rozmowa, Sztuka

Szaleństwo wszystkich rozśmiesza

Pisarka, komiczka, pomysłodawczyni warsztatów improwizacji dla dzieci, stawiająca opór działaniom hejterskim w liceach i gimnazjach a także właścicielka pierwszego w dziejach drewnianego miecza świetlnego. Joasia Pawluśkiewicz operuje ostrzem języka, ale na tym jej praca się nie kończy. Słowo jest punktem wyjścia do działań, które bawią, dystansują i skłaniają, by zajrzeć w siebie na dłuższy moment.

Współtworzy Klub Komediowy, do którego dorośli chodzą po rozweselenie a dzieci po wolność, równość i braterstwo. To pierwsza artystyczna inicjatywa, która w prosty i skuteczny sposób otwiera się na dzieci, mówi ich językiem i troszczy się o ich rozwój. Dlatego bardzo nam przyjemnie, że zgodziła się opowiedzieć o swoich początkach, urokach i znojach zawodu komiczki oraz morzu satysfakcji z realizowania swoich planów. Posłuchajcie uważnie.

joasia

 

Po pierwsze, brawo! Znam Twoje książki, widziałam kilka ekranizacji Twoich scenariuszy. Nie mogę się nadziwić, że ktoś tak sprawnie myśli i tak dobrze te myśli zamienia w słowa. Powiedz, co robić, żeby tak dobrze pisać? Gdzie i do kogo chodzić na nauki?

Dziękuję bardzo, ale nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Zupełnie. Nie chodziłam na nauki pisania prozy, a najlepszą lekcję pisania usłyszałam przypadkowo od Krzysztofa Zanussiego na jakimś spotkaniu ze sławnym człowiekiem, kiedy byłam bardzo młoda.

Podsłuchiwałaś! Ale pewnie zrobiłabym to samo. Co powiedział?

Jak się chce napisać na przykład, że wszedł facet w czarnym kapeluszu i ten kapelusz był czarny jak noc, to żeby tak nie pisać, bo wiadomo, że noc jest czarna więc poszukajmy jakiegoś innego skojarzenia. Żeby nigdy nie pisać tak, jakby się chciało w pierwszym momencie. To bardzo cenna nauka. Potem przeczytałam, żeby pisać tak, że gdyby Stanisław Dygat to czytał, to żebyśmy się tego nie wstydzili. Cytowałam tę myśl milion razy i nigdy mi się nie znudzi. Bo kocham Stanisława Dygata.

To może zdradź tajniki swojego warsztatu.

Chodziłam na kursy, do szkoły, ale scenariuszowej, sitkomowej. Proza i moje pisanie książkowe, monodramy czy skecze, wynikają głównie ze mnie samej. Siadam i piszę usiłując nie ulegać najprostszym skojarzeniom i pisać naprawdę, nie popisywać się przed czytelnikiem. Jak w każdej sztuce zresztą. Nie popisywać się, tylko pokazać, co się czuje najlepiej, jak się potrafi. Inaczej wychodzi kabarecik.

Robisz tyle rzeczy, że aż dziw bierze, że doby wystarczy. Chcę zapytać o organizację: co robić, żeby godzić pisanie scenariuszy, występowanie na scenie, prowadzenie Klubu Komediowego i wszelkie czynności życiowe?

Mało spać. Nie ma innego wyjścia (śmiech). Trzeba późno chodzić spać i wstawać rano. Poza tym lubić to, co się robi. Jak się samemu robi to, co się wymyśliło, to ciężko być tym zmęczonym i nie można narzekać na za dużo pracy. Czasem nie daję rady, choruję, mam alergie, bóle pleców i tak dalej, ale trudno. Zamiast chodzić na basen i tak wolę cały wieczór oglądać seriale.  Moje ciało dość często daje mi do zrozumienia, że muszę odpocząć i sobie poleżeć, że przeginam, że za szybko, ale jest tak strasznie dużo rzeczy do robienia, że na razie będę robić.

Skąd takie tytaniczne podejście do pracy?

Ja się trochę wstydzę po prostu gdy nie robię. Mam paranoję, że i tak tego wszystkiego jest za mało, bo to nie są jakieś potworne obowiązki. Bawimy, rozwijamy ludzi przecież, dajemy radość, no to trzeba więcej! Czuję też wieczną odpowiedzialność za wszystko, co jest męczące, ale pożyteczne w gruncie rzeczy. Mam obsesję kontroli i wolę wszystko robić sama, chociaż improwizacja wreszcie dała mi poczucie, że nie muszę. Nauczyłam się pracować w grupie, grać razem i że przynajmniej na scenie nie muszę być za wszystko odpowiedzialna. To wspaniałe uczucie.

Co Cię ukształtowało? Jakie książki, filmy, osoby?

Pcha się odpowiedź, że kino amerykańskie lat 80-tych, „Gwiezdne Wojny” i prosty podział na dobro i zło. Moim przyjacielem w dzieciństwie, z którym wiele spraw konsultowałam, był Obi Wan Kenobi. „Blues Brothers” było w zasadzie otoczone kultem religijnym, tak samo „Konwój”. Obsesyjnie czytałam książki fantasy, „Diuna” była ważniejsza dla mnie niż cała szkoła i liceum. Hesse (nie inaczej, jestem pokoleniem lat 70-tych) i Cortazar, moi mistrzowie. Dygat nauczył o honorze, dobroci, sile, wstydzie i swojej prawdzie. Wciąż głęboko cenię też wszystkie książki Małgorzaty Musierowicz. Pisana przez nią historia rodziny Borejków jest dla mnie wzorcem domu a mieszkanie przy Roosevelta zawsze wydawało mi się rajem. Ich spokój i porozumienia pociągały mnie bardzo i wciąż są dla mnie schronieniem. Korczaka czytałam wszystko, bałam się, ale czytałam.

IMG_0990

A pamiętasz, kiedy przyszedł ten moment, że wiedziałaś co będziesz robić w życiu?

Jak miałam jakieś 14 lat zobaczyłam „Hair”, „Kabaret”, „Skrzypka na dachu” i chyba stąd wiedziałam, że muszę robić coś ze sztuką. Byłam chyba na każdym spektaklu „Pan Twardowski” w teatrze STU i patrząc na scenę wiedziałam, że ja też tak chcę. Idolem moim był Andrzej Zaucha, który grał tego Pana Twardowskiego i założył dla dzieci klub fanów „Gwiezdnych wojen”, co mną wstrząsnęło, bo dorosły, a rozumie o co chodzi i normalnie z nami rozmawia. Chodziłam na warsztaty teatralne, jeździłam na szalenie artystyczne obozy, na których robiliśmy najwspanialsze dziwactwa.

Co na przykład?

Wyłam jak bóbr śpiewając „Ta nasza młodość” (nic nie poradzę, jestem z Krakowa). Byłam rok w liceum w USA – to był bardzo ważny samodzielny rok, w trakcie którego pracowałam, chodziłam do super szkoły z teatrem i się osadziłam wtedy jakoś w świadomości, że to chcę robić. Ale nie dostałam się na żadne PWST w Polsce. I dobrze. Wiele lat później obejrzałam Saturday Night Live oraz amerykańskie seriale komediowe i pojechałam do Chicago się tego uczyć. Tak zaczęła się w moim życiu improwizacja i komedia. Nie wiem co będzie dalej. Może obejrzę albo przeczytam coś nagle i wszystko się zmieni. Trzeba zmieniać wszystko w życiu co jakiś czas, inaczej się zestarzejemy.

Jak wpadłaś na pomysł fundowania rozrywki dzieciom na deskach Klubu Komediowego? Co było główną przyczyną takiego obrotu spraw i czy to był trudny proces?

Prowadziłam różne projekty dla dzieci, bo to jest bardzo dobre, pożyteczne i zwyczajnie trzeba to robić. Gdyby mi ktoś pokazał techniki improwizacji gdy miałam 10 lat, to by wszystko było dużo łatwiejsze w i w życiu, i w pracy. Ale z dziećmi dużo pracowałam już wcześniej. Robiliśmy warsztaty z animacji jeszcze na Krakowskim Festiwalu Filmowym, lata temu. Nie było wtedy takiego szału na zajęcia dla dzieci jak teraz. Potem przez wiele lat zajmowałam się projektem „Nowe Legendy Miejskie”. Kiedy otworzyliśmy Klub  Komediowy wydawało mi się super naturalne, że trzeba też grać dla dzieci, bo one kochają improwizację, jest im bliska. I wystartowaliśmy.

 

kk5 kk6 kk8 kk9

 

Jakie były początki?

Na początku było bardzo dziwnie, graliśmy spektakle dla jednego dziecka i jego siedzącej na stoliku figurki spidermana – i to było niesamowite przeżycie. Nikt nie wiedział, co to jest – ani do końca my, ani dzieci, ani rodzice. Ale przychodzili!  Po paru miesiącach to się rozkręciło, teraz przychodzi bardzo dużo ludzi, robimy warsztaty, mamy super ekipę, która gra i jest w tym mistrzowska. Nie wiem, czy są improwizatorzy, którzy tak grają dla dzieci jak my – jestem z tego naprawdę dumna. Gra teatr Improwizacji Hulaj i Hurt Luster.

hurt luster3 hurt luster2

Stworzyliśmy zupełnie nową jakość w teatrze dla dzieci. Nie traktujemy ich w sposób infantylny, nie szczebioczemy słodkimi głosikami, nie stroimy min i nie urządzamy przebieranek. Dziecko ma takie same prawa, poczucie humoru, mądrość jak my dorośli. Różnimy się tylko sumą doświadczeń. Trzeba im pokazywać zwyczajne, dobre, rozwijające rzeczy. Poza tym jesteśmy odpowiedzialni za to, co będzie dalej. To my mamy pokazać nowym pokoleniem dobro i równowagę, tolerancję, szacunek i różnorodność. Róbmy to!

Jak rozśmieszasz dzieci?

Rozśmieszanie dzieci niczym się nie różni od rozśmieszania dorosłych. Wszyscy śmiejemy się z tego samego. Trzeba traktować dzieci poważnie, wtedy się będą śmiały. Poczucie humoru i abstrakcja są kluczowe w dobrym życiu, dzicz, która nas nagle ogarnia, brak wstydu, tarzanie się kiedy trzeba i zapominanie, że są jakieś różnice wieku. Szaleństwo wszystkich rozśmieszy. Poza tym dzieci mają naturalny instynkt do śmieszności, nie wstydzą się swoich żywiołowych reakcji. To my się musimy uczyć od nich. My grając spektakle improwizowane, czy dla dzieci czy dla dorosłych, dążymy do tego stanu dziecka – jak mi się dobrze gra, to się czuję jak na podwórku w zabawie w Załogę G. Kiedy zapadam się w ten świat, zaczynam w niego wierzyć, gram dobry spektakl bo gram prawdę. Tak jak wierzyłam, że mam miecz świetlny.  Bo miałam, ojciec mi zamówił u stolarza – miał rączkę i wszystko. Miałam jedyny na świecie drewniany miecz świetlny. Działał jak złoto.

 

kk7 kk2

Jak się tworzy dla dzieci? Jakim widzem jest dziecko?

Bardzo wymagającym i nie znoszącym ściemy, wyczuje ją od razu. Jestem kobietą i jestem w Polsce narażona na ustawiczne protekcjonalne traktowanie, bez przerwy – i przez kolegów, i pracodawców, i współpracowników. Nienawidzę tego uczucia, nienawidzę go szczerze. Jest niesprawiedliwe, jest wynikiem pogardy dla kobiet wynikającej z dogmatów religijnych i tradycyjnego postrzegania kobiecej roli. Nienawidzę tych uśmieszków, tego sprowadzania wszystkiego do moich kobiecych potrzeb i problemów, do emocjonalności wykpiwanej. Więc bardzo dobrze wiem, jak się czują dzieci, które traktowane są protekcjonalnie. Nigdy nie będę nikogo tak traktowała i nigdy nie zapomnę, jakie to jest uczucie. Mamy być partnerami w życiu, wszyscy. Traktuję młodszych ode mnie tak, jak chcę być traktowana. Z szacunkiem i bez żadnej wyższości. Nigdy nie mówię „dzieciaki” – to ohydne słowo, już zakładające protekcjonalizm. To są młodzi ludzie, dzieci –  a nie żadne dzieciaki.

Opowiedz o warsztatach improwizacji dla dzieci. Jak reagują na nie uczestnicy, jak się w czasie tych spotkań zmieniają, co odkrywają?

To jest fantastyczne doświadczenie, a o doświadczeniach źle się opowiada, tego trzeba zaznać. Tu dzieją się piekne sprawy, kiedy dzieci się otwierają, zaczynają grać, odkrywają w sobie szaleństwo, które wreszcie można docenić, a nie usłyszeć karcące „Cicho bądź i przestań”. Kiedy okazuje się, że im dziwniej, tym lepiej, nikt nie krępuje wyobraźni. To są najlepsze ćwiczenia dla dzieci jakie mogę sobie wyobrazić i jakie znam, a mogę to powiedzieć, bo sama sprawdzam to na sobie każdego dnia. Przez dwa lata prowadziliśmy projekt „Duży pies Nie Szczeka”, który walczy z mową nienawiści i wprowadza improwizację do polskich gimnazjów. I to działa! Wydana została książka na ten temat, bardzo zachęcam do pobrania, czytania i poznawania tej dziwnej sztuki, która zbyt często traktowana jest tylko jako coś śmiesznego. Tymczasem cały współczesny teatr improwizowany wywodzi się tak naprawdę z pracy społecznej z lat 30-tych ze Stanów – ale o tym można poczytać na naszym blogu i na stronie.

 

pies4pies3pies5

 

Co planujecie zorganizować dla najmłodszych w nowym sezonie?

Będziemy kontynuować regularne spektakle, zajęcia otwarte z improwizacji, ale też startujemy z nową grupą, która będzie spotykała się regularnie przez dwa miesiące i uczyła się improwizacji. Poza tym w Szkole Impro, w której uczę, a która prowadzona jest przez Fundację Klancyk, marzymy wspólnie o zajęciach w szkołach i przedszkolach. W Stanach to normalne praktyki, w Europie też coraz częściej się pojawiają. To rozwijające dla dzieci i skuteczne. Zamiast wystawiać przerażające akademie ku czci i robić rekonstrukcję zamachu na Papieża, szkoły muszą skoncentrować się na rozwoju swoich uczniów. Dzieci mają się uczyć poprzez zabawę a nie spełniać zachcianki nauczycieli i rodziców. Dziecko to niezależna istota, której trzeba dać narzędzia do rozwoju. Improwizacja na pewno pomaga i jest świetnym narzędziem. Przyjdźcie sprawdzić, zapraszam.

Dzięki za rozmowę!

 

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Zdjęcia dzięki uprzejmości Joanny Pawluśkiewicz

Leave a comment 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama