dla mnie depresyjna. Do tego doszły alarmy smogowe co drugi dzień, szara rzeczywistość wózkowa, czyli schody, metro, windy, wąskie przejścia, brak miejsca na wózek w restauracjach i to ciągłe ubieranie i rozbieranie dziecka z niekończących się warstw ubrań.

Wyjazdów dla mam z małymi dziećmi też nie znalazłam, raczej spotykałam się z opinią, że mama powinna siedzieć z dzieckiem przez pierwszy rok w domu, a dziecko paromiesięczne jest za małe na dalekie podróże. Gdy sobie o tym przypomnę, wzbiera we mnie bunt i złość. Z tych emocji zrodził się plan miesięcznej podróży do Hiszpanii, na Costa del Sol. To tylko 4 godziny lotu z Warszawy. Będziemy podróżowały z wózkiem i nosidłem. Pokażę jej morze, palmy, flamenco i tamtejszą przyrodę.

Tam słońce świeci przez 325 dni w roku!

 

Tak! A dzieci są dobrem narodowym. Rodzic z dzieckiem jest wszędzie mile widziany. Z tej samej potrzeby powstał większy pomysł wyjazdu dla mam z dziećmi w wieku od 6 miesięcy wzwyż. Zadzieje się to onajprawdopodobniej w drugiej połowie października (więcej informacji już wkrótce na Facebooku Izy). Dalekie wyprawy z dziećmi też mogą być ciekawe i proste. Podróżując po Ameryce Środkowej spotykałam rodziny z malutkimi dziećmi, które były w drodze od wielu miesięcy. To jest wykonalne, trzeba tylko spróbować.

 

Trzymam kciuki za twój piękny plan i dziękuję za rozmowę.

***

Zdjęcia: Joanna Szpak – Ostachowska/joannawkolorze.pl

Rozmawiała: Dominika Janik

 

Leave a comment 5 komentarzy

  1. Wspaniala Mama, cudowne obie, i jakie pelne Wiedzy 🙂 Jaka inspiracja! Oby wszystkie Mamy tak dzialaly, mielibysmy wszyscy szczesliwych ludzi. Dziekuje za piekny tekst i piekne zdjecia. 🙂

  2. Iza JESTEŚCIE PIĘKNE!!! GRATULUJĘ odwagi i z całego serca wspieram w dalszych planach podróżniczych, może wspólnych!!
    Tańcząca z brzucha z dwoma małymi córciami:):):)

  3. Izo, fantastycznie widzieć Cię taką Matką, taką piękną i świadomą… Tego doświadczenia pozbawiła nas rzeczywistość Twojego i moich dzieci dzieciństwa… Hierarchia spraw była inna, choć miłość i wpatrzenie w ten CUD istnienia tak sama. Kochaj swoją Jasminę zawsze tak samo. Ona też kiedyś wybierze swoją drogę. Teraz masz ten jedyny niepowtarzany czas… Czerp najwięcej. Tak My kiedyś widziałyśmy WAS – nieopisane z powodów technologicznych… Ściskam serdecznie anka bieniecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama