Tulenie Antoniny

O dwa ruchy do przodu

W poniedziałkowe przedpołudnie spotkałam piękną dziewczynę. To jeszcze nic. Najbardziej zadziwiające jest to, że wyjątkowa aparycja szła w parze z inteligencją, uprzejmością i klasą. Wszystko powyżej przeciętnej - jak to możliwe? Nie miałam odwagi zapytać o to roześmianej Ali Gabillaud, młodziutkiej mamy Antoniny, zdolnej wizażystki, piekarki z polotem i współzałożycielki Super Salonu.

Ala jest kolejną bohaterką cyklu Tulenie w Tuli i potrafi zajmująco opowiadać o łaknieniu nowych wyzwań, rodzinnej codzienności, kociej towarzyszce ich życia i smakach francuskiego dzieciństwa. Poczytajcie.

alag_tula_ladnebebe_17

Za imieniem Waszej 9 – miesięczej córeczki stoi ciekawa historia. Opowiesz?  

Borykaliśmy się z wyborem pomiędzy dwoma imionami: Antoniną i Janiną. Do tego stopnia nie wiedzieliśmy na które się zdecydować, że zaczęliśmy sięgać po znaczenie imion, numerologię itp. Nie jesteśmy zbyt przesądni, to było chyba rozpaczliwe szukanie jakiegokolwiek mocnego argumentu, który pomógłby nam zdecydować. Wreszcie trafiliśmy na coś, co wskazywało, że Antonina to chodząca oaza spokoju i gałązka oliwna, zażegna wszystkie spory.

Spory? Sprawiacie wrażenie najłagodnieszych ludzi na świecie!

Tak się składa, że jesteśmy z Krzyśkiem bardzo silnymi osobowościami i często się spieramy. Dlatego spodobała nam się wizja tego, że ktoś wpłynie na domową energię kojąco (śmiech). Po tym, jak podzieliliśmy się wiadomością o wyborze imienia z rodzicami i dziadkami i wskazaliśmy na Antoninę, okazało się, że moja praprababcia oraz ukochana babcia taty Krzyśka miała tak na imię. To umocniło nas w przekonaniu, że to dobry wybór.

Jak zmieniła się Wasza codzienność wraz z pojawieniem sie Antoniny?

Wprowadziła ład i stały rytm dnia. Zmusiła nas do myślenia o pięciu rzeczach na raz i nauczyła planować każdą rzecz o dwa ruchy do przodu. Boję się już na myśl o tym, kiedy dojdzie przedszkole, dodatkowe zajęcia, urodziny koleżanek i kolegów –  wtedy to się dopiero zacznie! A z drugim dzieckiem?! To już istna produkcja planu filmowego (śmiech).

Trafiasz w samo sedno, ale spokojnie, najtrudniejsze są początki. Jak sobie radzisz na tym etapie?

Jak chce się realizować na polu zawodowym, mieć czas na bycie z dzieckiem i poznawanie go, a także mieć czas dla partnera i pielęgnacji związku, do tego wszystkiego chwilę tylko dla siebie i swoich pasji, to trzeba być bardzo mocno zorganizowanym. Ja się tego dopiero uczę.

Jaka jest Antosia?

Antola jest obecnie w ciągłym ruchu, pełza z prędkością światła i wszędzie jej pełno. Nie może wytrzymać krótkiej chwili na rękach czy w wózku. Trzy tygodnie temu miała etap bycia cały czas na moich rękach i bała się każdej osoby, która nie była Krzyśkiem czy mną. To chyba taki czas w życiu dziecka, w którym ciężko jest móc dokładnie powiedzieć o tym, co go cechuje, bo tydzień później odmieni się to o 180 stopni. Dbamy o to, żeby Antosia mogła na nas polegać a kiedy płacze czy marudzi – staramy się ją wziąć choćby na chwilę na ręce. Nie mamy problemu z noszeniem jej i szanujemy też to, że może nie mieć ochoty być na rękach. Na pewno nie należymy do rodziców, którzy zostawiają dziecko żeby się samo wypłakało.

 

alag_tula_ladnebebe_8

 

Jak zaczęła się Wasza przygoda z noszeniem? Próbowałaś z chustą?

Tak, od chusty zaczęliśmy, a raczej od tkaniny w odpowiednich wymiarach, ale szybciutko zmieniliśmy ją na nosidełko Babybjorn które – póki Antola była maleńka – bardzo się sprawdzało. Kiedy Mała przybrała na wadze, nosidełko zaczęło wpijać się w plecy i trzeba było znaleźć coś nowego. Padło na Tulę i nie zamienilibyśmy go na żadne inne!

alag_tula_ladnebebe_10

alag_tula_ladnebebe_18

Czy Tula przydaje się Wam w podróży? Jak często wyprawiacie się gdzieś dalej z Antosią?

Zaraz po jej narodzinach przybyło okazji do licznych podróży. Bardzo bawi mnie to, że z dzieckiem, którego pojawienie się w rodzinie kojarzone jest z permanentnym niedoczasem, odbyliśmy więcej podróży niż w ciągu kilku ostatnich lat! Antosia wprowadziła ład i wymusiła na nas wcześniejsze planowanie wspólnie spędzanego czasu. Byliśmy już razem u rodziny Krzyśka w Jeleniej Górze, kiedy Antola miała niecałe 3 miesiące. Tę wycieczkę, która zajmowała nam bez dziecka ok. 6 godzin, zapamiętamy jako klasyczny błąd świeżo upieczonych rodziców : to była to zbyt długa podróż dla takiej kruszyny w foteliku samochodowym. Kolejna podróż to były odwiedziny mojej rodziny we Francji – pierwszy lot Antosi, kiedy skończyła pół roku. Zabraliśmy ze sobą wózek z fotelikiem samochodowym i nosidełko na spacery po mieście. Dzięki Tuli mieliśmy wolne ręce, swobodę ruchów i brak stresu, który wiążę się z przepychaniem się wózkiem przez wąskie paryskie ulice. Na Wielkanoc pojechaliśmy na weekend do Pragi. W najbliższe wakacje planujemy samochodowy trip przez Berlin, odwiedziny u moich dziadków we Francji w okolicach Orleans a potem zjeżdżamy aż do Kraju Basków.

Moje doświadczenie pokazuje, że dzieci zasypiają w Tuli nie wiadomo kiedy. Czy tak jest i u Was?

O tak, Antosia zasypia w mgnieniu oka (śmiech).

A co najlepiej się sprawdza w domowych pieleszach? Macie swoje ulubione rytuały związanie z usypianiem?

Mam wrażenie, że bardzo ważny jest dla niej (a tym samym dla mnie) powtarzalny rytm dnia i nocy, wiąże się z tym sporo tych samych czynności, które wykonujemy każdego dnia. Ramy dnia nadają sen i jedzenie i  tego nie zmieniamy. Wszystko, co dzieje się w międzyczasie, jest dowolne.

 

alag_tula_ladnebebe_5b

 

Gdybyś miała sporządzić plan Waszego typowego dnia, jak by wyglądał?

Mała wstaje między 7 a 8  i gaworzy sobie pod noskiem, co daje nam +15 minut żeby się przebudzić, jemy śniadanie i bawimy się w  pokoju, koło 10 je kaszkę, po której udaje się na drzemkę. Wtedy mamy trochę czasu, żeby ogarnąć mieszkanie, przygotować obiad, odpisać na maile czy przeczytać gazetę. O 13 jemy obiad i ruszamy na spacer, który trwa zazwyczaj do 16, czyli do pory podwieczorku. Po 16 pojawia się już spore zmęczenie dniem i do 18h30 / 19 dajemy z siebie wszystko, żeby ją czymś zająć i rozbawić.

 

Co ją rozśmiesza?

 

Najśmieszniejsze okazują się być skakanie, bieganie w miejscu, robienie przysiadów, tańczenie i śpiewanie. Także mogę śmiało powiedzieć, że Antosia jest najlepszym z trenerów, który motywuje mnie do ćwiczenia przez co najmniej godzinę dziennie (śmiech). Wieczorem bierze kąpiel i układanie do snu ok. 20.Staramy się czytać codziennie do snu przez kilka minut. Antosia nie zaśnie bez Szumisia i niestety, smoczka.

 

Jak to się stało, że zostałaś wizażystką?

Jako nastolatka poznałam profesjonalną makijażystkę. Jak każda nastolatka szukałam na siebie pomysłu, krążyłam wokół mody i  sztuki a makijaż wydawał mi się być wyborem mało oczywistym. Trochę na sobie eksperymentowałam, ale liceum i środowisko, w którym byłam, bardzo stawiało na bycie intelektualistą a nie artystą, nie mówiąc już o byciu wizażystką. I tak zaczęła się moja tułaczka po studiach humanistycznych – najpierw historia sztuki, potem kulturoznawstwo. Na trzecim roku kulturoznawstwa miałam kilka przedmiotów niepozaliczanych, wizję pisania licencjatu i kompletny brak pomysłu na to, co zrobię ze sobą po tych studiach. To był moment kluczowy. Zdecydowałam, że już koniec oszukiwania siebie, realizowania czyichś marzeń i dopasowywania się do systemu liceum – studia – ciepła posadka. Znalazłam szkołę, która dawała podstawy makijażu i w której mogłam zrobić dyplom. Moja rodzina by mnie wydziedziczyła, gdybym po tylu latach studiowania nie miała wyższego wykształcenia (śmiech). Pierwsza sesja, po której pojawiły się kolejne opcje pracy na sesjach zdjęciowych to była sesja dla marki HAZZ Rafała Czajki.

 

alag_tulaladnebebe_cosmetics

 

Masz swoich mistrzów? Kogo podziwiasz? 

Ojej, jest bardzo wiele osób, które szanuję pod względem techniki i lekkości pędzla. Jednak królowa jest jedna i jest nią Isamaya Ffrench.W wieku 25 lat została edytorem działu beauty magazynu i-D ! Jej makijaże są po prostu niezwykle inteligentne tj, gra z rzeźbą twarzy (Junya Watanabe SS15 Ready To Wear), we współpracy z Nicolasem Coulombem dla magazynu Novembre bawi się trendami z poprzednich dekad i zmusza odbiorcę do refleksji nad makijażem jako narzędziem które służy ‚upiększeniu’, bawi się kiczem i często traktuje twarz jak płótno, na którym tworzy abstrakcyjne czy po prostu dziecięce, naiwne obrazy.

Wymień 3 ulubione kosmetyki, z którymi się nie rozstajesz.

W pracy ciężko obyć mi się bez bazy rozświetlającej RougeBunnyRouge czy mgiełki rozświetlająco-utrwalającej MAC. Do pielęgnacji codziennej zimą stosuję krem intensywnie nawilżający marki Physiogel, zaś latem odżywczo-nawilżający firmy Embryolisse.

Czy Twój makijaż zmienił się od kiedy jesteś mamą?

Na początku prawie go nie było (śmiech). Teraz sytuacja jest już bardzo luksusowa i mam czas na to, żeby się pomalować. Raczej wiele się w nim nie zmieniło. Staram się, żeby był lekki na tyle, na ile pozwala mi na to moja cera naczynkowa. Dlatego zawsze sięgam po rozświetlenie czy to w postaci bazy, czy w postaci sypkiej. Ostatnio coraz rzadziej używam tuszu do rzęs. Często zapominam o tym, że mam pomalowane oczy i tak samo często zdarza mi się ję trzeć, w rezultacie czego powstaje efekt makijażu z poprzedniego dnia. A ja orientuję sie dopiero wieczorem (śmiech).

 

alag_tula_ladnebebe_13

 

Razem z Krzyśkiem prowadzicie Super Salon, gdzie królują najpiękniejsze magazyny i albumy, jakie można sobie wymarzyć. Jak Ci się pracuje z chłopakiem? 

Teraz moja rola sprowadza się do tego, że raz na kilka miesięcy pomogę w Super Salonie za ladą czy na targach. Co nie oznacza, że ze sobą nie pracujemy. Należymy do tych osób, które mają milion pomysłów na minutę i marzymy o realizacji wszystkich (choć jest to awykonalne). Mamy nowy projekt, który jest już w fazie wdrażania w rzeczywistość także jest nieźle.

 

Co takiego planujecie?

 Jeszcze nie zdradzam co to takiego – będzie niespodzianka!

 

Które z Was ma to dobre oko do nowości? A może dzielicie się przyjemnością z wyszukiwania nowych wydawnictw?

Uwielbiam ten moment, kiedy jest nowy sezon wydawniczy, napływają katalogi z różnych wydawnictw i każde z nas kartkuje je i zaznacza swoje wybory. Potem Krzysiek robi zamówienie opierając się na tym, co w katalogu zostało zaznaczone, jakie ma przeczucie i przypominając sobie prośby klientów o dane książki. Często buszuję w internecie i wpadam na jakieś nowości, które wydają mi się być interesujące i przekazuję je Krzyśkowi. Ostatnio znalazłam magazyn Beauty Papers. Zamówiliśmy a teraz pozostaje cierpliwie czekać na dostawę.

 

 

A do jakich magazynów zaglądasz regularnie? Masz swoich ulubieńców?

Zaglądam do Monocle, żeby mieć rękę na pulsie i wiedzieć co dzieje się obecnie na świecie. The Gentlewoman i Riposte uwielbiam do poczytania, The Gourmand-  jak mam ochotę na coś o gastronomii, i-D dla mejkapów a FOAM – kiedy chcę się dowiedzieć co nowego w fotografii.

Jak się organizujecie na co dzień w opiece nad córeczką ale też w całęj reszcie? Czyli: kto myśli o rachunkach, żeby ktoś inny mógł bujać w obłokach?

Staramy się dzielić po równo opieką nad Antosią, do tego raz w tygodniu przychodzi niania Ola i raz w tygodniu moja mama wychodzi z Małą na spacer. Co do codziennych obowiązków to zdecydowanie Krzysztof jest od rachunków a ja od bujania w obłokach. Po mojej stronie jest pamiętanie o opłaceniu internetu i swoich rachunków telefonicznych, dlatego co dwa miesiące mam zablokowany telefon i przed tydzień zbieram się, żeby go opłacić. W tej kwestii nie potrafię być systematyczna. Za to  śmiało mogę sobie przypisać rolę animatorki czasu spędzanego przez Antosię poza domem i dbanie o to, żeby miała kontakt z rówieśnikami. Chodzimy na basen, Smykofonię i nie możemy się już doczekać kolejnych atrakcji dla trochę większych maluchów!

 

Jak długo jest z Wami kotka Emi?

Od 6 lat. Przygarnęłam ją na rok przed spotkaniem Krzyśka. Relacja Krzyśka z kotem była na początku dosyć ciężka, należał on raczej do osób, które wolą psy. Na szczęście nasz kot jest trochę jak pies, kiedyś nawet coś zaaportował, także szybko udało mu się do niej przekonać (śmiech).

 

Czy to był Twój pomysł na wnętrze czy ktoś Ci pomagał w aranżowaniu  przestrzeni, gromadzeniu ładnych przedmiotów?

Wnętrza to bardziej broszka Krzyśka, to on jest mistrzem ergonomii. Weszliśmy do mieszkania, w którym była tylko szafa i kanapa – od razu je przemalowaliśmy. Mieliśmy też część swoich mebli, Krzysiek kupił stół i krzesła od znajomego, którego firma wyprzedawała meble biurowe. Ostatnio wkręciłam się w stronę, na której można znaleźć wyselekcjonowane vintage przedmioty.

A jak jest z designem? Co lubicie najbardziej?

To jest trochę tak: Krzysztof jest tym, który kocha chrom i jasne rzeczy a ja bym mogła mieć całe mieszkanie urządzone na pchlim targu. Nasze mieszkanie jest miksem naszych wizji we wspólnej przestrzeni. Gromadzenie roślin to moja sprawa, gorzej idzie mi utrzymywanie ich przy życiu – z naszej dwójki to Krzysztof ma rękę do zieleni.

 

alag_tula_ladnebebe_books

 

 

Co się działo, zanim sprowadziliście się na Ochotę? Gdzie wcześniej mieszkaliście?

Kiedy dowiedzieliśmy się, że dołączy do nas za jakiś czas nowy członek rodziny, mieszkaliśmy w kawalerce na Muranowie. Zaczęliśmy powoli przeglądać oferty i natknęliśmy się na ofertę mieszkania naprzeciwko mojej mamy, przy placu Narutowicza. Na zdjęciu oferty była kamienica, obok tej, w której sie wychowałam. Powiedziałam Krzyśkowi, że nie warto oglądać tego mieszkanie  – bałam się o hałas. Coś nas jednak tknęło i umówiliśmy się z osobą, która się zajmowała tym mieszkaniem. Podeszliśmy pod kamienicę ze zdjęcia, ale to nie było to miejsce. Okazało się, że mieszkanie znajduje się dokładnie w tej kamienicy, w której mieszkałam jako dziecko! Przechodzimy przez oficynę i wchodzimy do „mojej” klatki, wsiadamy do windy a agent naciska przycisk na 3 piętro. Chciałam sobie przypomnieć, pod którym numerem mieszkaliśmy w dzieciństwie aż wychodząc z windy zobaczyłam je. To właśnie w nim się wychowałam, wychodziłam z niego do przedszkola, a potem podstawówki. To było tak nierealne! Nasze mieszkanie mieści się dokładnie naprzeciwko mieszkania z dzieciństwa.

Ale historia! A jak pierwsze wrażenia po przekroczeniu progu nowego mieszkania? Co Wam się spodobało?

To co nas urzekło w nowym mieszkaniu to była jego wysokość, ilość światła i cisza (naprawdę!), którą zapewnia nam usytuowanie większości mieszkania od oficyny. Mieszkanie było puste i pokoje w amfiladzie. Okazało się, że stoi od kilku dobrych miesięcy i nikt nie chce go wynająć – większym zainteresowaniem cieszą się w pełni umeblowane mieszkania z oddzielnymi pokojami. Dla nas było idealne! Przemalowaliśmy je na biało, wnieśliśmy swoje rzeczy i powoli aranżowaliśmy przestrzeń. Do dziś jeszcze zostało kilka rzeczy, których nam brakuje, chociażby takich jak zdjęcia czy plakaty na ścianach. Pewnie jak Antośka zacznie rysować, będziemy tęsknić za gołymi, białymi ścianami (śmiech).

 

Przywitałaś nas mocną kawą i pysznymi czekoladowymi ciastkami. Czy masz swoje domowe sposoby na pieczenie zasłyszane u mamy czy babci?

 

U wujka! Zapach drożdży i masła towarzyszył przez całe moje dzieciństwo właśnie za sprawą mojego wujka od strony ojca, który jest piekarzem. Każde wakacje spędzane u dziadków we Francji wiązały się z kilkoma dniami spędzonymi z moją kuzynką i zabawą w sklep w piekarni wujka. Pamiętam, że jako mała dziewczynka byłam bardzo zaskoczona tym, jak przygotowuje się pain aux raisins (ślimaki z ciasta z rodzynkami). To chyba właśnie ta technika, zero skrótów, cierpliwość i czas, którego wymagają wypieki tak bardzo mnie rozkochały w cukiernictwie. Poza tym najfajniejsze jest to, że nie da się zrobić jednego kawałka ciasta czy jednej drożdżówki – słodyczą dzielimy się z innymi i wspólnie rozkoszujemy się czymś trochę niedozwolonym. Miłość do drożdży i słodkości powróciła w ciąży. Codziennie musiałam zjeść śniadanie na słodko i dojeść je croissantem, pączkiem czy drożdżówką.

 

Czy jest książka kucharska, do której zaglądasz i zawsze wszystko wychodzi, bez skuchy?

Chyba nie mam jeszcze takiej książki do której bym cały czas wracała, czekam na nią! To wygląda tak, że wymyślam sobie, na co mam danego dnia ochotę i szukam przepisu, który wyda mi się być idealnym po książkach, blogach, stronach internetowych. Ostatnimi czasy zaimponowała mi Christina Tosi, która jest głównym cukiernikiem nowojorskiego Milk Baru. Cała jej postać jest czarująca: dziewczyńska, zadziorna, ze wzorzystymi opaskami na włosach, wyluzowana ale zarazem bardzo ostra, skupiona i niepoprawnie pedantyczna. To, co wychodzi spod jej rąk, jest bardzo proste w smaku, bo często nawiązuje do smaków z dzieciństwa i minimalistyczne, jeśli chodzi o dekoracje a technicznie – bardzo skomplikowane, składające się z wielu warstw i faktur. Najlepiej to obrazuje flagowy produkt Milk Baru, którym jest Cereal Milk – mleko, które pozostało po zjedzeniu płatków na mleku – jest podstawą wszystkich przepisów tej cukierni. Absolutne mistrzostwo!
Czy mogłabyś podać przepis na czekoladowe ciastka, którymi nas ugościłaś?

Jasne, przepisy są po to żeby się nimi dzielić.

 

***

CZEKOLADOWE CIASTECZKA Z SOLĄ MORSKĄ

Składniki:

280 gr masła
400 gr cukru
2 duże jaja
1 łyżka stołowa ekstraktu z wanilii
90 gr kakao
250 gr mąki
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka soli morskiej
350 gr czekolady gorzkiej, pokrojonej w małe kosteczki

Przygotowanie:

Miksujemy masło z cukrem do momentu, w którym masa zaczyna być bardzo jasna. Dodajemy jajka i ekstrakt z wanilii i miksujemy jeszcze przez 2 minuty.

W osobnej misce mieszamy wszystkie suche składniki: kakao, mąkę, sodę i sól.

Wsypujemy suche składniki do zmiksowanej masy. Mieszamy delikatnie, nie włączając jeszcze miksera, żebyśmy nie mieli całej kuchni w kakao i mące. Włączamy mikser i mieszamy bardzo krótko, tylko tyle, żeby wszystkie składniki nam się połączyły. Jest to bardzo ważne, gdyż gluten, który wytwarza się po połączeniu mąki ze składnikami mokrymi sprawia, że im dłużej wyrabiany, tym twardsze będą nasze ciasteczka (a tego przecież nie chcemy!).

Wrzucamy małe kosteczki czekolady i łączymy je z masą.

Wykładamy naszą czekoladową masę na folię spożywczą i zawijamy ją w roladę. Ciasta jest sporo, dlatego sugeruję dwie mniejsze rolady. Wrzucamy je na minimum 3 h do lodówki, polecam na całą noc.

Rozgrzewamy piekarnik na 180 stopni. Kroimy roladę o średnicy 6 cm na 1,5-2 cm plastry, układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia pozostawiając sporo miejsca między naszymi przyszłymi ciastkami. Ja lubię nie dopiekać ciastek, dlatego po około 8 minutach pieczenia wrzucam jeszcze ciepłe do lodówki, żeby przerwać proces pieczenia. Pomiędzy piekarnikiem a lodówką posypuję je jeszcze solą (na oko).

Co do czasu pieczenia mogę podzielić się jedną świetną radą, którą niedawno zasłyszałam i sprawdza się w stu procentach: w momencie, w którym czujemy zapach wypieków w całym domu oznacza to, że są one już gotowe. Trzeba tylko poczekać aż wystygną.

Smacznego!

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Zdjęcia: Monika Lenarczyk/ kaszkazmlekiem

3 komentarze

  • Kasia:

    Piekna rodzinka i piekne zdjecia! My sie nosimy w naszej Tuli od urodzenia Mili (mamy wkladke dla niemowlaka) i jest niezastapiona, zaluje ze nie mialam jej przy pierwszej corce! Zwlaszcza tutaj w Irlandii gdzie zima byla tak dluga a wiosna tak zimna, milo bylo miec mala zawsze cieplutko przy sobie:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.