Rodziny patchworkowe – jak się to robi

Trzy rozmowy na jeden temat

Rozpad rodziny to trudne doświadczenie, ale los nie szczędzi i takich. Czasem rozpad jednej jest początkiem budowania kolejnej, życie pisze przecież najciekawsze scenariusze.

Pozwolę sobie dziś na odrobinę otwartości. Wiele lat temu moja siostra i ja byłyśmy w przedszkolu i szkole jedynymi dziećmi, których rodzice się rozstali. Taki mały ewenement. Do tej pory nie rozumiem, jak to możliwe, że wszystkim innym udało się trwać w rodzinnym składzie. To były czasy, w których słowo patchwork kojarzyło się wyłącznie z szyciem. Minęło trzydzieści kilka lat i jako dorosła osoba, mierzę się z rozpadem mojej rodziny. Obok mnie, mierzą się z tym samym moi przyjaciele i znajomi. Teraz dziwi mnie fakt, jak wiele osób przez to przechodzi. Dzieci w przedszkolu wymieniają się informacjami, kto u kogo dziś śpi – u mamy czy u taty, i jak spędzają czas z nowymi dorosłymi, którzy pojawili się w ich życiu. Teraz słowo patchwork zdobyło kolejne nośne i ważne znaczenie.

Dziś przedstawiam wam historie trzech rodzin, które słowo wprowadziły w życie. Budowanie takiego rozszerzonego układu to niełatwy i subtelny proces. Są w nim dzieci i dorośli, byli i obecni partnerzy. Kiedy wszystko się udaje, człowiek zyskuje bliskość, kiedy jest pod górkę, mierzy się z osamotnieniem. Życzę sobie, moim dzieciom i byłemu partnerowi mądrości i szczęścia, życzę nam patchworku, wierząc, że szczęśliwi dorośli, to szczęśliwe dzieci.

Przy okazji przypominam wam rozmowę o rozstaniu z psychologiem Agnieszką Stein. Napiszcie w komentarzach, czy chcielibyście przeczytać, co do powiedzenia ma o patchworku.

Oddając już głos moim trzem rozmówczyniom: Kasi, Marcie i Martynie, chciałam tylko zaznaczyć, że temat nie jest łatwy, jest tu wiele rzeczy, których przez szacunek dla członków konstelacji nie opowiada się światu. Mimo to, znajdziecie tu dużo ważnych słów.

*

Kasię Marcinkiewicz, fotografkę, rodzinnie już nieco podglądałyśmy, pamiętacie grudniowe ognisko? Dziś podchodzimy ciut bliżej, by zobaczyć, jak mądrzy ludzie zyskują w życiu. Koniecznie spójrzcie na zdjęcia, widać na nich wszystko. 

Kasiu, pięknie i ciekawie udało się wam się połączyć. Opowiedz o was proszę. 

Zacznę może od tego, kto jest kim w tej rodzinie, bo jest to dosyć skomplikowane. Mój partner Michał jest ode mnie starszy, a swoich synów miał dosyć młodo. Jest więc Antek, Franek i Jędrek, dorośli faceci, którzy są moimi pasierbami, a ja ich złą macochą (śmiech). Jędrek i Antek mają swoje dzieci, a my z Michałem mamy córkę Alkę, ośmiolatkę. Alka jest ciotką pełnoletniej już Anieli, córki Antka oraz Janki – lat 7 i malutkiej Helenki. Wychodzi z tego, że ja niejako jestem babcią. Mam trzy wnuczki i córkę Alkę. Chyba, bo już sama się gubię…

Jakie były początki? Jak budowała się relacja między tobą a synami twojego partnera? 

Z Antkiem i Jędrkiem jesteśmy w podobnym wieku, więc nigdy nie budowaliśmy relacji innej niż koleżeńska. Mamy wspólną grupę znajomych, spotykaliśmy się nieraz na imprezach. Myślę, że się lubimy jako ludzie, to, że staliśmy się rodziną niczego nie załatwia przecież, zwyczajnie albo kogoś kupujesz jako człowieka, albo nie. U nas raczej kliknęło. Franka poznałam, jak miał 14 lat, przez jakiś czas mieszkał z nami, obserwowałam jak dorasta. Bywało straszno i śmieszno. Może dzięki temu trochę wiem, co mnie czeka z własną córką. Temat jego wychowania nigdy nie był moim udziałem. Byłam raczej starszą koleżanką. Wszelkie kwestie rozwiązywaliśmy jako kumple. Michał ma dobre kontakty z mamą chłopaków i to oni razem decydowali o poważniejszych sprawach. Teraz Franek jest dorosłym facetem, mam do niego wielki sentyment, wydaje mi się, że udało nam się utrzymać miłą więź.

Myślisz, że było wam łatwiej przez to, że są już dorośli?

Chyba tak. Chociaż, chyba to zależy po prostu od tego, w jakiej roli się stawiasz lub zostaniesz postawiony. Trudno jest wychowywać nieswoje dziecko, zwłaszcza takie, które bywa, a nie jest z nami na stałe i co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. Trzeba być delikatnym, mądrym w tej relacji. Cierpliwość, zrozumienie – to wszystko wymaga ciągłej pracy nad sobą. Czasem puszczają nam nerwy do swoich dzieci i to jest normalne. W przypadku dzieci patchworkowych trzeba się starać dwa razy bardziej, być uważnym na potrzeby takiego człowieka. No i moim zdaniem nigdy, przenigdy nie podważać roli mamy. Ja miałam ten komfort, że nie musiałam nikogo wychowywać.

Co wniosło, pojawienie się Alki? Jakie ma relacje z braćmi? 

Zmieniło się tyle, że możemy teraz mówić o rodzinie. Alka ma trzech dorosłych braci, którzy są obecni w jej życiu i których uwielbia. Ma Jankę – przez to, że są w podobnym wieku, są jak siostry. Teraz pojawiła się malutka Helenka. Dzieje się. Najważniejsze jest dla mnie, że moja córka ma swoich ludzi na świecie. Ja jestem jedynaczką, niedawno odeszli moi rodzice, wiem, jak to jest być samemu. Mam spokój, że ona tego nie zazna. No i w szkole ma luz, bo wszyscy wiedzą, że lepiej z nią nie zadzierać, bo przyjdzie starszy brat albo trzech (śmiech).

Przy świątecznym stole siadacie wszyscy, jest też Ania, była partnerka Michała. Wiesz, że to nieczęsta sytuacja. Jak budowała się wasza relacja? 

Udaje się ostatnio nam tak zorganizować, że spędzamy Święta razem. To jest wspaniałe, bo wszyscy jesteśmy sobie bliscy. Były lata, że chłopcy pół Wigilii spędzali z nami, a pół z mamą. Strasznie to było stresujące, w jednym domu musieli pędzić dalej, a w drugim na nich czekano. Ta relacja, jak każda, opiera się na szacunku. Nie ma tu żadnej tajemnicy. Było minęło, każdy ma nowy związek, ale są priorytety, wspólne dzieci i wnuki. To jest zasługa Ani i Michała, że potrafili się dogadać na jakimś etapie życia, dzięki temu jest możliwa taka sytuacja. Ja szanuję ludzi i święty spokój.

Czujesz, że zyskałaś w życiu?

Na pewno zyskałam życzliwych mi ludzi. A to jest bardzo dużo. Zyskałam więź na całe życie. Mam nadzieję, że niezależnie, co się wydarzy, pozostaniemy przyjaciółmi. Ja nie demonizuję pojęcia rodziny. Mam różne doświadczenia w tym temacie. To słowo niczego nie załatwia. Najważniejsi są ludzie, dbanie o siebie wzajemnie, przyjaźń. Dawanie z siebie więcej niż oczekiwania od innych. To szalenie ważne, żeby czuć jakąś tożsamość, swoje plemię. Myślę, że udało nam się coś takiego stworzyć.

Wszystkiego dobrego dla was! Dziękuję za rozmowę. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zdjęcia: Kasia Marcinkiewicz

*

Stylizacje Marty Siniło śledzimy redakcyjnie z dużą frajdą, pokazałyśmy wam też, jak czule tuli swojego synka Henia. Dziś mówimy o tym, jak Marta budowała relacje z córkami partnera i jak one zareagowały na nowego braciszka.

Opowiedz proszę o was, kto tworzy wasz patchwork? 

Myślę, że my wszyscy, czyli ja, Eliza – była partnerka Michała, Michał, ich córki: Mica – 9 lat, Suzu – 8 lat, nasz roczny syn Heniek, a nawet dziadkowie i znajomi.

Zanim sama zostałaś mamą, w twoim życiu pojawiły się córki twojego partnera, co to dla ciebie znaczyło? Miałaś jakieś wątpliwości? Czegoś się bałaś? 

Bardzo lubię dzieci, sama pochodzę z dużej rodziny. Moi rodzice są absolutnie cudowni. Dali mi wszystko, ukształtowali mnie. Rodzina to podstawa i ja doskonale o tym wiem. Dlatego kibicowałam Michałowi w jego tacierzyństwie i im razem jako parze rozwiedzionej też! Trzymam z dziewczynkami, chcę żeby miały fajnie. Fajnych rodziców, częściowo nawet razem. Ja wiem, że one są przeszczęśliwe, kiedy mama i tata są razem.

Kiedyś mi powiedziały: ciociu, jak mama z tatą się pogodzą, to też będziesz mogła z nami mieszkać – to było supermiłe! Potraktowałam to jako wyróżnienie. Jestem w gangu!, pomyślałam (śmiech).

Oni byli rodziną zanim ja poznałam się z Michałem. I dalej są. Doszłam tylko ja i Heniek. Jego pojawienie się zmontowało z nami bardziej dziewczynki. Suzu sama kiedyś stwierdziła, że będę rodziną dopiero, jak Heniek się urodzi. Nie wiem, dlaczego tak. Dzieci mają swój świat. Układają to sobie po swojemu i do tego każde inaczej.

Na początku owszem, trochę się bałam. Byłam załamana, że Michał już ma dzieci. Że to już nie będzie dla niego nowe. Że nie będę jedyna, ale z czasem wszystko wyszło na plus!

Jak budowałaś relację z dziewczynkami? Kiedy się poznałyście i kto zdecydował o tym spotkaniu? 

Zadecydował Michał, ja długo nie chciałam. Najpierw poznałam starszą Mice, jakoś w przelocie, potem kilka razy się widziałyśmy już też z Suzu, chyba na basenie. W szatni przepytały mnie konkretnie, to było jak jakiś wywiad śledczy. O wszystko: skąd się znam z tatą, czy mieszkamy razem, czy znam ich mamę, czy wierzę w Boga, czy kocham ich tatę… No, masakra. Byłam blada, jak stamtąd wyszłam. Te dwie małe dziewczynki na te kilka chwil zamieniły się w bardzo dojrzałe osoby, które po prostu chciały wiedzieć, a może bały się zapytać rodziców.

One są generalnie niesamowite! To moje najlepsze kumpele!

Jaką rolę w tym temacie odegrał twój partner, tata dziewczyn? 

Nie tak dużą. Mnie się wydaję, że Michał się trochę bał. Faceci są w tym ciency, ale on i tak sobie poradził świetnie. Odczekał, aż już oboje wiedzieliśmy, że będziemy razem. Wiele rzeczy robił intuicyjnie. Nic na siłę. Na pewno bał się reakcji Elizy, ale rozmawiał z nią. Ustalili coś pewnie. Do tej pory nie wiem co, a potem rzucił nas wszystkie na głęboka wodę.

Co się wydarzyło w waszej rodzinie, kiedy pojawił się wasz wspólny syn Henio?

Tak jak mówiłam, jest idealnym spoiwem. Mały, słodki. Jest chłopcem i jest dużo młodszy od dziewczynek. Michał bardzo dbał, żeby nie odpuścić, żeby nie czuły, że są mniej kochane. Mega mu na tym zależało. Mica chciała być przy porodzie, była bardzo zaangażowana. Pilnowała, żebym nie nosiła ciężkiego, nie piła kawy. Bardziej niż moja matka (śmiech). Suza za to, jak Heniek się urodził, ujawniła swoje cudowne zdolności opiekuńcze, jest chyba dumna, że nie jest już najmłodsza. Uczy go chodzić, pilnuje, ma do niego najwięcej cierpliwości z nas wszystkich i jest najbardziej empatyczna.

Elizę podziwiam, że jest taka kochana, że potrafi go wziąć na ręce i powiedzieć na głos przy wszystkich, że on jej przypomina jej dziecko. Że jest w stanie zrobić mu piękne zdjęcie (jest fotografem) i generalnie, że go nie nienawidzi.

Marta, jak myślisz, co trzyma wasz patchwork w całości?

W sumie nie wiem… chyba czas. Szaleństwo, że idziemy do przodu, że nie mamy czasu na kłótnie i fochy. Wiesz, Michała mama odegrała cudowną rolę. Jest megazwiązana z Elizą i można powiedzieć, że po rozwodzie trzymała jej stronę, ale znalazła przestrzeń i dla nowej synowej. Moi rodzice też super! Czasem, jak spędzamy razem Gwiazdkę czy urodziny, oni wszyscy się nawzajem pozdrawiają, przekazują zaprawy, prezenty. Zdarza się, że nie wierzę, że to się wszystko dzieje.

Dzieci rosną, musimy sobie pomagać. Jesteśmy za nie odpowiedzialni. Wszyscy za wszystkie po trochu. Mówiąc krótko: nudy nie ma, a ja jestem w kolejnej ciąży, więc historia toczy się dalej…

Wspaniała wiadomość, gratuluję! Wszystkiego dobrego dla was. Dziękuję za rozmowę. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zdjęcia: archiwum prywatne

*

Martynę Cieślę odwiedziłyśmy niedawno w jej rodzinnym domu. W domu są jej córki i partner, który nie jest ich ojcem. Teraz pomówiłyśmy o tym, jak buduje się ich relacja i jak działa patchwork, który nie jest tak zszyty, jak poprzednie. 

Opowiedz, kto jest w waszym patchworku i jak długo jesteście w tym układzie. 

Nasza patchworkowa rodzina to ja, moje dwie córki z poprzedniego związku: Matylda i Lena, mój mąż Paweł oraz  jego syn Ksawery z poprzedniego związku. Kolejne osoby to mój były partner Marcin, który obecnie jest w związku z Asią, która ma syna Antka z jej poprzedniego związku. Jest jeszcze mama Ksawerego Dominika – niestety jej losów nie znam.

Najfajniejszy kontakt mamy z rodzicami Marcina, jego siostrą i jej rodziną. Relacja jest bardzo dobra, za co ogromnie im dziękuję. Myślę, że to przykład, że można naprawdę się dogadywać, nie patrząc na przeszłość. Dzięki temu moje dzieci nigdy nie odczuwały dyskomfortu związanego z tym, że rozstanie rodziców może poróżnić rodziny. Długi czas miałam też bardzo dobry kontakt z tatą dziewczyn.

Z Pawłem jestem od siedmiu lat i od tamtego momentu można powiedzieć, że ten układ istnieje.

Jak twoje córki przyjęły Pawła? 

Początkowo było bardzo słabo, dziewczyny były znacznie młodsze, wszystko działo się szybko, mimo że moje rozstanie z Marcinem było dość pokojowe, dzieci chciały za wszelką cenę zatrzymać stary układ.

Toczyła się burzliwa walka między Pawłem a Matyldą, aktualnie trzymają mocno sztamę i uwielbiają się wzajemnie, może dlatego, że oboje mają dość pragmatyczne i analityczne umysły, czego Matylda u mnie nie odnajduje.

Paweł przede wszystkim nie starał się nigdy zastąpić im taty, zawsze stał obok, ale z szacunkiem dla sytuacji. Dziewczyny pojęły, że mogą na niego liczyć, że daje im oparcie, jest świetnym nauczycielem w kwestiach, o których ja nie mam pojęcia. I najważniejsze: wszystko umie zrobić, są o tym święcie przekonane i jak ktokolwiek z czymkolwiek ma problem, zawsze mówią: Pawełek da radę to zrobić, on wszystko umie! Ja natomiast  jestem w ich oczach mistrzynią manualnych rzeczy. To świetnie, jak dzieci wykorzystują nasz potencjał i są z tego dumne w gronie rówieśników.

Paweł miał pomysł na zbliżenie się do nich? 

Myślę, że sposób znalazł się sam, po tylu latach doświadczeń i przeżywania naprawdę skrajnych i ciężkich sytuacji mogę powiedzieć, że najważniejszy jest czas i spokój. Dzieci są bardzo mądre i zasługują w takich sytuacjach na szczególną opiekę. Paweł jest ich najlepszym kumplem, muszę to przyznać. Myślę, że wypracował sobie relacje, której może mu pozazdrościć niejeden tata.

W waszym układzie jest dużo dzieci, jak one działają ze sobą?

Dzieci jest sporo, rzeczywiście. Dziewczyny mają z synem Asi i partnerki Marcina – z tego co wiem – bardzo dobry kontakt. Widują się co drugi tydzień i wtedy spędzają ze sobą cały weekend. Z Ksawerym niestety nie mamy żadnego kontaktu, kiedy byli maluchami i spotykali się regularnie, mieli superkontakt, bo wszyscy są w podobnym wieku. Mam nadzieje, że to jeszcze wróci.

Myślę, że dzieci świetnie się potrafią dogadać w takich sytuacjach, oby tylko dorośli im w tym nie przeszkadzali.

Myślisz o dziecku z Pawłem? To jest temat dla twoich córek? 

Po takich doświadczeniach bardzo trudno świadomie podjąć decyzję, przynajmniej mnie. Paweł bardzo chciałby jeszcze większą rodzinę.

Obserwuję moje dzieci na co dzień, myślę, że są dziś szczęśliwe z tym, co dostają od życia. Ostatnio miałyśmy rozmowę na ten temat, one bardzo by chciały mieć rodzeństwo w naszym domu. Co roku mówię sobie: albo teraz, albo nigdy i mija kolejny rok (śmiech), jeszcze dam radę!

Jak widzisz przyszłość? Może znaleźć się przestrzeń na doklejenie byłych partnerów i ich rodzin? 

Kiedyś widziałam to w bardziej różowych kolorach, myślę, że dla wielu osób taka luźna relacja może być problematyczna. Trzeba naprawdę być otwartym i mieć w sobie dużo spokoju, żeby zaakceptować stan rzeczywisty bez oceniania go i wchodzenia w problemy.

Układ, w którym żyjemy, wymaga ciągłej pracy. Musimy brać pod uwagę, że jesteśmy trochę zmuszeni do kontaktu z osobami, z którymi los nas rozłączył, często w burzliwy sposób. Pięknie by było, gdybyśmy mogli wszyscy razem przybić sobie pionę. Rzeczywistość jest jednak taka, że jesteśmy wszyscy z trochę innych bajek. Każdy tworzy dzisiaj swój nowy świat, ma inne spojrzenie na życie, inne priorytety, inne pomysły wychowawcze, staramy się to wszyscy akceptować. Często jednak na głębokim wdechu (śmiech).

Mimo wszystko jestem pozytywnej myśli. Jeśli mogłabym coś powiedzieć osobom, które się wahają, żeby wejść w taki układ: realizujcie przede wszystkim swoje marzenia i podążajcie za głosem serca, jeśli wy będziecie szczęśliwi, wasze dzieci też się w tym odnajdą.

Dziękuję. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zdjęcia: archiwum prywatne

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.