Rozmowa

Proszę o pomoc i pomagam, bo umiem

Pamiętacie o rodzinnych warsztatach Czytamisie w Białołęckim Ośrodku Kultury? Tematem przewodnim będzie pomoc. Któż jej nie potrzebuje? Czy umiemy o nią poprosić?

O tym, jak ważną umiejętnością jest proszenie o pomoc, my, rodzice wiemy na co dzień bardzo dobrze. Warto zauważyć, że to, jak radzimy sobie z problemami, nie umyka uwadze naszych małych obserwatorów. O tym, co zrobić, by dzieci nie wahały się prosić o pomoc i same udzielały jej chętnie i bezinteresownie rozmawiałam z Anną Hajzik-Jurlewicz, prowadzącą warsztaty rodzinne Czytamisie w Białołęckim Domu Kultury.

To kolejna z naszych rozmów dotyczących warsztatów. Kwietniowe spotkanie będzie dotyczyło właśnie tematu proszenia i pomagania, odbędzie się 8 kwietnia przy ulicy Głębockiej 66. Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego namawiamy was do zapisów już teraz. Szczegóły znajdziecie tu.

*

Pomagając dzieciom, dajemy im ważną życiową lekcję, zgodzisz się? 

Najważniejszą! Taką, że mogą czegoś potrzebować i doświadczyć pomocy. Że są jej warci. I że zwracając się w trudnej sytuacji do kogoś bliskiego, dajemy sobie szansę na wyjście z tego, co nas przerasta. Nie musimy być idealni i potrafić zawsze i wszystko.

Wydaje mi się, że my, rodzice często nastawiamy dziecko na cel – co samo w sobie wynika z troski o rozwój – ale gubimy w tym drogę do niego, która jest przecież bardzo wartościowym procesem, bogatym w doświadczenia. 

Nie każda droga kończy się tam, gdzie planowaliśmy. Często, z powodów niezależnych od nas, coś przebiega inaczej. Spojrzenie na taki bieg zdarzeń jak na szansę, a nie źródło frustracji i rozczarowań, ma wiele korzyści. Nie będziemy jednak w stanie zaproponować dziecku takiej perspektywy, jeśli sami żyjemy w zupełnie inny sposób. Dzieci uczą się przez przykłady. Słowa to za mało. Jeśli dziecko nie widzi na co dzień rodzica doceniającego tego, że np. chociaż zgubił drogę, pojechał dłuższą trasą, to cieszy się, że mógł zobaczyć nowe miejsca po drodze i spędzić więcej czasu na ciekawej rozmowie z pasażerami, to nie zaufa takiemu podejściu. Oczywiście, że proces zakończony pozytywnym efektem smakuje najlepiej, ale różnie w życiu bywa. To uczy cierpliwości do samego siebie, co jest naprawdę ważną i pożądaną dziś cechą.

Kulturowo jest w nas przekonanie, że liczą się tylko liderzy. Tymczasem nie każdy może nim być. Czy im szybciej to pojmiemy i przekażemy dzieciom, tym łatwiej będzie im w przyszłości?

Jak najbardziej i mamy na to dowody na rynku pracy, gdzie coraz bardziej dostrzega i wykorzystuje się zróżnicowanie predyspozycji związanych z tzw. pozycją w zespole. Dobre firmy nie szukają samych liderów, ale całej drużyny. Jednocześnie bardzo mocno akcentuje się sukces, a jego twarzą jest zazwyczaj lider, konkretna osoba. On zarabia najwięcej i niekiedy otrzymuje najwięcej uwagi, podczas gdy to przecież cała drużyna zasługuje na gratulacje. Inną sprawą jest to, że lider jest też nastawiony na większą krytykę, ataki, ma większą odpowiedzialność, itd. Myślę, że to trzeba uświadamiać dzieciom. Odkrycie najlepszej dla siebie roli w działaniach grupowych bywa kluczowe dla poczucia zadowolenia z działań opartych na współpracy.

Dzieci już od przedszkola są nastawiane na indywidualne sukcesy. Szkoła to też raczej scena dla solistów. Jak myślisz, dlaczego współpraca nie jest tam specjalnie doceniana?

System szkolny opiera się na ocenach ilościowych, a nie jakościowych. Zestawienie tabelek z ocenami czy zdobytymi punktami daje szansę porównania i zweryfikowania pewnych wyników związanych z procesem zdobywania wiedzy. We współpracy trudniej ocenić wkład każdej jednostki, a szkoła ma za zadanie wystawić konkretnemu uczniowi konkretną ocenę. Jest to niestety problem globalny, który dotyczy zarówno edukacji wczesnoszkolnej, jak i późniejszych etapów. Ostatnio zaczyna się dostrzegać wartość pracy metodą warsztatową, projektową, ale jeszcze długa droga do ewentualnych zmian systemowych.

Rywalizacja szybko wprowadza podziały wśród dzieci, nauczyciele je wzmacniają. Jak budować w dziecku poczucie siły i pewności siebie, kiedy nie wszystko udaje się najlepiej?

Poprzez motywację wewnętrzną, o której na szczęście coraz częściej zaczyna się mówić, a o którą faktycznie nie jest łatwo, zarówno w polskiej szkole, jak i środowisku dorosłych. Sami wychowywaliśmy się najczęściej w mechanizmach „coś za coś”, „zasłuż na”,”a syn X to”. Motywowani byliśmy zewnętrznie. Sięgano do powodów spoza nas, a nie tego, co sami przeżywaliśmy. Doświadczaliśmy kar i nagród. Być może takie warunkowe podejście pozwala na uzyskanie pozornie szybkich efektów, lecz niestety są one krótkotrwałe. Dzieci się z nimi nie identyfikują. To właśnie taki sposób motywacji odpowiada m.in. za skłonność do rywalizacji bądź działania nakierowanego typowo na cel – otrzymam nagrodę lub uniknę kary.

Motywacja wewnętrzna swój początek ma w samym człowieku. Jeśli dorośli odnoszą się do tego, co jest dla dziecka ważne i na czym mu zależy, to sprawiają, że podczas wykonywania określonej czynności w maluchu rozwija się poczucie satysfakcji, radość i zadowolenie. Dzięki motywacji wewnętrznej nie potrzebujemy dyscyplinowania i napominania. Jej obecność sprawia, że dziecko podejmuje aktywność, ponieważ dostrzega sens swego działania i to mu wystarcza. Może łatwiej zauważyć, że chociaż faktycznie coś idzie nie po jego myśli, to przecież jest zaangażowany w zadanie, chce tego i już wiele się nauczył.  Z drugiej strony, nie należy jednak bać się uczuć związanych z jakąś porażką. To też są ważne elementy naszego rozwoju emocjonalnego.

Dzieci nie lubią, kiedy coś im nie wychodzi. Jak możemy pomóc pogodzić się im z porażką? Jak przekuć ją w coś wartościowego?

Sposobów będzie wiele, bo też różne dzieci korzystają z innych rozwiązań. Na pewno warto korzystać z dobrodziejstwa, jakie niesie ze sobą motywacja wewnętrzna. Zwrócenie uwagi dziecka na to, jaki trud włożyło w przygotowania, jak było zaangażowane, jak potrafiło przygotować konkretne rzeczy.

Jak mądrze wspierać dzieci, by czuły, że prośba o pomoc to coś naturalnego, dobrego. By nie straciły tego z kolejnymi doświadczeniami?

Pokazując, że są sytuacje, okoliczności, w których sami tej pomocy potrzebujemy. Dorośli często próbują chować swoje słabości i braki, a to jest strategia krótkoterminowa. Dobrze wiedzieć, że ten mądry i zaradny tata też może czegoś nie wiedzieć czy o czymś zapomnieć. Ważne, by usłyszeć od mamy, że chociaż jest świetna w swojej pracy, to dzisiaj skorzystała ze wsparcia i podpowiedzi koleżanki. Jeśli dzieci widzą, że dorosły może szukać pomocy, to same łatwiej po nią sięgają. Nie boją się pytać i chętnie to robią.

Pomaganie to piękna sprawa, ale wolałabym, by moje dzieci nie oczekiwały aplauzu za taki gest. Chciałabym ich w tym wzmacniać, ale bez błędnych komunikatów. Jak to zrobić?

Zwracając im uwagę na powód pomagania. Pomagam, bo chcę czy dlatego, że to się opłaca? Czy w pomocy chodzi mi o siebie czy o tego, któremu pomagam? Może to trudne pytania, ale warto je zadać najpierw sobie, ponieważ konfrontacja z odpowiedziami wiele nam pokazuje. Osoby, które zawodowo zajmują się niesieniem pomocy setkom osób, mówią, że pomaganie jest wymagające. I jeśli naprawdę chcemy to robić, to zaczynamy zauważać, że pomaganie „kosztuje”. Łatwiej wrzucić 5 zł niż podejść i porozmawiać. Niekiedy nawet myśl o rozmowie „kosztuje” nas emocjonalnie więcej niż to małe uszczuplenie portfela. Zacznijmy od tych małych gestów życzliwości: zaproponujmy miejsce w autobusie komuś, kto bardziej niż my może potrzebować usiąść – to nie zawsze tylko starsza osoba, podarujmy kanapkę głodnemu koledze, i to nie dlatego, że nam nie smakuje, ale właśnie dlatego, że jest pyszna i chcemy, by ktoś mógł zjeść coś tak dobrego.

Co, twoim zdaniem, warto umacniać w dziecku, by wyrastało na empatycznego człowieka?

Postawiłabym chyba na jego naturalną emocjonalność. Pozwalając maluchowi na to, by doświadczał różnych emocji i dając mu okazje to poradzenia sobie z nimi, uczymy go szacunku wobec własnych, ale i cudzych emocji.

Co zaproponujesz uczestnikom kwietniowych warsztatów?

Postaramy się wspólnie odkryć nasze mocne i słabe strony, nazwać talenty i obszary, w których możemy nieść pomoc, jak i tej pomocy potrzebować. Podziałamy razem z rodzicami. Jak zawsze będzie trochę poważnie, a trochę twórczo, wesoło i… nieprzewidywalnie. Zapraszam!

Dziękuję za rozmowę. 

*

Anna Hajzik-Jurlewicz – neurologopeda kliniczny wczesnej interwencji, terapeuta karmienia, terapeuta komunikacji, pedagog specjalny. Na co dzień pracuje w ramach poradni rehabilitacyjnej dla dzieci z wyzwaniami rozwojowymi. Prywatnie miłośniczka życia, ludzi i dobrej kawy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Jeśli czujecie, że potrzebujecie wsparcia w waszym codziennym działaniu i szukacie pomysłów na wartościowy rodzinny czas, sprawdźcie koniecznie, co dzieje się w Białołęckim Ośrodku Kultury. O tym, że ich oferta jest właśnie dla was, opowiedziała nam Karolina Adelt-Paprocka, dyrektor BOK.

Czytamisie to warsztaty dla dzieci i rodziców. Jedni i drudzy aktywnie w nich uczestniczą, dodatkowo rodzice dostają pomocne wskazówki do pracy z dziećmi na konkretne tematy. To ciekawa i rzadko spotykana formuła na rodzinne zajęcia. Skąd pomysł? 

Zauważyliśmy, że instytucje kultury, ale także różnego rodzaju stowarzyszenia czy grupy nieformalne zazwyczaj koncentrują się na proponowaniu zajęć artystycznych czy edukacyjnych przeznaczonych dla różnych grup wiekowych: albo dla dzieci, albo dla dorosłych czy seniorów. Bardzo mało jest inicjatyw przeznaczonych dla rodzin, gdzie zarówno rodzice, jak i dzieci mogą spędzić ze sobą czas, budując relację. Pomyśleliśmy więc, że najwyższa pora to zmienić. Tak powstał pomysł na CZYTAMISIE – warsztaty, podczas których rodzice na nowo uczą się patrzeć na świat z perspektywy dziecka, a dzieci uczą się rozumieć świat rodziców.

Wiem, że chętnych nie brakuje – jak recenzują was uczestnicy? 

Chyba najpiękniejszą rzeczą, jaką usłyszeliśmy od jednego z rodziców jest to, że te warsztaty zmieniły mu jego rodzicielski świat – zaczął inaczej patrzeć na emocje dziecka, zaczął dostrzegać zależności, zobaczył też, że wspólne czytanie mądrych, umiejętnie dobranych książek może być świetnym pretekstem do rozmowy z dzieckiem o trudnych tematach, do których nie za bardzo wiadomo, jak podejść. Natomiast dzieciaki, które przychodzą na warsztaty, jeszcze dobrze nie zdążą się ubrać po wyjściu z sali, a już dopytują o kolejne spotkanie, nie mogą się doczekać.

Białołęcki Ośrodek Kultury ma bogatą ofertę propozycji dla rodzin, takie lokalne inicjatywy to duża pomoc dla rodziców.

Nasz ośrodek to miejsce tworzone z myślą o ludziach i dla ludzi, bardzo dbamy o to, by czuli się u nas dobrze i znaleźli to, czego szukają. W sposób szczególny dbamy o rodziców – to właśnie na Białołęce rodzi się najwięcej małych warszawiaków, więc tym bardziej zależy nam na tym, by do nas przyszli. Dlatego też bardzo wysoko stawiamy sobie poprzeczkę, często właśnie w takich dzielnicowych instytucjach kultury jak nasze najmłodsi mają po raz pierwszy kontakt ze sztuką. To, w jakich wydarzeniach kulturalnych dzieci wezmą u nas udział, będzie potem kształtować ich przyszłe wybory, już jako świadomych odbiorców kultury. Naszą najmłodszą widownię traktujemy bardzo poważnie: zapraszamy najlepszych artystów, szukamy nowych rozwiązań, często odważnie, trochę na przekór łącząc różne dziedziny kultury i sztuki. Ciągle wymyślamy coś nowego, eksperymentujemy i wspólnie z  mieszkańcami zastanawiamy się nad wspólnymi projektami.

Co jeszcze można znaleźć w waszym Ośrodku?

Oprócz Czytamisiów, dla starszych dzieci, mamy też Bajkopodróże – twórcze czytanki prowadzone przez aktorów z Grupy Zaplecze, które, tak jak Czytamisie, odbywają się raz w miesiącu. Podczas warsztatów zabieramy dzieci w podróż po klasyce literatury. Przez pierwsze pół godziny aktorzy czytają dzieciom baśnie z różnych stron świata (m.in. fińskie „Muminki” Jansson, duńską „Małą Syrenkę” Andersena, rosyjską „Bajkę o złotej rybce” Puszkina i izraelskie „Opowiadanie o złej czarownicy Kunegundzie” Singera), druga część spotkania jest poświęcona wspólnej zabawie. Kilka razy w miesiącu organizujemy też wydarzenia w ramach cyklu „Wychodzę z rodzicami” – opiekunowie słuchają koncertu, oglądają spektakl lub film w naszym kinie, a dzieci spędzają kreatywnie czas z naszymi animatorami. Mamy też Poranki Filmowe dla najmłodszych, Scenę Małego Widza z Teatrem Baj… Mogłabym tak długo wymieniać.

Naszą najnowszą inicjatywą są Kulturaki – rodzinny festiwal kulturalny, który odbędzie się 15 kwietnia na Głębockiej 66. W tym roku tematem przewodnim jest literatura. Program został skonstruowany w taki sposób, by pokazać, że o literaturze warto rozmawiać na różne sposoby, a książka może być doskonałym punktem wyjścia do znakomitej zabawy. Na Kulturakach spotkamy się więc z aktorką teatralną i filmową Grażyną Szapołowską, która będzie wspólnie z dziećmi i ich rodzicami czytać wiersze Jana Brzechwy, posłuchamy muzyki Jacka „Budynia” Szymkiewicza, który zabierze nas w nietypową podróż po klasyce literatury dla dzieci: wierszach Juliana Tuwima, będziemy mogli także dostać receptę na… książkę, przepisaną po specjalnym literackim badaniu. Poza tym gra terenowa, wystawa Jasnowidze Wydawnictwa Dwie Siostry, mnóstwo spotkań i warsztatów dla dzieci od dwóch do kilkunastu lat, m.in. z redakcją „Świerszczyka”, wydawnictwem Mamania czy twórcami komiksu o Jeżu Jerzym. Wszystko po to, by inspirować dziecięcą kreatywność, rozwijać wyobraźnię i budzić ciekawość świata. Zapewniam, że nikt, kto przyjdzie do Białołęckiego Ośrodka Kultury, nie będzie miał czasu na nudę.

Dziękuję za rozmowę. 

 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Ilustracje: Joanna Kłos

Zdjęcia: Ewa Przedpełska

Leave a comment 1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama