Rozmowa

Co wiemy o seksualności?

Seksualność to temat rzeka. Już jesienią ukaże się książka Agnieszki Stein poświęcona właśnie niej. Zanim pojawi się w księgarniach, zapraszam was na kolejną naszą rozmowę. Udało nam się dotknąć tego ciekawego tematu.

W sferze seksualności najczęściej przywoływany przez rodziców problem to dziecięca masturbacja. Jeśli jesteś w grupie zaniepokojonych tą kwestią, znajdziesz w tej rozmowie słowa uspokojenia. Jeśli nie jest to twoją troską, znajdziesz tu wiele mądrych słów i odpowiedzi na pytania, które być może cię nurtują, ale nie masz odwagi pytać, bo z tematem seksualności tak właśnie często mamy.

*

Mam wrażenie, że seksualność to takie słowo, które nas gubi.

To skomplikowane, nawet kiedy czytamy po angielsku, to słowo sexuality też ma różne znaczenia w różnych kontekstach. Kiedy się pisze o zachowaniach seksualnych, to prawie zawsze ma to związek z seksem. Dla mnie ważne jest to, że mówiąc o seksualności, traktujemy o szerokiej gamie sytuacji, zachowań, doświadczeń, przeżyć, emocji, energii i treści kulturowych powiązanych z takim aspektem naszego funkcjonowania jak płeć. To ona czyni nas do siebie podobnymi albo sprawia, że się różnimy. Z jednymi będzie nam bliżej, z innymi dalej. Na temat płci jest wiele przekonań. To wszystko jest dużo szersze niż tylko seks. Można powiedzieć, że jest mało sfer w życiu człowieka, w których seksualność się nie pojawia, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

Niezauważalna, bo naturalna?

Naturalna w tym sensie, że nawet jeśli są ludzie mówiący o sobie, że są aseksualni, czyli seks ich nie interesuje, dalej mają płeć i dalej wobec tego zjawiska się określają. Nawet kiedy mówią, że nie wiedzą, jakiej są płci, to dalej się jakoś określają. Nawet kiedy mamy małe dziecko, to jeszcze zanim się urodzi, wszyscy pytają, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka. Jeśli mamy chłopca, to już byśmy chcieli dziewczynkę albo pytamy, czy wolałbyś chłopca, czy dziewczynkę. Kiedy się rodzi dziecko, to jest to pierwsza rzecz, jaką się sprawdza. Wszyscy mamy wpisaną płeć w akcie urodzenia, przynajmniej w Polsce. To jest taka rzeczywistość, która jest przez nas traktowana jako bardzo podstawowa. W naszym języku nawet przedmioty mają płeć.

Jak dowiadujemy się, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka, to zaczynamy kreślić.

Od razu uruchamiają się nam różne przekonania i stereotypy. Mamy pewne wizje, jak będzie wyglądać relacja z córką, jak z synem. Włączamy jakieś oczekiwania. Już po tym widać, że to taka część rzeczywistości, która ma dla nas znaczenie.

Czy dla nas, rodziców płeć dziecka ma znaczenie w kontekście podejścia i wychowania?

Badania pokazują, że tak. I to nawet, kiedy sobie nie zdajemy z tego sprawy. Ludzie w inny sposób traktują chłopców, w inny dziewczynki, nawet wtedy, gdy wydaje im się, że traktują ich tak samo. Te różnice w podejściu ujawniają się bardzo wcześnie. Są badania, które pokazują, że ludzie potrafią inaczej interpretować płacz dziecka w zależności od tego, jaką informację dostaną o jego płci. Jeżeli dziecko krzyczy, płacze i ludzie dostają informację, że to jest chłopiec, to interpretują to jako złość. Jeśli dostają informację, że to jest dziewczynka, to odczytują to jako strach albo ból. Bardzo szybko nakładamy filtr na emocje dzieci w zależności od płci.

Jest bardzo fajne badanie, w którym roczne dzieci ubrano nietypowo dla płci: chłopców w sukienki, dziewczynki w spodnie. Dorośli błędnie określili płeć, ich wniosek warunkował sposób bawienia się z dzieckiem. To jest takie badanie, które pokazuje, że nie dzieci się różnią od siebie, ale to my swoim zachowaniem te różnice prowokujemy.

To chyba pokazuje, że mamy jednak bezpieczne, stereotypowe podejście.

Mamy wgranych bardzo dużo przekonań o różnicach, o typowych i nietypowych zachowaniach w kontekście płci. W zawiązku z tym pewne sytuacje na pewno nas zdziwią, a inne – zupełnie nie.

Pamiętam, jak mój wówczas trzyletni syn prosił, by malować mu paznokcie i robiłam to, kiedy malowałam swoje. To wywoływało zamieszanie wśród dorosłych.

Zakładam, że były to inne reakcje niż na pomalowane paznokcie dziewczynki.

Pojawiła się krytyka i chyba strach. Jakby sam fakt pomalowanych paznokci u chłopca mógł mieć wpływ na jego rozwój.

To jest taka sytuacja, która pokazuje, dlaczego warto odróżnić seksualność od takiego kawałka związanego z erotyzmem. My, dorośli, jeśli nie mamy jasności, że seksualność to jest dużo tematów, to mamy taką tendencję, żeby zachowania dziecka traktować tak, jakby to było zachowanie dorosłego. Albo, jakby to było zachowanie związane w jakiś sposób z prowokowaniem w kontekście erotycznym. Przecież trzylatek nie chce nikogo kusić swoimi pomalowanymi paznokciami, ani to przecież nie jest taka kwestia, że on by chciał być kobietą, tylko to sposób na upiększanie swojego ciała, zabawa, ciekawość, potrzeba koloru. My, dorośli czemuś niewinnemu nadajemy znaczenie, którego w tej sytuacji nie ma. Komunikując to dzieciom, sprawiamy, że czasem one to biorą za prawdę.

Przygotowując się do naszej rozmowy, pytałam rodziców o różne rzeczy i zauważyłam, że sferę seksualności dzielimy na to, co normalne i nienormalne. Nic pośrodku.

My dzielimy tak życie. Trudno jest używać kategorii normy do seksualności, w ogóle do ludzkich zachowań, dlatego, że to jest kategoria zawsze związana albo z jakąś statystyką, albo z jakimiś oczekiwaniami. Normalne oznacza zgodne z oczekiwaniami kultury. Nie ma czegoś takiego jak obiektywna norma. W medycynie możemy określić, kto jest chory, kto jest zdrowy, ale w odniesieniu do ludzkiego zachowania kategoria normy nie jest pomocna. Myślę, że rodzice, pytając o różne rzeczy związane z seksualnością, odwołują się do norm, bo to taka strefa schowana. W innych obszarach jest nam łatwiej porównywać swoje doświadczenia, porozmawiać, zapytać, jak robi czyjeś dziecko, albo poobserwować. W innych obszarach mamy więcej wiedzy, informacji, jak jest u innych ludzi, i w związku z tym mamy więcej spokoju.

Rodzice mają problem z otwartością w tym temacie?

Myślę, że tak. Na warsztatach dostajemy takie komunikaty od rodziców – pytają tu o rzeczy, o które jeszcze nigdy nikogo nie pytali, i nie wiedzą, jak mają inni.

Druga kwestia jest taka, że kiedy pytamy, czy coś jest normalne w innych obszarach, to chodzi nam o to, czy inne dzieci tak robią, czy to jest rozwojowe, czy to jest typowe, itd., a w seksualności pojawia się jeszcze kategoria normy moralnej. Czyli, że są takie rzeczy, które robi każdy, mimo iż wszyscy uważamy, że tego robić nie powinni. To znaczy, że powszechność jakiegoś zachowania w obszarze seksualności, niekoniecznie ludzi uspakaja. Mamy poczucie, że z powodu zasad, coś nie jest w porządku.

Lubimy się ucierać, by pasować do szeregu?

Przynależność jest dla nas czymś ważnym, nie chcemy być sami. Potrzebujemy wspólnoty, wspólnej tożsamości, poczucia, że inni mają podobne doświadczenia i że możemy się nimi dzielić. To przyjemne spotkać kogoś, kto zna podobne sytuacje, mamy poczucie zrozumienia.

Wyjść naprzeciw wspólnocie ze swoją odmiennością jest trudno. Obserwowałam ostatnio w sklepie mamę z synem, który miał widoczny makijaż. Patrzyłam na nią z podziwem, czułam, że może nie być jej łatwo, może czuć strach, ale jest z nim. Poza schematem.

W jakim wiek był chłopiec?

Nastolatek, mógł mieć 15, może 16 lat.

Pytam, bo to musiało być już dziecko w takim wieku, że płeć podstawowa jest zauważalna, u małych dzieci łatwo się pomylić. W tej sytuacji rozumiem, że wszyscy zwracali uwagę nie na to, że dziecko ma makijaż, tylko na to, że pomalowany jest chłopiec. Bo makijaż u małego dziecka zasugerowałby pewnie wszystkim, że to dziewczynka.

Pojawił się zgrzyt. Towarzysząca mu matka, akceptując jego wygląd, pokazała siłę, nie uważa Pani?

Tak, to nie jest łatwe, wymaga siły i odwagi. Stanięcie za dzieckiem w takiej kwestii nie jest prostą sprawą. Matka musi mieć świadomość, na co, ze względu na swój wygląd, dziecko się naraża na ulicy, w szkole. To jest taki kawałek, w którym pojawia się filozoficzne pytanie: czemu my tak małej rzeczy nadajemy tak ogromne znaczenie?

Jest taka częsta sytuacja, w której chłopiec chce mieć długie włosy, i pomyślałabym, że w dzisiejszych czasach to już nie jest żadna kwestia, a okazuje się, że dalej to jest jakaś historia. Nadal to wywołuje komentarze: żeby obciąć, albo pytanie o to, jak długo jeszcze będzie je zapuszczał, itd. Dla dziecka to ważny wyraz jego autonomii, decydowania o własnym ciele, wyrażania siebie. Nasza perspektywa jest taka: co mi to robi, że ja to widzę – wydawałoby się błaha, a okazuje się, że strasznie dużo mi to robi, skoro widząc go za każdym razem, komentuję jego fryzurę.

Znowu wracamy do tego, że lubimy się wkładać w gotowe formy.

I lubimy, by inni byli w tej gotowej formie.

Dlaczego?

Trudno nam z tym, że ktoś odbiega. Nie tyle akceptujemy, że inni mają różnie, co udajemy, że tego nie widzimy. A jak to wychodzi na zewnątrz, to zaczyna być problematyczne. Nie wiem dlaczego, może to nas konfrontuje z tym, że to, co robimy nie jest tylko naszym wyborem, ale dostosowaniem się, a nam nie do końca to pasuje. Może mamy różne lęki i przekonania dotyczące tego, co ta sytuacja może oznaczać, i to się w nas uruchamia, kiedy ktoś jest inny. Może mamy takie poczucie, że żeby było dobrze, to wszyscy muszą być podobni.

Dzisiejszy świat więcej od nas wymaga w kwestii seksualności, bo więcej widać. Jesteśmy w tym zagubieni i odwracamy głowy, a potem pojawia się ten moment, kiedy przychodzi dziecko ze swoją seksualnością i mówi, pyta wprost.

Coś w tym jest. My, dorośli o tym ze sobą nie rozmawiamy, więc jak później mamy rozmawiać z dzieckiem? Ludzie nawet w parach nie rozmawiają o swojej seksualności. Wolą iść do specjalisty, a często ich problem rozwiązałaby szczera, otwarta rozmowa między nimi.

Jeśli ja nie mam na jakiś temat wiedzy, nie mam zaufania i dziecko pyta, to trudno jest odpowiedzieć ze spokojem, bo mi go brakuje. Nie ma gotowej listy dobrych odpowiedzi. Odpowiadając dziecku na pytanie, w dużej mierze mówimy o sobie. To jak z pytaniami o śmierć. Kiedy dziecko pyta, co się ze mną stanie, gdy umrę, to chodzi nie o jedną właściwą odpowiedz, tylko o tę rodzica, tu każdy będzie mówił dziecku coś innego. I jeśli nie mamy swojej odpowiedzi przerobionej, to jest kłopot. Tak jest i w obszarze seksualności.

Czuję szansę na rozwój.

Dzieci mają wielką siłę w popychaniu nas do samorozwoju, ponieważ są niewinne, zaciekawione, ekspresyjne, itd. Rosną, rozwijają się i pojawiają się kolejne i kolejne sytuacje, które nam coś w środku robią, i każda taka sytuacja może stać się dla nas dobrą okazją do zapytania siebie: jak ja z tym mam?, jeśli to dla mnie trudne, to dlaczego?, może skoro mi trudno, to potrzebuje pomocy – porozmawiać, poczytać, dowiedzieć się, bo dziecko pyta, a ja nie wiem. Może być tak, że dziecko pyta i ja wiem, ale nie przechodzi mi to przez gardło, i wtedy też warto poszukać wsparcia. To wszystko to takie okazje, które dostajemy od dzieci, by dotykać własnej seksualności. Jesli ludzie są w relacjach dorosłych, to się prześlizgują, unikają tematu, mają różne sposoby na trzymanie się swojej strefy komfortu, a dziecko mówi otwarcie np.: muszę się przywitać z moim siusiakiem albo: jak się tu głaszczę, to mi przyjemnie. To jest taka konfrontacja z dziecięcą seksualnością twarzą w twarz, bo dziecko mówi wprost o tym, co dla niego przyjemne.

To może być trudne, kiedy odbieramy doznania dziecka przez pryzmat dorosłej przyjemności?

Trochę tak. Ale tu są też inne rzeczy, na przykład patrzymy na to, jak na coś, o czym się nie rozmawia. Albo, że są rzeczy nie dla dzieci. Albo patrzymy przez pryzmat lęków, uzależnień. To takie sytuacje, które uruchamiają dużo różnych przekonań. I na dodatek, jak powiedziałam, to taka sytuacja, od której nie da się uciec. Z dorosłym to się może nie zdarzyć, bo on zmieni temat albo spotykamy się z takimi dorosłymi, którzy są do nas podobni, i omijają te same tematy co my – no, różne mamy pomysły na to, żeby się trzymać w swojej bezpiecznej pozycji. Z dzieckiem jest inaczej, ono staje przed nami i bez skrępowania mówi: zobacz, jak mi siusiak urósł. I nie da się już uciec. I to jest taki kawałek o dziecięcej umiejętności pobudzania dorosłych do rozwoju. I oczywiście mówię tu o małych dzieciach, to one mają takie zachowania.

Im dzieci starsze, tym chyba dyskretniejsze w tych kwestiach?

Im dziecko jest starsze, tym lepiej wie, o czym może rozmawiać, a o czym nie może. Jeśli w domu jest otwarta atmosfera, to dzieci przychodzą i mówią o różnych sprawach, natomiast jeśli w domu nie mówi się o tej sferze, to dziecko starsze już o tym wie i dochodzi do wniosku, że próba nie ma sensu. Choć oczywiście różne sytuacje się zdarzają, dzieci wracają z pytaniami ze szkoły albo są jakieś incydentalne zdarzenia, ale starsze dzieci wiedzą, co przejdzie, a co nie. Wiedzą, jaka będzie reakcja.

My mamy czasem takie pomysły rodzicielskie, na serio rozmowę.

Pomysł na dużą rozmowę to bardzo sztuczna sytuacja. W żadnym innym temacie nie mamy przecież takich pomysłów. W tej rozmowie możemy chcieć powiedzieć dzieciom takie rzeczy, których normalnie dowiadują się w przeciągu kilku lat. Często jest tak, że mamy taki temat tabu w rodzinie i dziecko zdobywa wiedzę z innych źródeł, a potem, kiedy rodzic przeprowadza taką rozmowę, okazuje się, że dziecko już to wszystko wie, ale się nie przyznaje. Wtedy obie strony czują zażenowanie, ta rozmowa nic nie wnosi. Dzieci mogą nie zrozumieć takiej sytuacji rozmowy.

Najczęściej rozmowy na temat seksualności odbywamy przy okazji, gdzieś w kuchni przy zmywaniu talerzy, przy odrabianiu lekcji, w pociągu. I najczęściej to są pojedyncze zdania, w których dziecko dostaje jakąś odpowiedź lub komentarz. Albo dziecko coś zobaczyło i pyta, o co chodzi. To codzienność.

Dlaczego ważny jest kontakt ze swoją seksualnością? Dlaczego to istotne, żeby wspierać w tym dzieci?

Seksualność jest częścią mnie, więc w ogóle ważne, żebym miała kontakt ze sobą. Żebym siebie znała, rozumiała, wiedziała, co się ze mną dzieje. Nie tylko świat zewnętrzny jest ciekawy, ale ciekawe jest też to, co jest we mnie. Mam kontakt ze swoimi ciałem, potrafię zrozumieć, co ono mi mówi. I tak samo jest z seksualnością. I też myślę, że trudno mieć seksualny kontakt z drugim człowiekiem, nie mając kontaktu ze swoją seksualnością. Tak samo, jak trudno mieć jakąkolwiek relację z drugim człowiekiem, nie mając kontaktu ze sobą. Bo w relację wchodzę przecież jako ja, a dodatkowo im bliższa jest ta relacja, tym głębiej mnie dotyka. Kiedy spotkam się z kimś w sklepie, to do tego kontakt ze swoją seksualnością może nie jest mi potrzebny, ale do relacji z partnerem, przyjacielem, dzieckiem bardzo się przydaje. Kontakt w znaczeniu nie erotycznej sytuacji, tylko takiej, kiedy ja wchodzę w nią jako osoba, która ma jakąś płeć. To się nie wydarza samo, poza moją świadomością, tylko ja wiem, co się ze mną w tej sytuacji dzieje, co się dzieje w relacji.

Od jakiego momentu dzieci wyrażają swoją seksualność?

Nieświadomie od urodzenia, rodzą się i mają ciało, i to jest już wyrażenie swojej seksualności. My widzimy to dziecko już jako kogoś, kto ma płeć.

Wyrażanie swojej seksualności dzieje się stopniowo, powoli. Chyba trudno mi wyznaczyć jakąś granicę, od której to zaczyna się dziać świadomie. Ten podział na to, co seksualne i nieseksualne jest trochę taki sztuczny, my go robimy, żeby łatwej zrozumieć pewne rzeczy i rozmawiać o tym, ale nie ma w tej sferze przecież żadnej ścisłej granicy.

Moja czteroletnia córka namawia mnie na chodzenie w sukienkach po domu – czy to jest takie między nami kobietami?

Może to taka potrzeba między rodzicem a dzieckiem. Może chodzi o podobieństwo – podobają się jej sukienki i chciałaby, żebyście w tej estetyce były do siebie podobne. Może nie podchodzi z tą kwestią do taty, bo na tyle dużo wie już o naszej kulturze, że rozumie, że ta propozycja byłaby nie do zrealizowania. Czy to jest między nami kobietami? Myślę, że dla jednego dziecka tak może być, a dla drugiego nie.

Płeć rodzica ma znaczenie w tym, co wnosi w seksualność dziecka?

Ja bym bardzo uważała z takim podziałem. Podeszłabym szerzej, że każdy przez ogólne różnice może dać coś innego. Dziecko przecież nie ma kontaktu z jedną kobietą, tylko z wieloma, tak jak ma kontakt z wieloma mężczyznami. Może mieć też kontakt z osobami, które nie określają swojej płci. I to wszystko składa się na to, że dziecko patrzy na różnych ludzi, zastanawia się, jacy oni są, szuka różnic i podobieństw, i myślę, że to znowu jest tak, że my, dorośli przypisujemy więcej różnicy płci niż samym dzieciom. Dziecko z tych wszystkich kontaktów składa sobie obraz świata, ludzi, relacji, ale nie mam poczucia, żeby płeć miała tak mocne przełożenie na ten obraz, jak my je często rysujemy.

Jak my, rodzice świadomie możemy zaopiekować się seksualnością naszych dzieci?

Myślę, że zbierając wiedzę i rozumiejąc, czym jest seksualność. Trochę mając kontakt ze sobą, wiedząc, co się dzieje z nami. Wspierając, będąc z dziećmi w różnych sytuacjach, które im się zdarzają, i to w takich nie tylko związanych w oczywisty sposób z seksualnością. Na naszą dorosłą seksualność składa się wiele rzeczy: świadomość własnych granic, asertywność, umiejętność komunikacji, akceptacja siebie, umiejętność brania odpowiedzialności za siebie – różne takie kawałki. Dziecko buduje to, co się dzieje w jego seksualności na bazie różnych swoich doświadczeń. Wspierając dziecko w którejkolwiek ze sfer, pozwalamy mu budować. Na przykład, kiedy uczymy dziecko komunikować swoje granice, mówić „nie”, dbać o swoje potrzeby, opiekować się swoimi emocjami, to też wspieramy jego seksualność, choć niebezpośrednio. Osobnym kawałkiem jest kawałek zdrowotny, że uczymy dziecko, jak dbać o swoje ciało.

To stawianie granic wydaje mi się ważne. Bardzo chciałabym wspierać moje dzieci w tym temacie, ale jednocześnie chyba sama je przekraczam, z pośpiechu, bezmyślnie.

Dzieci nie mają kłopotu ze stawianiem cielesnych granic, to my, dorośli mamy problem z respektowaniem ich. Małe dziecko mówi wprost: nie dotykaj mnie albo się usztywnia, albo odsuwa głowę, kiedy je głaszczmy. One to komunikują, ale my nie bierzemy tego pod uwagę. Nawet niemowlę to komunikuje. Są takie różne zabawy twarzą w twarz, i kiedy dziecko jest zmęczone, to odwraca oczy – to już jest komunikat dla nas.

Przychodzi mi do głowy taka sytuacja zabawy w łaskotki. Dziecko mówi „nie”, ale w zabawie interpretujemy to różnie, a przewaga siłowa jest po naszej stronie.

Jeśli nie wiemy, czy ktoś tak chce, czy nie, to warto uznać, że nie. Ja się też tak bawię z moim synem. Starsze dzieci też lubią łaskotki, i kiedy ostatnio syn powiedział puść, to zapytałam: czy to jest takie puść, że się bawimy, czy puść, że dosyć? To można ustalić.

Publikowanie i pokazywanie nagich zdjęć dzieci to chyba też naruszenie granic?

Tak myślę. Dziecko nie jest w stanie wyrazić świadomej zgody na to, nawet gdyby zostało zapytane. Gdybyśmy wrzucili do sieci nagie zdjęcia dorosłego bez jego zgody, to szybko byśmy wiedzieli, czemu to jest niefajna sytuacja.

Ja się nawet zastanawiam, czemu w ogóle ma służyć fotografowanie dzieci nago. Czemu my potrzebujemy uwieczniać je nagie?

Znam takie sytuacje, w których starszym dzieciom wypływają niewygodne dla nich fotografie, niekoniecznie nagie, i stają się pośmiewiskiem w klasie. To bardzo trudne. To takie sytuacje, w których my w ogóle nie czujemy się odpowiedzialni za respektowanie granic naszych dzieci. Z jednej strony wkładamy dużą troskę o to, by nikt ich nie skrzywdził, a z drugiej strony – sami robimy coś dla nich krzywdzącego. Myślę, że takie duże nadużycia i molestowanie, to tylko mały ułamek tego, co się dzieje, natomiast my na tym skupiamy niewspółmiernie dużą uwagę, przy tym całkowicie ignorując to, co sami codziennie robimy, albo to, co robią inni dorośli w stosunku do naszych dzieci. To są sytuacje w przedszkolu i u lekarza, to ksiądz klepiący wszystkich po głowach, komentująca rodzina i sąsiadki chcące przytulić bez pytania. To wszystko sytuacje, przy których może dojść do przekroczenia granic, ale my się na tym nie skupiamy.

Skupiamy się za to na masturbacji naszych dzieci, to najczęściej przywoływany temat przez rodziców. Dotykanie własnego ciała przez dzieci jest dla nas trudne. To przekracza jakieś nasze granice?

My się w ogóle boimy masturbacji, dorosłej też. Bo mamy różne przekonania na temat tego, że to są nieodpowiednie zachowania. Seks kojarzy nam się z czymś brudnym, więc czujemy, że niewinne dziecko nie powinno się czymś takim zajmować. Jest też taka część rodziców, która sądzi, że masturbują się tylko dzieci z problemami, że to objaw jakiejś krzywdy. Z takim przekonaniem masturbacja może faktycznie niepokoić, bo oznacza dla nas, że dziecku dzieje się coś złego.

Trochę mamy takie strachy, że kiedy dziecko zacznie robić coś tak przyjemnego, to nie będzie robiło nic innego. To jak ze słodyczami, natykam się na to nawet w źródłach – myślimy, że jak dziecku dać słodycze bez ograniczeń, to będzie jadło aż się pochoruje. Rodzic ma takie przekonanie, że powinien kontrolować, ile przyjemności może mieć dziecko.

Doszukujemy się tam erotyzmu?

Nie wiadomo, jaką przyjemność sprawia to dzieciom. Dzieci ssą palec i to może sprawiać im taką samą przyjemność jak masturbacja. To taka sfera, którą trudno badać. Trudno nawet pytać. Mogę tylko powiedzieć, co mi się wydaje, jaką mam wiedzę z różnych źródeł, bo dużo więcej jest książek o tym, jak działa ciało dorosłego w kwestiach seksu, niż tych, jak wygląda rozwój. Są dwa rodzaje pobudzenia seksualnego, takie, które idzie tylko przez narządy płciowe, jest tylko reakcją na dotyk i stymulacje, i takie, które jest z głowy. Dzieci mają raczej tylko to pierwsze. Czyli dziecko się dotyka, bo mu to sprawia przyjemność, ale nie ma w tym takiego elementu wyobrażania sobie czegoś, to czysto fizyczna przyjemność. I w tym sensie nie jest to erotyczne, to nie jest relacyjna sytuacja.

Obnażanie się dzieci też z erotyzmem nie ma nic wspólnego, a my ciągle się boimy i wychowujemy je w tej kwestii.

Wszystkie dzieci w przedszkolu się rozbierają. W tym wieku nie przywiązują wagi do tego, czy są nagie, czy ubrane. Przedszkolne łazienki często nie mają drzwi, zdarza się kilka sedesów obok siebie, dzieci sikają parami, oglądają sobie pupy. Ta sfera nagości jest zupełnie inaczej traktowana przez przedszkolaka niż przez dorosłą osobę.

My, Polacy mamy duży kłopot z nagością. Jesteśmy jakąś enklawą zasłaniania się, nawet na plaży czy w saunie. To jest na poziomie emocji – trudno powiedzieć, dlaczego czujemy zażenowanie. Nawet karmienie piersią wywołuje zakłopotanie. Jest jeszcze tak, że ludziom pozytywny stosunek do swojego ciała kojarzy się z rozbuchaną seksualnością, która nie ma żadnych granic. To głównie strach o dziewczynki. Kiedy dziecko się rozbiera, to mówimy o ekshibicjonizmie, jakby to był dorosły. Nakładamy na zachowanie dziecka coś, czego tam nie ma. Może warto, byśmy sami siebie spytali, dlaczego to jest dla nas trudne, że nasze kilkuletnie dziecko lubi być nagie.

Jeśli już jesteśmy przy nagości, to z rozmów z rodzicami wiem, że jest taki problem, jak rozmawiać z dziećmi o narządach płciowych, kiedy sami nie wiemy, jak je nazywać. Gubimy się między medycznymi terminami, infantylnymi nazwami, wymyślonymi imionami, itd. Jak nazywać?

Język jest bardzo bogaty w tym obszarze. Wszyscy mamy dużo określeń, domowych, intymnych, żartobliwych, i dziecko się z tym bogactwem styka. Dzieci szybko poznają je wszystkie, a potem uczą się kolejnych. Uczą się też tego, które słowo do jakiego kontekstu pasuje. Którego użyć u lekarza, które w pracy domowej, które jest uznawane za wulgarne.

Mam takie poczucia, że słowa istnieją po to, żeby ich używać. My, rodzice mamy czasem przymus, bo gdzieś to przeczytaliśmy, żeby używać jakiś określonych, prawidłowych słów, i zdarza się, że to takie słowo, które nam nie przechodzi przez gardło i nie rozmawiamy z dzieckiem tylko z tego powodu. Warto wtedy znaleźć inne, bo słowa mają nam służyć do komunikacji. Ale zdarza się tak, że dzieci zaczynają tych krępujących nas słów używać i robi się nam z tym łatwiej, a nawet wprowadzamy je do naszego słownika. Podsumowując, byłabym za tym, żeby rodzice sami wybrali słowa, które im pasują.

Czasem nie wybierają żadnych.

Zdarzają się rodziny, w których na określenie narządów płciowych nie ma żadnych słów, zwłaszcza dla dziewczynek. Z chłopcami jest jakoś łatwiej. Pamiętam taką rozmowę ze żłobka: chłopiec mówi, że ma siusiaka, a dziewczynka, że nie ma, druga, że nie ma nic, trzecia mówi, że ma pupę. Rodzice tych części ciała nie nazywają, mówią np. umyj się tam.

Druga sytuacja jest taka, że to dzieci wymyślają słowa, których potem używa cała rodzina. We wszystkich innych dziedzinach jest tak, że to rodzice uczą dzieci, a tu odwrotnie.

Warto pamiętać, że dziecko potrzebuje słów, żeby się móc porozumieć ze światem zewnętrznym. Czyli jeśli będzie chciało komuś powiedzieć, że ktoś je gdzieś dotknął, albo wyjaśnić lekarzowi, że coś go boli, to musi znać słowa, które dorosły, spoza najbliższych, zrozumie. Czyli posiadanie takiego słowa, o którym wiemy tylko my i które rozumiemy tylko w domu, to za mało.

Z jakimi problemami najczęściej się pani spotyka w trakcie rozmów z rodzicami?

Rodzice najczęściej przychodzą z tematem masturbacji. Albo z problemem zabawy, która nie kojarzy im się z daną płcią. Albo są takie dzieci, które w wieku 2-3 lat chcą, żeby mówić do nich innym imieniem, niezgodnym z płcią. Deklarują, że mają inną płeć.

O czym to jest najczęściej?

O zabawie i eksploracji. Dzieci z tego wyrastają, ale są też takie, którym to zostaje.

Spotkałam się z dziewczynką, która przez 2 lata chciała być chłopcem i bardzo stereotypowo po chłopięcemu działała, a potem powiedziała, że już chce być dziewczynką, ale dalej chciała się wkładać chłopięce ubrania.

To są takie rzeczy związane z wiekiem przedszkolnym. To wiek, w którym poszukuje się własnej tożsamości i się ją odkrywa. Dzieci wtedy potrzebują eksperymentować, sprawdzać różne rzeczy.

To bardzo obszerny temat, czuję, że dopiero lekko dotknęłyśmy niektórych kwestii.

To duży i ważny temat. Można o wszystkim dużo mówić. Wcale nie mówiłyśmy dziś o dzieciach starszych.

Może uda się następnym razem. Z czym nas Pani zostawi na koniec dzisiejszej rozmowy?

Może z tym, żeby nie traktować tego tematu tak bardzo serio. Rozmawiając z rodzicami, czuję, że są spięci, ważą słowa. Nie potrafimy z tego żartować. Czasem nasze dzieci coś sobie wymyślają, my to nie do końca rozumiemy, i od razu mamy taką potrzebę, żeby je poprawić. Dużo w tym ciśnienia wychowawczego. Warto nabrać dystansu, luzu, otwartości i tolerancji.

Dziękuję za rozmowę. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Ilustracje: Ola Płocińska

*

Agnieszka Stein jest psychologiem. Już od 1999 r. pomaga dzieciom i ich rodzicom radzić sobie w różnych sytuacjach. Udziela pomocy rodzicom zagubionym w gąszczu obecnie dostępnych, często wzajemnie sprzecznych porad i zaleceń. Pomaga im czerpać radość z rodzicielstwa i osiągać równowagę między potrzebami wszystkich członków rodziny. Współpracuje z przedszkolami i szkołami, doradza nauczycielom. Specjalizuje się w pracy w nurcie Rodzicielstwa Bliskości, a więc za podstawowy czynnik tworzący skuteczną opiekę rodzica nad dzieckiem uważa ich wzajemną relację. Dużo podróżuje, sporo pisze – jest autorką dwóch książek dotyczących Rodzicielstwa Bliskości: „Dziecko z bliska” i „Dziecko z bliska idzie w świat”. Ukazała się też książka-rozmowa z nią: „Potrzebna cała wioska”. Ostatnią publikacją Agnieszki jest „Akcja adaptacja. Jak pomóc sobie i dziecku w zaprzyjaźnieniu się z przedszkolem”. Współzałożycielka Ośrodka Wsparcia i Rozwoju Bliskie Miejsce.

Leave a comment 5 komentarzy

  1. Bardzo ciekawy tekst, dzięki dziewczyny za podzielenie się rozmową!
    *powtórzenia i literówki trochę zabierają radość lektury, ale to drobiazgi przy wadze tematu;)

  2. tak, ten wywiad jest bardzo przydatny i dobrze sformulowany, przyznaje, o ile wczesniejszych z pania Stein moglam sie czepiac 😉 podoba mi sie, dzieki !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama