Świat jest prostszy niż nam się zdaje

Rozmowa z Irminą Walczak

Zdjęcia, które nas dotykają, mają w sobie głębię doświadczenia, zaznaczony czuły punkt fotografa, historię, myśl. Takie są kadry Irminy Walczak, takie wiedzie życie.

Fotografie, które Irmina prezentuje na instagramowym koncie, współdzielonym z życiowym i zawodowym partnerem Sávio Freire, są często fragmentem ich codziennej rzeczywistości. Znalazłam w nich otwartość, ciekawość i pozbawioną próżności szczerość. W kolejnej odsłonie cyklu #Dzikiedzieci zapraszam na rozmowę o życiu w drodze, dzieciach, macierzyństwie i tworzeniu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Napisałaś na IG, że starasz się traktować dzieciństwo z należytą mu powagą, co to dla ciebie znaczy?

To znaczy, że traktuję dziecko tak, jakbym potraktowała w sytuacji identycznej osobę dorosłą. Nie jako podwładnego, tylko partnera. Nie rozkazuję mu, nie traktuję z góry, nie krzyczę na niego, nie upokarzam go, nie rozmawiam o nim, jakby był nieobecny, nie zastraszam, nie traktuję zabawy jak straty czasu, nie odpowiadam grubiańsko na jego ciekawość itd. Co nie znaczy, ze nie mówię „nie” jeśli rozumiem, że wymaga tego na przykład bezpieczeństwo dziecka. My dorośli zakładamy, że dzieciom brakuje kompetencji, nie doceniamy ich inteligencji czy umiejętności zrozumienia sytuacji. A dzieci traktowane z szacunkiem odpowiadają z empatią na nasze potrzeby i zachowania. Jest to temat rzeka, bowiem jeszcze nasze pokolenie było wychowywane w tej perspektywie umniejszenia i ja sama łapię się momentami na rozdrożu między potrzebami dziecka a potrzebami społeczeństwa, które w Polsce jest mu niestety mało przyjazne.

Jak wyglądało twoje dzieciństwo? 

Dorastałam w małej miejscowości pod Radomiem. Byłam radosnym, aczkolwiek zamkniętym w sobie dzieckiem. Druga z trójki rodzeństwa. Przynosiłam rodzicom świadectwa z czerwonym paskiem i smakowałam wszelkich zajęć pozalekcyjnych. Dziś, pomimo iż zdaję sobie sprawę, że wiele z nich wpłynęło na uformowanie mojej osobowości i wrażliwości, kwestionuję ich ilość i to, ile produkowały we mnie nadmiernej odpowiedzialności. Mile wspominam zabawy z gangiem koleżanek z ulicy (z większością utrzymuje kontakt do dziś) i wyjazdy do babci na pobliską wieś – tam czułam się faktycznie wolna.

Opowiedz mi proszę o swoich dzieciach. 

Mam trójkę świetnych dzieciaków: siedmiolatkę Yasmin, trzyletniego Kajetana i najmłodszą Elinor, która jest z nami zaledwie od 3 miesięcy. Jest pogodnym bobasem, obściskiwanym przez wszystkich. Kajetan jest bardzo zdeterminowanym i lotnym chłopcem. Ma charakterystyczny zachrypnięty głos i złote loki. Kocha tygrysy i klocki Lego. Yayá jest bystrą obserwatorką, co widać w jej oczach. Ma nieprzeciętną wrażliwość i empatię. Jest odważna w wyrażaniu i obronie swoich opinii. Uwielbia taniec i zawsze szuka towarzystwa.

Czym cię zaskakują?

Yayá swoją mądrością. Często w sytuacjach konfliktowych lub kiedy tracę cierpliwość, rzuca komentarz, który otwiera mi oczy. Jest to często przysłowiowy kubeł zimnej wody, ale potrafię dzięki niemu niejako stanąć obok siebie i spojrzeć na scenę z dystansu, również na własne zachowanie. Kajetan zaskakuje mnie swoją czułością. Jest wielkim przytulakiem, nie tylko w stosunku do nas, rodziców, ale także sióstr i przyjaciół. Jak na swój wiek jest także bardzo elokwentny. Odpowiednie użycie przez dzieci zasłyszanych przed chwilą słów jest czymś, co mnie fascynuje.

Jak dzieci odnajdują się w waszej rzeczywistości w drodze? 

Wielki świat i dzieci świetnie do siebie pasują. Kiedy nie wpajamy im leków, one rzucają się niczym na bungee i chłoną otwartą piersią. Myślę, że jest im dużo łatwiej niż nam samym. Suma summarum mamy całe mnóstwo zahamowań i blokad społecznych. One na prawdę wierzą, że kiedy jesteśmy w drodze, to cały świat jest naszym ogrodem. Oczywiście istnieje sfera małych zadań w naszym codziennym życiu, które pomagają funkcjonować zdrowo całości. Zawsze dbamy o to, by dzieci miały rozrywkę, aktywność fizyczną i w miarę możliwości – towarzystwo rówieśników.

Czy tobie, jako matce, brakuje czegoś, nie mając stałego miejsca do życia?

Bardzo mi brakuje grupy przyjaciół, rodzin, z którymi mogłabym podzielić się moim macierzyństwem. Takiego kręgu wsparcia, nie tylko emocjonalnego, bo to jednak możemy sobie zapewniać poprzez dialog drogą wirtualną, ale również fizycznego. Macierzyństwo i ojcostwo, szczególnie we wczesnym dzieciństwie, to nie tylko przyjemne bycie z dzieckiem, ale i ciężka, fizyczna praca. Zmęczenie daje nam czasem w kość. Brakuje mi możliwości „podrzucenia” komuś zaufanemu mojego dziecka na kilka godzin czy wsparcia w opiece w momentach natłoku pracy. W Brazylii mieliśmy taką grupę rodzin wspierających się wzajemnie i wiem, że jest to relacja nie do zastąpienia.

Jak wygląda rodzinne życie w Brazylii? Jakim tatą jest Sávio?

Życie jest niesamowicie różnorodne ze względu na ogromny przekrój edukacyjny i ekonomiczny społeczeństwa brazylijskiego. Jednakże tendencje młodego pokolenia, to podobnie jak i w Polsce, większa partycypacja ojców i „odczarowanie” roli matki-bohaterki, która ze wszystkim da sobie sama radę. Sávio jest bardzo czułym i obecnym tatą. Nasze rodzicielstwo jest wspólne od samego początku. Pomimo różnic w niektórych kwestiach, decyzje odnoszące się do dzieci zawsze podejmujemy razem. Dzieciaki mają do niego całkowite zaufanie i postrzegają w nim nie tylko opiekuna, ale i partnera do zabaw. Osobiście uważam, że jest to bardzo ważne, bo to, co dziś jest zabawą, jutro przeradza się we wspólne wyjścia do kina czy rozmowy przy winie. Dzieciństwo to zaledwie 10-15 lat z naszego życia. Szybko zaczynamy decydować, czy dalej chcemy być blisko naszych rodziców i w jakiej formie. Czas na budowanie relacji w perspektywie życia jest więc bardzo krótki i zależy głównie od rodziców.

Czy znaleźliście w Brazylii coś takiego, co stało się waszym drogowskazem rodzicielskim?

Brazylia jest naszym punktem odniesienia, bo to tam narodziliśmy się jako rodzice. Po roku spędzonym w Polsce wydaje mi się jednak, że to nie miejsce, ale ludzie, doświadczenia i idee, którymi się żywimy, tworzą tę naszą wizję rodzicielstwa czy drogowskaz, jak go świetnie nazwałaś, bo rodzicielstwo to w końcu niekończąca się droga.

Yayá tęskni za czymś, co tam poznała? 

Tęskni do swoich małych przyjaciół, dziadków i do kota, który pomimo iż dziki, był częstym bywalcem w naszym domu i towarzyszem Yasmin na spacerach po lesie otaczającym nasz dom.

Jak zorganizowaliście edukację dla swojej siedmiolatki? 

Od września Yayá jest uczennicą pierwszej klasy w trybie domowym. To dla nas nowe doświadczenie i wielkie wyzwanie, ponieważ większa część naszej rodzinnej komunikacji odbywa się po portugalsku. Jako że jest w systemie szkolnictwa polskiego, to ja będę odpowiedzialna za przyswajanie przez nią treści przewidzianych w programie. Jak dla większości siedmiolatków, jej największym wyzwaniem w tym momencie jest alfabetyzacja. Przyznam jednak, że podchodzimy do niej w sposób bardzo spokojny, bez pospiechu. Raczej w odpowiedzi na jej zainteresowanie i chęć zabawy słowami, niż z elementarzem, przy przysłowiowym biurku. Podchodzimy do sprawy w zaufaniu do wrodzonej ludzkiej chęci poznania i bez najmniejszej presji.

Trzy miesiące temu pojawiło się wasze najmłodsze dziecko, co się u was wydarzyło? 

Poczucie radości i pełnej realizacji – tak bym to chyba nazwała. Po raz pierwszy czułam, że decyduję o wszystkim i mam świadomość procesu narodzin – tak fizjologicznie, jak i emocjonalnie. Oczywiście wszystko z odpowiednią dozą pokory. Rodzicielstwo, w moim przekonaniu, opiera się na intuicji, ale tylko odpowiednia wiedza i samopoznanie pozwalają nam z niej korzystać. Przyjęcie pierwszego dziecka to często moment, w którym odkrywamy, jak wiele w nas drzemie leków. Ja zostałam z nimi mocno skonfrontowana w czasie porodu, który z naturalnego przerodził się w cesarkę. Długo nie mogłam sobie z tym doświadczeniem poradzić. Poczucie winy, utraty kontroli nad sytuacją i tego, że „nie dałam rady” wypracowywałam terapeutycznym projektem fotograficznym. Narodziny Kajetana były tym momentem niepewności i przełamania, ale również zrozumienia, że historie nie piszą się jedna na drugiej, nie zamazują, tylko kumulują, a ich różnorodność jest naszym bogactwem. Przy Elinor zdecydowaliśmy się na poród domowy, rodzinny, tak jak przy Kajetanie, ale nie było to już desperackie udowadnianie sobie czegokolwiek, tylko świadoma chęć bycia razem przy nadejściu nowego członka naszej rodziny i autonomia w określeniu tego, jak ten moment ma wyglądać.

Opowiedz proszę o tym terapeutycznym projekcie fotograficznym. 

Projekt był pomysłem Sávia, który martwił się sposobem, w jaki ja reaguję na wspomnienia z porodu. Był to właściwie tylko płacz. W poszukiwaniu zrozumienia tego, co się wydarzyło i przepracowania sytuacji, zaczęłam spotykać się z kobietami w ciąży i opowiadać moją historię. Szukałam ich na spotkaniach specjalistycznych, w kołach kobiet w ciąży. Przedstawiałam się i zapraszałam do dialogu. Pierwsze spotkanie oparte było na wzajemnym dzieleniu się swoimi doświadczeniami, lękami i oczekiwaniami. Było taką siostrzaną wymianą intymności i myślę, że działało terapeutycznie w obie strony. Na drugim spotkaniu odwzajemniałam się mojej rozmówczyni portretem – obrazem kobiety, którą ja widziałam z drugiej strony. Tak powstała seria portretów kobiet silnych i dumnych ze swoich ciążowych doświadczeń. Wszak spojrzenie na siebie z dystansu i zaakceptowanie swojej kruchości jest aktem odwagi.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Elinor jako jedyna urodziła się w Polsce, jakie to dla ciebie doświadczenie? 

Przyznam, że refleksja na temat tego, że nasze trzecie dziecko przyjdzie na świat w Polsce, pojawiła się u mnie dosyć późno i nie była powodem jakiejś szczególnej radości. Skupiona byłam raczej na samym fakcie powiększenia się rodziny i związanymi z tym wyzwaniami. Fakt, że miałam uprzednio cesarskie ciecie, był powodem trudności znalezienia położnej chętnej towarzyszyć nam w porodzie domowym. Polskie prawo nakazuje kobietom po cesarce rodzic w szpitalu, a większość tych porodów kończy się kolejnym cieciem. Koniec końców Elinor urodziła się w domu, w Krakowie i bardzo się z tego cieszę. Wspaniale wspominam sam dzień narodzin i czas, który tam spędziliśmy. Mam nadzieje, że w przyszłości i ona będzie sympatyzowała z tym miastem.

Kupujecie kampera i planujecie kolejną podróż, dokąd? 

Tak, kupiliśmy właśnie kampera z lat 80. i jesteśmy w fazie ostatnich prac remontowych. Chcemy mieć niezależność energetyczną i wodną, które pozwolą nam spędzać do kilku dni z dala od cywilizacji. Wcześniej podróżowaliśmy zaadaptowanym vanem, który niestety nie mieści już całej gromadki. Przyznam, że nie mamy dokładnie określonego kierunku. Rozważamy Bałkany i Półwysep Iberyjski z możliwością pobytu w Maroku. Wiemy, że będzie to dłuższa przygoda i nowe cele będą pojawiały się z upływem czasu i przebiegiem na liczniku. Jeśli auto sprawdzi się w trasie, to nawet Azja wchodzi w grę. A pomimo zmian długości i szerokości geograficznych, to podróżujemy chyba zawsze w głąb siebie.

Co wzywa was do drogi? To zawsze ten sam głos? 

Ponad 7 lat temu, kiedy urodziła się Yasmin, zdecydowaliśmy się na zmianę naszych ścieżek profesjonalnych po to, by móc być bliżej niej w jej dziecięcej codzienności. Z czasem zrozumieliśmy, że równie ważne jak bycie z nią jest nasze dobre samopoczucie. Poświęcający się dorosły, rezygnujący z siebie i swojej realizacji, „cierpiący” dla dziecka nie jest w stanie dobrze się nim zaopiekować. Prędzej czy później pojawia się wymuszenie wdzięczności i zadośćuczynienia. Ważne jest zachowanie równowagi, a droga, w tym momencie, jest właśnie naszym sposobem na to.

Wasza artystyczna droga wyznacza kierunek życia dla całej rodziny? 

Pytanie o życie i działania artystyczne to u nas trochę jak klasyczne pytanie o jajko i kurę. Ciężko powiedzieć, co nadaje kierunek czemu. Dzisiaj podróż pozwala nam realizować projekty własne, spotykać ciekawych ludzi i fotografować ich historie; jest naszym sposobem na pracę i zawieranie nowych przyjaźni. Bycie w tym wszystkim blisko dzieci i poznawanie wraz z nimi świata i jego złożoności odbieramy jako prezent od losu.

 

Pokazywanie waszej codzienności jest jednym z elementów waszych procesów twórczych? 

Bez wątpienia tak. Jest takim niekończącym się projektem fotograficznym okraszanym refleksjami o życiu w rodzinie. Jest również elementem procesów składających się na pracę nad sobą. Początkowo fotografowaliśmy jedynie Yasmin i z tego powstał w 2016 roku album „Retratos pra Yayá” – Portrety dla Yasmin. Z czasem zrozumieliśmy, że nawet jeśli robimy to jedynie dla niej, dla jej wspomnień i tożsamości, to my również musimy pojawiać się na tych fotografiach. W końcu stanowimy dużą część jej świata. Poza tym, część naszej pracy to fotografowanie życia innych rodzin. Proponujemy im sesje fotograficzne realizowane w ich codzienności, bez makijażu robionego specjalnie na tę okazję, bez zbędnego pozowania. Myślę, że stawanie przed obiektywem i dokumentowanie naszej intymności jest dla nich zaproszeniem do dzielenia się z nami swoimi kulisami i przykładem na to, że pospolita, szara codzienność może być uchwycona w piękny i wymowny sposób.

Rozmawiacie z dziećmi na temat tego, co robicie?

Odpowiadamy, kiedy zadają pytania. Szczerze, ale bez niezrozumiałych im detali. Towarzyszą nam w spotkaniach, wyjazdach na festiwale czy sesjach dokumentalnych, o których wspominałam. Są naturalnie częścią naszego życia profesjonalnego i często sami nadają sens zaproponowanym doświadczeniom. Pamiętam sytuację z promocji albumu, podczas której ktoś poprosił bawiącą się Yasmin o autograf. Ona obserwując jak my to robimy, usiadła sobie wygodnie przy stoliku. Nagle kolejka przy niej była tak długa jak przy nas. Przyznam, że spowodowało to we mnie pewien dyskomfort. Nie trwał on jednak długo, bowiem szybko ktoś mi pokazał podpisany album. Widniały na nim dwa podpisy: Yasmin i Yayá. Ten drugi wykonany był przez kuzynkę Yasmin, która towarzyszyła jej w zabawie, podczas gdy została poproszona o autograf. Dziewczynki zwyczajnie zmieniły zabawę.

Mówisz, że starasz się zbliżyć w swoich pracach do macierzyństwa bez tabu i bez blasku – powiedz, czego szukasz? 

Żyjemy w świecie glamouryzacji, w którym skrawki życia promowane są na jego całość. Dzieje się to głównie za sprawą mediów społecznościowych, które na stałe już zamieszkały w naszej rzeczywistości. Ukrywamy w nich nasze słabości, niepowodzenia, obwisłe po urodzeniu dzieci brzuchy i wszystko to, co stanowi o naszym człowieczeństwie i o tym, że jesteśmy tak bardzo do siebie podobni. Ja pokazując moją kruchość i szarość, zapraszam do rozmowy tych, którzy pomimo opisanej tendencji, szukają dialogu z ludźmi z krwi i kości; nie poprzez adorację, a identyfikację.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Bardzo czuję twoje zdjęcia, odbieram je na płaszczyźnie emocjonalnej, działają na mnie trochę jak klucz, który uwalnia refleksje na różne tematy, ale trudno jest mi mówić o nich samych. Jaką chciałabyś, by pełniły rolę? 

Sama lubię zdjęcia, które rozmawiają z dużą grupą odbiorców, tzn. pozwalają na różne interpretacje w zależności od tego, jaki mamy bagaż doświadczeń i w którym miejscu naszej drogi stoimy. Cieszę się, że nasze zdjęcia działają na ciebie na płaszczyźnie emocjonalnej i takie stwierdzenie chyba mi wystarczy. Przyznam, że jestem zmęczona nadmiarem racjonalizacji relacji i superinterpretacji świata. On chyba jest dużo prostszy niż nam się wydaje. Czasami wystarczy, że czujemy.

Żyjąc swoim życiem, układasz listę życzeń na przyszłość dla swoich dzieci? Czego byś dla nich chciała? 

Staram się nie stwarzać wizji dotyczących ich przyszłości, bo takie na ogół prowadzą do frustracji. Bardzo bym chciała, by moje dzieci były osobami otwartymi na świat i szanującymi innych, i pracuję nad sobą, by być dla nich tego przykładem. Życzę raczej sobie, bo nad tym mam minimalną kontrolę, bym zawsze była dla nich ciekawym i zaufanym partnerem do rozmów, podróży i bycia razem.

*

Irmina Walczak tworzy ze swoim życiowym partnerem Sávio Freire kolektyw Panoptes, dzięki któremu realizują projekty osobiste i komercyjne. Wykorzystują fotografię do dokumentowania życia rodzinnego, jako terapii i procesów samopoznania. W grudniu 2016 r. wydali swój pierwszy album zatytułowany „Retratos pra Yayá“, który jest hołdem złożonym wolnemu dzieciństwu. Podróżują, mają troje dzieci. 

 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.