Mama

Tulenie Jagody i Stefanii

To jest jeden z tych domów, w którym zaraz po otwarciu drzwi, widzisz magię. Śniadaniowe zamieszanie, bulgocząca na palniku kawa, dziecięcy rumor - wszystko lśni. Strzepnijcie śnieg z płaszczy i rozgośćcie się w jednym z najcieplejszych miejsc świata. W domu Marty, Szymona, Jagody, Stefy, Rózi i Czesia.

Oto kolejna historia z cyklu Tulimy w Tula. Tym razem udajemy się na warszawskie Jelonki, żeby posłuchać o psotnych bliźniaczkach, które trzymają się za ręce w czasie karmienia. O wiązaniu chusty „na wysokości buziaka w czółko”, stawianiu realnych granic, pasjach, które rodzą się wraz z dziećmi i wparciu, które wszystko to warunkuje. Posłuchajcie.

***

Jagoda i Stefania mają nieco ponad rok, a już teraz są z nich bardzo samodzielne i charakterne bliźniaczki. 

Dziewczynki mają charakter, to prawda. Urodziły się w 7 m-cu ciąży, były maleńkie i słabiutkie, tak dużo przeszły i tak daleko odeszły od swoich pierwszych rokowań. Chyba jestem im w stanie wszystko wybaczyć za to, że są, w dodatku takie zdrowe i silne.

Dziewczynki mają starsze rodzeństwo: 5-letniego Czesia i 4-letnią Rózię. Co łączy całą czwórkę?

Mamy czworo dzieci i wszystkie są z gatunku tych „niegrzecznych”, jak lubią je etykietować starsze pokolenia. Ja wolę raczej mówić, że są otwarte, ciekawe albo po prostu, że są dziećmi. Staramy się stawiać naszym dzieciom mądre i realne granice. Nie chcemy wychować posłusznych robotów, tylko śmiałych dorosłych, którzy będą umieli powiedzieć „nie!”, gdy coś nie będzie im się podobało.

Tyle się mówi teraz o asertywności: mamy być asertywni, umieć powiedzieć nie i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia (śmiech). Umiesz? Ja nie! Jak odważę się powiedzieć „nie!” to jeszcze przez jakiś czas budzę się w nocy i zastanawiam, czy na pewno to była dobra decyzja. Więc pozwalam naszym dzieciom uczyć się tego od początku i mam marzenie, że nie będą takimi strachajłami jak ja. Bo mnie mój strach bardzo hamuje.

Kiedy Ty powiedziałaś swoje pierwsze „nie”?

Dopiero jako mama Czesia.

A jacy byliście przed dziećmi? Przy wejściu wiszą wasze zdjęcia z czasów studenckich – las, rowery, śmiech i beztroska. 

My przed dziećmi? Zamierzchła przeszłość (śmiech). Pamiętam, jak bardzo nie chciałam mieć dzieci. Uważałam, że to ciężar i uwiązanie. A już poród i karmienie – straszne! Teraz wiem, że (uwaga, frazes!) dzieci w żaden sposób nas nie ograniczają, bo ograniczenia nakładamy sobie sami. Kiedyś byłam kinomaniakiem, chodziłam do kina nawet codziennie, pisałam recenzje do szuflady.

Brakuje Ci tego?

Brakuje mi tamtej mnie, ale nie mogę powiedzieć, że coś straciłam, skoro tak wiele zyskałam. Kiedyś jeździliśmy z Szymonem na Open’era, cały rok potrafiliśmy przejeździć na rowerach. Ale mam ogromną nadzieję, że jeszcze do tego wrócimy, razem. Mamy jeszcze ogrom życia przed sobą, a dzieci są coraz większe.

 

 

Opowiedz o starszakach.  Jak radzą sobie z tym, że w domu pojawiły się bliźniaczki? Czy Czesio i Rózia trzymają sztamę?

Wspaniale się wspierają poza domem. Cześ jest bardzo opiekuńczy dla siostry w przedszkolu, ale w domu bywa różnie. Trochę przez to, że jest nas tak dużo na tak małej przestrzeni, i nikt tak naprawdę nie ma swojego kąta. Cały czas ktoś na kogoś wpada.

To też jest dobre, bo bliskość jest na wyciągnięcie ręki. A jeśli chodzi o przestrzeń poza domem, gdzie najchętniej chadzacie z dziećmi? I jak wam się żyje na Jelonkach – jest co robić? 

Na Jelonki przeprowadziliśmy się z dolnego Mokotowa. Przez pierwsze lata czułam się jak na wygnaniu, jakbym była tu za karę.

Dlaczego?

Rozumiesz, dolny Mokotów, historia na każdym kroku. Mieszkaliśmy w pięknej kamienicy, noszącej ślady kul. Znałam wszystkich sąsiadów, tych sławnych też. Szymon jest od zawsze fanem Kultu, więc jak spotykał na poczcie czy na spacerze z psem gitarzystę zespołu, to żył tym przez  tydzień. Więc kiedy przeprowadziliśmy się do blokowiska na Jelonkach, to zamiast rozejrzeć się, poszukać fajnych miejsc, narzekałam.

Ale wreszcie zmieniło się twoje podejście, prawda?

Dopiero po dwóch latach poznałam historię Miasta Ogrodu Jelonki, zaczęłam się rozglądać podczas jazdy rowerem, zauważać stare drzewa owocowe, drewniane domy podpisane nazwiskami gospodarzy. Niewiele ich zostało, ale mam je na kliszy i na zdjęciach. Poznałam i pokochałam niesamowite miejsce, jakim jest Osiedle Przyjaźń, jego wspaniałych mieszkańców, którzy starają się ocalić osiedle od zniszczenia i zapomnienia. Na terenie osiedla działa biblioteczka plenerowa, magazyn Jelonek, do którego miałam przyjemność napisać artykuł. Jedna z  mieszkanek stworzyła wspaniały projekt i zebrała historie mieszkańców, które można znaleźć  na stronie osiedleprzyjaznmapa.pl. I oczywiście na osiedlu działa Bemowski Klub Mam, prowadzony przez mamy dla mam.

 

Kiedy zdecydowałaś, że chcesz pracować jako doula i lektorka angielskiego?

Macierzyństwo bardzo mnie rozwinęło i uwolniło, naprawdę wiele zawdzięczam moim dzieciom. Dzięki nim odważyłam się wrócić do robienia tego, co kocham i odkryłam nowe pasje – bycie doulą i pracę w Helen Doron.

W ciąży z Cześkiem bardzo dużo czytałam. O karmieniu piersią, porodzie naturalnym. Bardzo tego chciałam dla Czesia i tak bardzo się bałam, bo moja mama karmiła mnie tylko miesiąc. Skoro ona nie miała mleka, to czy ja będę miała? Teraz już wiem, jaka jest fizjologia, co trzeba zrobić, żeby z powodzeniem karmić. Najtrudniejszą walkę stoczyłam o karmienie dziewczynek.

Opowiedz o tym.

Urodziły się jako bez odruchu ssania, karmione były sondą z moim mlekiem, a później butelką. Miały wiele problemów typowo wcześniaczych, związanych z budową buziek, pobieraniem mleka i połykaniem. Prawie 4 miesiące uparcie przystawiałam i liczyłam, że w końcu się uda. Teraz mają 13 miesięcy i uwielbiają trzymać się za ręce podczas karmienia. Myślę, że zgłębianie wiedzy na ten temat i wspieranie w tym innych mam to moja największa pasja. Jestem adminką w grupie Bliźniaki na piersi na Facebooku i dużo z siebie daję, ale też biorę. To takie wspaniałe uczucie, gdy kolejna mama pokonuje przeciwności i karmi swoje bliźnięta.

To musi być bardzo motywujące. Wspomniałaś też o nauczaniu angielskiego.

To moja druga pasja. Pracuję jako lektor i metodyk w szkole Helen Doron. Praca z dziećmi daje tyle szczęścia i energii, kocham to! Po udanej lekcji, na której dzieci dobrze się bawiły, mówiły i śpiewały po angielsku, wracam do domu jak na skrzydłach.

Jak udaje Ci się wszystko zaplanować tak, żeby na nic nie zabrakło czasu? Czy musiałaś z czegoś zrezygnować, teraz jako mama czwórki dzieci?

Zdecydowanie najmniej jestem ostatnio doulą, to chyba przez zmęczenie. Gdzieś kiedyś widziałam mema, który doskonale oddawał moje samopoczucie. Chwilowo brakuje mi sił, żeby móc dawać siłę innym kobietom. A doulowanie to służba i dawanie dużo od siebie. Trzeba mieć w sobie także pokorę, gdy kobieta wybiera coś, czego ja nigdy bym nie wybrała. Bo doula podąża za kobietą, za jej wyborami.

Zauważyłam, że masz w domu pokaźną kolekcję pięknych książek kucharskich.

Bardzo lubię gotować i żałuję, że mam na to tak mało czasu. Jestem wegetarianką, od dwudziestu trzech lat, a ze względu na dzieci i alergie ostatnio w znacznym stopniu jemy wegańsko. I tak najbardziej lubimy. Zawsze jest u nas zupa, gęsta i  pełna rozgrzewających przypraw. Warzywa na zupę obierają starszaki, każde ma swoją obieraczkę. Spędzają w kuchni bardzo dużo czasu. Jak tylko zaczynam coś gotować, to Rozalka biegnie ze schodkiem podnóżkiem, żeby lepiej widzieć. Jagoda i Stefa też nam towarzyszą – zawsze mam jedną w Tuli na plecach.  Odkąd pozbyłam się z głowy ograniczenia, że dzieci w kuchni przeszkadzają okazało się, że są świetnymi pomocnikami. Moja prywatna trzy i pół latka świetnie zlepia pierogi. Oboje robią genialne kluski z dziurką.

 

Gotowanie z dzieckiem w nosidle to czasem jedyna możliwość, żeby w ogóle się za nie zabrać. 

Dlatego noszenie jest tak wspaniałe! Wiesz, że prawidłowa wysokość na jakiej powinno być zamotane dziecko w chuście to wysokość „buziaka w czółko”? (śmiech) Dzieci w chuście czy nosidle są wytulone i wycałowane.

Czy cała czwórka zawsze pozytywnie reagowała na noszenie?

Czesiu był noszony od 2 miesiąca. Pamiętam, że tego dnia, kiedy zamotałam go w pierwszą nieudolną kieszonkę, skończyły się problemy z kolkami. Później, gdy był większy, na widok chusty wyciągał rączki do góry i piszczał z radości. Rozalka była motana od pierwszego dnia i naprawdę nie pamiętam, czy kiedykolwiek jeździła w wózku. Bo chusta to bliskość, czułość i buziaki, ale też wygoda. Szczególnie, gdy mieszka się w Warszawie a tu barier architektonicznych i komunikacyjnych nie brakuje.

A jak było z bliźniaczkami?

Pierwsze 5 miesięcy życia dziewczynek to był bardzo trudny czas. Gdy nareszcie wyszły ze szpitala okazało się, że płaczą więcej niż przeciętny noworodek. Zaczynały zaraz po przebudzeniu a jedyne ukojenie przynosiła im wtedy chusta i bujanie się na dużej piłce. Szymon bardzo szybko nauczył się motać w chustę, a gdy wrócił do pracy to była ona dla mnie wybawieniem. Gdy wychodziłam na spacer, z dziećmi zawsze jedną bliźniaczkę miałam w chuście, druga była w podwójnym wózku (obok miejsce dla Rozalki, której szybko męczą się nóżki). Tula bardzo nam też pomaga teraz, gdy trzeba potulić i wyciszyć dziewczynki wieczorem. Chwila tulenia i kołysania, pierś i dziewczynki śpią.

 

 

Jak mimo wszystkich trudności udaje Ci się zachować spokój i pogodę ducha? Czy masz czas, żeby zrobić coś tylko dla siebie?

O rany! Najtrudniejsze pytanie ze wszystkich. Pracuję nad tym, żeby mieć chwilę dla siebie, ale to trudne. Dzielimy się opieką nad dziećmi z Szymonem, ale ponieważ jest on poważnie chory, to ostatnio nie umiem go o to prosić, bo boję się o jego zdrowie. Ale spokojna nigdy nie jestem. O nie! Czesiu mówi, „Mamusiu! Ty to jesteś taki nerwus!” Straszny nerwus. Czasem coś palnę, potem przepraszam. Ogromną radość dają mi dzieci i praca w szkole. Uwielbiam spędzać czas z Cześkiem. Jest takim mądrym chłopcem, ciekawym świata, coraz lepiej czyta i pisze, sam z siebie. Uwielbiam go. A Rozalka to moja mała czarodziejka. Nikt nie patrzy na świat tak, jak ona. Gdy spędzamy czas razem z dala od reszty rodziny, opowiada mi takie niesamowite historie. Chyba zacznę je spisywać.

A dziewczyny? Po prostu są. Przebywanie z nimi to sama radość. Każde małe osiągniecie. I karmienie. Uwielbiam je karmić i każdego dnia jestem wdzięczna, że się udało. Brakuje mi tylko czasu spędzonego sam na sam z Szymonem. Ale dojdziemy do tego. Już niedługo.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Zdjęcia: Joanna Szpak – Ostachowska/ Joanna w Kolorze

Leave a comment 6 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama