Silvia Pogoda: Macierzyństwo mnie zaskoczyło

Rozmowa o macierzyństwie

Macierzyństwo to ciekawa podróż. Znalazłam rozmówczynię podróżującą bardzo intensywnie i świadomie. Z jakimi wnioskami zastałam ją po ośmiu miesiącach bycia z dziećmi non stop?

Instagram Silvii Pogody obserwuję od kilku lat. Wiele razy miałam uczucie, że swoimi wpisami klepie mnie wzmacniająco po plecach. Po naszej rozmowie uważam, że – choć sama o tym nie wie – naprawdę to robi. Rozmawiam dziś z mamą pięcioletniego Leo i dwuletniej Gai, która spotkała się sama ze sobą i wie, czego chce. Nawet, kiedy błądzi albo wychodzi na nieznane lądy, wszystko układa sobie w nowy porządek, mając na uwadze siebie i swoją rodzinę. Jak? Niech opowie wam sama.

*

Przyznam ci się na początku, dlaczego z sympatią obserwuje twój profil na IG – nigdy nie poczułam, że się popisujesz, koloryzujesz rzeczywistość. Bywasz w ładnych miejscach, jesteś bliżej świata, umiesz to pięknie pokazać, ale to nie ładne obrazki mnie przyciągają, tylko ta prawda, którą piszesz. Bo przecież jest tak, że niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, jak dobrze to złapiemy na zdjęciu, to cały nasz bagaż, wątpliwości i pytań, całą codzienną walkę bierzemy ze sobą. U ciebie właśnie to znajduję i odbieram jako takie wsparcie między nami, matkami. Czujesz, co dajesz?

Nie, absolutnie nigdy w taki sposób nie myślę. Nawet, jak dostaję prywatne maile czy wiadomości od kobiet, które właśnie mówią, że napisałam coś, co dla nich było akurat ważne, to zawsze mnie to tak samo dziwi jak i cieszy. Mam wrażenie, że nigdy do końca nie zrozumiałam siły i zasięgu Internetu. Dla mnie to, co jest po drugiej stronie, jest nie do pojęcia. Ale muszę powiedzieć, że dzięki IG dostrzegłam jakieś niesamowite bezgraniczne powiązania między kobietami. Zawsze mi mówiono, że kobiety do siebie podchodzą z zazdrością i rywalizacją, a ja odczuwam coś zupełnie innego. Nie mogłabym nawet policzyć, ile razy sama poczułam od kobiet siłę, wsparcie, radość innych z moich małych osiągnięć i w ogóle dużo dobra. Czasami odczuwam naprawdę mocno, że kobiety potrafią się wspierać bezwarunkowo i że kobieca siła jest ekstremalna, kiedy się połączy.

Jakiego wsparcia potrzeba tobie jako matce?

To się zmienia razem z tym, jak się zmieniają dzieci. Kiedy urodził się Leo, to naprawdę nie miałam pojęcia, o co chodzi. Pamiętam, jak płakałam drugi dzień po powrocie do domu, że to jakaś pomyłka i że chcę go zwrócić. Wtedy potrzebowałam wsparcia matki, która by mi powiedziała, że nie zwariowałam, że to normalne i że nie muszę udawać, że wszystko jest fantastyczne. Że jest w porządku sobie nie radzić i jest OK się do tego przyznać. Ale jestem ze Słowacji, mojej mamie udało się nas odwiedzić, kiedy Leo miał miesiąc, a wtedy już wiedziałam, że go nie zwrócę. (śmiech)

Jaka była kolejna potrzeba?

Później przechodziłam różne dylematy związane z wychowaniem dzieci i też z postawą rodzica i jego rolą. Wsparcia szukałam w książkach. Do pewnego momentu to było w porządku, ale zrozumiałam, że to nie do końca to. Zauważyłam, jak rodzice dzisiaj są mocno zagubieni. Kiedyś były rodziny wielogeneracyjne, co pod wieloma względami ułatwiało młodym rodzicom początki rodzicielstwa, bo większość rzeczy była przekazywana naturalnie w ramach wspólnego życia. To też miało swoje negatywne strony, trudno było o jakąś „modernizację” myślenia. Dziś wiemy, że dużo wzorców wychowawczych nie było zbyt szczęśliwych, i próbujemy z całych sił robić inaczej, lepiej i do tego potrzebne są nam książki, bo odchodzimy od tego, co przekazują nam nasze matki. Jesteśmy taką generacją rodziców, którzy chcą dużo zmienić, ulepszyć, ale nie do końca wiemy, jak się w tym poruszać.

Odnalazłaś się w poradnikowych treściach?  

Za dużo mądrości z książek powoduje, że tracimy spontaniczność w wychowaniu i kontakt ze sobą. Rozstałam się z podręcznikami, Juulami i innymi, którzy byli dla mnie „wsparciem” przy szukaniu właściwej drogi w tym całym trudnym rodzicielskim zamieszaniu, i teraz próbuję robić rzeczy w zgodzie z tym, co czuję. Staram się wyciszyć, szukać i usłyszeć odpowiedzi w sobie, a konkretnego wsparcia szukam dopiero wtedy, kiedy widzę, że sobie z pewnym tematem, po różnych próbach, w ogóle nie radzę. Dziś najbardziej potrzebne byłoby dla mnie wsparcie w stylu: zabieram ci dzieci na dwie godziny, a ty się wyśpij.

Rozumiem. Mnie frustrują niektóre Instamacierzyństwa. 

No, Instagram nie pomaga, patrzenie na idealne matki, w idealnych domach, z idealnymi dziećmi, w idealnych ubrankach, w idealnych pokoikach też nie jest zdrowe. Dlatego rozstałam się z paroma kontami IG, które mnie naprawdę wkurwiały, bo idealne jest po prostu bardzo nudne.

Właśnie obchodziłaś 7. rocznicę ślubu, wszyscy rodzice mówią, że dzieci zmieniają relację – jak to wygląda u was?

O matko! Pierwsze dwa lata po urodzeniu Leo były najtrudniejsze w naszym związku. Naprawdę było parę momentów, kiedy już się przygotowywałam na plan B. Straciłam wiarę w to, że nam się uda. Bart dużo wyjeżdżał, a ja się borykałam sama z różnymi tematami. Często czułam się samotna, nierozumiana i zmęczona. Bart prawdopodobnie tak samo, tylko że po drugiej stronie barykady, którą zbudowaliśmy. To był ciężki okres, próby dogadania się, zrozumienia od nowa. Ja się zmieniłam, a Bart często czuł, że musi walczyć o moją uwagę. Było naprawdę wiele aspektów naszego wspólnego życia, również na poziomie nas samych, gdzie musieliśmy się przestawić, odpuścić czy ustąpić, a to nie jest łatwe.

I nie kończy się nigdy…

To proces bez końca. Cały czas coś przerabiamy, ale jedno się zmieniło. Dziś nie szukamy łatwiejszej drogi, bo wiemy, że jakkolwiek jest nam ciężko, chcemy być razem i chcemy być wspólnie częścią tej rodziny, którą udało nam się stworzyć.

Mam wrażenie, może mylne, że często jesteś z dziećmi sama? 

Jestem. Jak Leo był mały, byłam sama bardzo dużo. Bart wyjeżdżał czasami na 3 tygodnie. Kiedy Leo miał półtora roku, miałam wrażenie, że jestem samotną matką, i przepaść między mną a Bartem się powiększała z każdą jego nieobecnością. Zawsze się powtarzał ten sam schemat. On wyjeżdżał, ja miałam cięższe dwa dni, a potem wszystko się zaczynało układać, stwarzałam sobie z Leo działający program dnia. Po 3 tygodniach wracał Bart i wszystko wywracało się znów do góry nogami. On miał wrażenie, że jest obcym, który wpadł między nas z kosmosu, a ja miałam poczucie, że nasza powtarzająca się codzienność jest dla niego nie do pojęcia.

A była?

Kilka dni uderzaliśmy o siebie jak dwa kamienie, a kiedy powoli znajdowaliśmy wspólny rytm, Bart znów wyjeżdżał. To było psychicznie meczące, czułam się naprawdę źle i wiedziałam, że to jest moment, kiedy muszę iść po pomoc do psychologa, żeby się utrzymać w miarę rozsądnym stanie dla Leo i dla siebie. Dziś jest już inaczej. Wszyscy nauczyliśmy się sobie z tym radzić, a Bart też nie wyjeżdża na tak długo.

Jest taki aspekt macierzyństwa, który odbieram jako niełatwą podróż z samą sobą, jakie są twoje refleksje?

Macierzyństwo to najtrudniejsze, najpiękniejsze, kosmiczne doświadczenie. Macierzyństwo mnie zaskoczyło. Nigdy się nie spodziewałam, że to będzie dla mnie tak intensywne i wymagające. Zderzam się sama z sobą codzienne. Każdego wieczoru, kiedy usypiam dzieci, one leżą na mnie i spokojnie oddychają, wiem, że to właśnie jest szczyt szczęścia i że znowu się nam udało. Próbuję popatrzeć na siebie z dystansem, na to, co zrobiłam, co mi się udało, a co nie. Jestem swoim największym krytykiem i uczę się bycia cierpliwą sama dla siebie, akceptowania się jako osoby, która często popełnia błędy, i słuchania tego, czego chcę i potrzebuję. Macierzyństwo to dla mnie nieustanne patrzenie w lustro i dialog ze sobą.

Jesteś zaskoczona tym, kim się stajesz, będąc mamą?

Tak! Jestem zaskoczona, że są rzeczy, które mnie zawsze totalnie wyprowadzą z równowagi na tyle, że nie chce się znać. (śmiech) Jestem zaskoczona, że zawsze mogę próbować być lepszym człowiekiem. Jestem zaskoczona ogromem miłości, którą potrafię czuć, jestem zaskoczona, jak bardzo dużo z siebie potrafię oddać, jak daleko przesunęłam granice swojego egoizmu, i że mi to wcale nie przeszkadza. Jestem zaskoczona, że od kiedy jestem matką, żyję codzienne w strachu, i że się do dzisiaj nie nauczyłam z nim pogodzić. Jestem zaskoczona, że mam dwoje niesamowitych dzieci, że one są samodzielną częścią mnie.

Czego się boisz? 

Boję się, kiedy dzieci przesuwają swoje granice, kiedy się testują, testują swoje zdolności i swoją sprawność. Ale to mój lęk i ja sobie z nim muszę poradzić, nie mogę ich hamować swoim strachem. Dzieci potrzebują zaufania rodziców, by poczuć swoją wartość. Naprawdę często mnie przeraża ta ilość słów, którą zarzucamy nasze dzieci: tego nie rób, tam nie wchodź, upadniesz, rozlejesz, zepsujesz, złamiesz nogę, zniszczysz. To jakaś masakra. Wyobrażam sobie, że jakby ktoś do mnie cały czas mówił, że coś robię źle, to bym albo wpadła w ciężką depresję, bo bym uwierzyła, że naprawdę jestem wyjątkową niezdarą albo znienawidziłabym życie. Dzieci muszą doświadczać, muszą upaść, żeby się nauczyły upadać, muszą rozlać, żeby się nauczyły nalewać. Jak im się nie uda, to potrzebują mieć rodzica, który powie, że to jest OK, a nie rodzica, który ich przekona, że czegoś nie potrafią zanim to w ogóle zaczną robić. Ja na co dzień walczę z przesadną opiekuńczością. Próbuję nie pomagać moim dzieciom na zapas, z niczym im nie pomagam, zanim mnie nie poproszą o pomoc, bo to moment, kiedy wiedzą, że coś jest poza ich siłami. Dzięki temu dużo się uczą o sobie i swoich możliwościach i też nie mają problemu, żeby poprosić o pomoc, kiedy jej potrzebują, a to uważam za bardzo ważną umiejętność na przyszłość.

Czego chcesz dla swoich dzieci? 

Chcę dla nich kontaktu z naturą, pokochania jej i wielkiego respektu do niej. Chcę dla nich wolności wyboru, wolności w zabawie. Chcę dla nich brudnych rąk, obitych kolan, mocnego doświadczania, przestrzeni, pielęgnowania ich kreatywności, bez narzucania im czegokolwiek z góry. Chcę, żeby miały świadomość siebie, swojego ciała, swoich możliwości, swojego otoczenia, swoich emocji. Chcę, żeby szanowali swoje uczucia, żeby je zrozumieli, bo tylko wtedy będą potrafili szanować uczucia innych.

Też mam syna i córkę i muszę przyznać, że trafiają w moje inne punkty, nie umiem tego dobrze złapać, ale to dwa różne doświadczenia. Jak to wgląda u ciebie?

Dokładnie tak samo. To dwoje różnych ludzi. Nie wiem, na ile to jest kwestia płci, a na ile charakteru. Są po prostu różni, różnie na mnie działają w momentach dobrych i złych, ale jesteśmy jak jeden organizm złożony z samodzielnych komórek. Razem nam to gra. Odkrywamy naprawdę całą gamę emocji. (śmiech)

Są zgranym duetem?

Tak. Kłócą się, biją, czasami się martwię, że jedno z nich nie przeżyje dzieciństwa, ale kochają się niesamowicie i zawsze jedno o drugim myśli. Jak się ubieramy, Gaia przynosi Leo buty i ubranka, jak jesteśmy w sklepie, Leo zawsze mi przypomina, żeby kupić to, co Gaia lubi, albo wybiera jedno dla siebie i jedno dla siostry. Gaia, jak się budzi, uśmiecha się do mnie i mówi Leo? Nie będę ukrywała, co to ze mną robi. To kolejny level – moja miłość do ich miłości.

Jak dzielisz uwagę między dzieci?

Nie robię tego jakoś specjalnie. Cały, naprawdę cały czas jesteśmy razem. Gaia w ogóle nie bawi się zabawkami odpowiednimi dla jej wieku, tylko tym, co Leo, czytamy książki razem i z reguły takie, które są przeznaczone dla Leo – oprócz Pucia, którego lubią obydwoje.

Staram się raz na jakiś czas robić sobie wypady tylko z Leo, bo on tego potrzebuje na razie bardziej niż Gaia. To nie musi być jakaś gigantyczna sprawa, wystarczy nawet wyjście do sklepu. W ogóle, jak się jest cały czas z dziećmi w domu, to dzieci naprawdę doświadczają codzienności, bo nie da się cały czas tylko dla nich planować specjalnych zajęć. U nas nie jest tematem dzielenie uwagi między dzieci, ale między dzieci i wszystko inne, co trzeba zrobić. I to jest najtrudniejsze i równocześnie bardzo fajne, bo one uczą się, że życie nie jest skoncentrowane tylko na tym, żeby im zapewnić rozrywkę czy zajęcie. Że czasami muszą zająć się sobą czy zaczekać i ponudzić się, kiedy ja próbuję utrzymać dom w stanie nadającym się do mieszkania.

 

Mogę chyba powiedzieć, że zostając w domu z dziećmi na pełen etat, idziesz na czołowe z presją samorealizacji, robienia kariery, bycia w centrum wydarzeń itd. Jak się z tym czujesz?

Postanawiając zostać z dziećmi w domu, nie wiedziałam do końca, co robię, ale wiedziałam, czego chcę. (śmiech) Mija ósmy miesiąc bycia z nimi full time i jest łatwiej niż dwa miesiące temu. To znaczy, że może być już tylko lepiej. (śmiech) Wiem, że nie zrezygnuję z tej decyzji. Wiem, że chcę być tu i teraz, z nimi, przy nich – dla nich i dla siebie. Wiem, że okres dzieciństwa jest tak naprawdę bardzo krótki i że się nie powtórzy, chcę przy tym wszystkim być. To też pewien rodzaj egoizmu, dla mnie bycie z nimi jest po prostu najważniejsze. Ten czas, kiedy mamy możliwość bycia razem, doświadczania razem, uczenia się razem, zamierzam wykorzystać na maksa. Wiem, że to jest coś, z czego będziemy później wszyscy korzystali.

Świat kariery cię nie nęci?

Nigdy nie byłam osobą, która by się dobrze czuła w centrum wydarzeń, która by tego szukała. Kariera jest dla mnie czymś bardzo trudnym do kategoryzowania, dla każdego z nas oznacza coś innego. Moja matka zaczęła robić „karierę”, kiedy miała 40 lat, a zdążyła zrobić wszystko: zarobiła dużo pieniędzy, otrzymała pewien rodzaj respektu, zbudowała firmę, tylko nie widziała, jak dorastają jej dzieci.

Nie poddajesz się presji.

Oswobadzanie się z presji zewnętrznych zajęło mi większą część mojego dorosłego życia i jeszcze mi się do końca nie udało. Potrafię jednak już powiedzieć, co wychodzi ze mnie, a co z oczekiwań innych wobec mnie. To nie znaczy, że się pozbyłam ambicji. Tylko wybieram to, co jest ważniejsze, i próbuję działać tak, by moje ego nie wyprowadziło mnie z równowagi. Robię małe projekty, takie, które dźwignę, mając niewiele czasu, próbuję się zorganizować, żebym rozwijała to, co najbardziej mnie interesuje, mam plany i wiem, że dużo ciekawego przede mną.

Zaprosiłam cię do cyklu „Dzikie Dzieci”, z dużą ciekawością „dzikiego rodzica”. Tego nie da się zaprogramować, to trzeba w sobie mieć. 

Zdarza mi się często dostawać maile od kobiet, które piszą, że mam niekonwencjonalne podejście do wychowania dzieci. Ja tego tak nie widzę. Znów to taka kategoria. Po prostu wychowuję je tak, jak umiem najlepiej i jak to czuję, a czy to niekonwencjonalne, czy dzikie, to jest tylko punkt widzenia. Ja się dobrze czuję z dziećmi, bo dzięki nim mam możliwość przeżycia rzeczy, których nie mogłam przeżyć jako dziecko, czyli moja „dzikość” jest może w pewnym sensie odzwierciadleniem niezbyt szczęśliwego dzieciństwa i okresu dorastania.

Jedyne, co naprawdę próbuję pielęgnować, to właśnie jest to wspomniane słuchanie samej siebie. Jak robię rzeczy w zgodzie z sobą, to czuję się pewnie, a jak się tak czuję, to dzieci też, a wtedy możemy sobie pozwolić na wszystko.

Bardzo podoba mi się to, co napisałaś: „Daj dzieciom patyk i przestrzeń i pozwól się bawić”. Takie proste, takie fajne ze wspomnień, a jednocześnie tak dziwnie trudne do zrealizowania. Jakbyśmy tymi wszystkimi zabawkami zagłuszali naszą nieobecność, nieuważność, zniecierpliwienie.

Dziecko potrafi się bawić czymkolwiek, a jak naprawdę nie ma nic, to się bawi swoimi palcami. Pozwólmy im na to, to bardzo wiele. Leo w pewnym momencie utonął w zabawkach. Chciałam mu dać wszystko. Wszystko. I to był straszny błąd, na szczęście to zrozumiałam. Zasypywanie dziecka zabawkami to właściwie zaspokajanie własnej potrzeby, dziecko tego nie potrzebuje. Im więcej dziecko ma zabawek, tym trudniej mu skupić się na zabawie. Pozwólmy dzieciom się nudzić, bo nuda jest miejscem, z którego wychodzą najciekawsze pomysły. Nie róbmy naszym dzieciom krzywdy tym, że ich przestrzeń zapychamy na tyle, że nie będą miały miejsca na zbudowanie namiotu z poduszek. To nie zabawka jest fajna, liczy się zabawa. Wszyscy tak nostalgiczne mówimy, jak się kiedyś bawiliśmy na podwórkach godzinami w błocie z patykami. Przecież nic się nie zmieniło, błoto jest, patyki też, dzieci są. To my się zmieniliśmy z dzieci w rodziców i zapomnieliśmy, że skakanie w błocie jest fajniejsze niż pięćdziesiąty samochodzik na półce.

Leo i Gaia podzielają twoje podejście do tego tematu?

Dzieci obserwują rodziców i powtarzają. Dziecko łatwo jest zarazić jakąś ideą, a jeszcze łatwiej jest zarazić się od dziecka miłością do życia, tylko trzeba być na to otwartym. Dzieci mają naturalną potrzebę bycia razem, to Leo i Gaia mnie prowadzą, ja podążam za nimi. Pokazują mi miejsca, gdzie nie ma żadnych granic i wszystko jest możliwe. To im zawsze najlepiej wychodzi, kiedy nie mają za dużo bodźców, które ich rozpraszają, albo jak są na zewnątrz.

Jak twoje dzieci widzą świat?

Magicznie, a ja staram się to w nich pielęgnować. Bardzo lubią, jak im opowiadam zmyślone historie i jak razem przekraczamy granice codzienności. Ja to kocham i oni też. Cieszę się ich niesamowitą szczerością i czystością bycia. Bardzo marzę o tym, żeby stworzyć im taką przestrzeń, która pozwoli im dorastać jak najbardziej w kontakcie z sobą samym, żeby w sobie uchowali jak najwięcej tego oryginalnego, delikatnego podejścia do rzeczywistości, bo wierzę, że wtedy wyrosną z nich kreatywni, szczęśliwi ludzie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Dom jest tam, gdzie jesteście razem, czy raczej – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?

Domem na razie jesteśmy my, rodzice. Jeszce chwilę tak będzie. Więź z nami jest najważniejsza i jest poza ograniczeniami terytorialnymi. Dobrze nam może być naprawdę wszędzie, tak samo, jak wszędzie może być nam źle.

Skąd w waszym życiu wzięła się Chorwacja? Czym cię urzekła?

W Chorwacji jest dom mojej matki. My po raz pierwszy pojechaliśmy tam, kiedy urodziła się Gaia i w Warszawie był fatalny smog. Od pierwszego momentu zakochaliśmy się w tym miejscu. Podróżujemy dużo i byliśmy w dużo piękniejszych miejscach, ale Chorwacja jest dla nas specjalna. Ma niesamowite wybrzeże, dużo klimatycznych zakątków, gdzie nie ma ludzi, a gdzie krajobraz zapiera oddech. Jest spokój, nie ma tam tego typowego hotelowego szaleństwa, długich plaż zawalonych jedną wielką ludzką masą. Można jeździć godzinami przez małe wioski, spotykając dzikie zwierzęta. Lubimy takie klimaty. Jak byliśmy tam wiosną tego roku i Bart wyjechał do pracy, byłam z dziećmi tydzień sama. Naprawdę sama, bo w żadnym z domów koło nas nie było ludzi, a ja spokojnie zostawiałam na noc otwarty samochód i cały dom. To było bardzo oswobadzające poczucie. Chorwacja ma 4 miliony obywateli i większość z nich mieszka poza sezonem w miastach. W tak w małych wioskach są tylko puste apartamenty dla turystów, koty i garstka emerytów. Ja się w takiej rzeczywistości czuję bardzo dobrze i swobodnie.

Życie na walizkach z dwójką dzieci jest wyzwaniem?

Pakowania da się nauczyć, to żadna wielka sztuka. Przed naszym ostatnim wyjazdem na Słowację pakowałam nas rano, 4 godziny przed odlotem. Ale też pamiętam pakowanie na pierwszą długą podróż z Leo. Mieliśmy ze sobą wszystko, nawet wanienkę i przewijak, dziś to śmieszne wspomnienie. Ludzie naprawdę nie potrzebują dużo rzeczy na co dzień. Jak się zminimalizuje ilość posiadanych rzeczy, to i pakowanie jest łatwiejsze.

Ruszycie we czwórkę kamperem? Pamiętam, że wyprawa z samym tylko Leo nie była najłatwiejsza.

Żadna z wypraw kamperem nie była łatwa. Walczyliśmy po drodze z różnymi niespodziankami spowodowanymi wiekiem naszego kampera, jego stanem technicznym, naszymi oczekiwaniami, albo po prostu losowymi wydarzeniami. Ale podróżowanie kamperem dla nas zawsze było uzależniające. Wracaliśmy zmęczeni, a po miesiącu znowu chcieliśmy ruszyć w drogę. Różne wyjazdy pamiętam jako różnie intensywne, ale z tych kamperowych pamiętam dosłownie wszystko. To mocne doświadczenia i nawet to, co było negatywne, dziś już jest tylko pozytywne. Dlatego niedługo ruszamy znowu. (śmiech) Po raz pierwszy w czwórkę, będzie ciekawie.

Na koniec pytanie, które mnie nurtuje, odkąd się dowiedziałam, że mówisz już po polsku. W jakim języku/językach komunikujesz się z dziećmi? 

To niestety punkt, na którym poległam. Z Leo rozmawiałam od początku po polsku, tak po prostu było łatwiej, bo używałam języka polskiego na co dzień. Po słowacku mówię tylko, jak jestem z rodziną, a to nie zdarza się często i nie jest wystarczająco długie, żeby Leo coś załapał. Do Gai próbuję mówić po słowacku już trochę więcej, ale wciąż za mało. Po prostu słabo mi to idzie, jak jestem w Polsce. Na szczęście obydwoje przynajmniej rozumieją słowacki, ale Leo mówi tylko kilka słów. To jest w każdym razie coś, co zamierzam zmienić, ale to będzie wymagało więcej czasu w moim słowackim Hobbiton.

Czyli Słowacja was wzywa. Dziękuję za rozmowę i życzę wam dobrego lata!

*

Silvia o sobie: NIE MAM POJĘCIA. I ponieważ nie muszę udawać, że jestem zabawna, bo jestem, i czasem pogrążam się w myślach, ale przede wszystkim jestem zupełnie normalna, napiszę po prostu, że: kocham przyrodę, kocham zwierzęta, jestem weganką. Staram się być dobrą żoną, z którą mój mąż chciałby przejść przez życie. Staram się jeszcze bardziej być dobrą matką, której dzieci nie będą musiały analizować na kozetce w wieku lat 40, a jeszcze lepiej – od której bez stresu odbiorą telefon, mając lat 19. Staram się robić zdjęcia, kiedy mam wolną choć jedną rękę. Uwielbiam rysować w wolnym czasie, ale taki czas nie zdarzył się w ciągu ostatnich 4 lat. Kocham deszczowe dni, nieważne, jak emo to brzmi. Kocham ptaki i drzewa. Kocham luźne spodnie i swetry. Uwielbiam autentyczność. Nienawidzę mleka, ale jestem uzależniona od awokado, szpinaku i pomidorów. Mam duże marzenia i bolesne upadki, i któregoś dnia zilustruję książkę, i któregoś dnia jedną napiszę. Któregoś dnia osiągnę wewnętrzny spokój. Kluczem jest pokora. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: archiwum prywatne 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.