kolekcje, Moda

Projektowanie uzależnia!

Rozmowa z Tiną Tuchindą

Z Tiną Tuchindą rozmawia się jak z dawno niewidzianą przyjaciółką. To, że dzięki jej skromności i dystansowi do siebie rozmowa płynie jak wartki strumyk, to jedno. Tina chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami i otwarcie opowiada o potrzebach zapracowanych matek, którym należy się osobny kawałek dnia. Choćby go miały zmarnotrawić. Bo, jak mówi, szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. 

Cześć Tina. Bardzo się cieszę, że zgodziłaś się na rozmowę. Jak to się stało, że zajęłaś się modą dla dzieci?

Od zawsze fascynuje mnie moda i to, jak wpływa na nasz nastrój, pewność siebie oraz to, jak inni nas postrzegają. Zawsze ciągnęło mnie do wyjątkowych tkanin i wzorów. Mam dużo szacunku do rzemiosła tekstylnego. Uwielbiam podróżować, dalekie wyprawy dodatkowo umacniają mnie w przekonaniu, że ubrania opowiadają przeróżne historie, o kulturze i specyfice regionów, o religiach, temperamencie mieszkańców, o ich szczęściach i nieszczęściach. Wszyscy snujemy opowieści, a ja zapisuję swoją na tkaninach i ubraniach.

 

Nazwą marki jest twoje nazwisko.

Tak, Tuchinda to nazwisko rodowe mojego męża. Słowo pochodzi z języka tajskiego i oznacza szkatułkę albo pojemnik na cenne przedmioty. Myślę, że to się fajnie zgrywa z marką odzieżową dla dzieci. Jestem absolwentką szkoły projektowania Parsons. W czasach studiów byłam jeszcze przekonana, że będę projektować dla kobiet, ale kiedy urodził się mój pierwszy syn, z miejsca przestawiłam się na ubrania dla dzieci. Ot tak!

 

 

Zaimponowało mi twoje myślenie o marce w kategoriach platformy pomocowej dla potrzebujących. Wiem, że część zysków ze sprzedaży wpłacasz na konto organizacji działających na rzecz dzieci, jak nowojorska Children’s Rights. Opowiedz o tej inicjatywie.

To jest dla mnie i mojego męża Jaya kluczowa sprawa. Nasza firma nie została powołana tylko po to, by przynosić nam góry pieniędzy, to byłoby bezduszne. Bardzo nam zależy na przeciwdziałaniu przemocy wobec dzieci i pomocy dla dzieci porzuconych i zaniedbywanych na całym świecie. Blisko współpracujemy z Children’s Rights, która – podobnie jak my – ma swoje biuro w Nowym Jorku. Głównym celem tej organizacji jest pomaganie dzieciom, które doświadczyły przemocy w ramach systemu opieki zastępczej. Ich prawnicy i reszta pracowników pracują bez wytchnienia, by zmienić prawo w każdym amerykańskim stanie. Ta zmiana ma zapewnić wszystkim dzieciom objętym systemem opieki zastępczej bezpieczeństwo i prawo do głosu. To jest bardzo pilna kwestia, bo wciąż bardzo wiele dzieci przenoszonych jest z jednego domu, w którym panuje przemoc, do drugiego. I tak w kółko.

Trzymam kciuki za to, by wszystko się udało. Powiedz jeszcze, co jest najlepszą, a co najgorszą stroną prowadzenia własnego biznesu?

Ot i cała ironia. Z jednej strony pracujesz elastycznie według własnego grafiku, a tak naprawdę pracujesz CAŁY CZAS, non stop! Zwłaszcza, że to jest twój własny biznes. Kolejna ironia: teoretycznie nie stoi nad tobą żaden irytujący szef, ale z drugiej strony to ty podejmujesz wszystkie, często diabelnie trudne decyzje, a potem ponosisz ich konsekwencje (śmiech).

Ale idę o zakład, że i tak wolisz to niż pracę od 9:00 do 17:00.

No pewnie! Nigdy przenigdy nie zrezygnuję z wolności! Branża modowa to ciężki kawałek chleba. Bywa tak, że wszystko się sprzysięga przeciwko tobie. Jeśli potrafisz znaleźć wyjście z takiego impasu, masz najlepszą pracę na całym świecie.

 

 

Jak wygląda biuro zapracowanej projektantki?

To chaos w czystej postaci. Sama się dziwię, że potrafię szybko znaleźć każdy przedmiot. Przenieśliśmy nasze biuro ze ścisłego centrum Nowego Jorku do New Jersey, żeby było bliżej domu. Ale coraz częściej myślę o kolejnej przeprowadzce, tym razem bliżej plaży. Biuro na plaży – to byłoby coś!

Brzmi jak całkiem realne marzenie. A jak wygląda twój przeciętny dzień? Miewasz takie?

Cóż, kiedy jest się swoim własnym szefem i zarządza się marką, nie ma dnia podobnego do poprzedniego. Codziennie przydarzają mi się jakieś niespodzianki, co w istocie jest jedną z największych zalet prowadzenia własnego biznesu.

A jak udaje ci się zachować równowagę między pracą a życiem domowym i towarzyskim?

Zabawne, że o to pytasz, bo zupełnie niedawno lamentowałam z tego powodu ze znajomymi mamami projektantkami. Spotkałyśmy się na Playtime w Nowym Jorku i powiedziałam im, że znalazłam balans. Zasada jest taka: niezależnie od tego, jak bardzo jesteś zmęczona, MUSISZ zagarnąć kawałek dnia lub tygodnia na swój własny i wyłączny użytek. Ja przeznaczam ten czas na jazdę konną, pilates, tenis albo kurs ceramiki. To mnie ugruntowuje w sobie i czyni szczęśliwą. Po takim odprężeniu mogę wrócić do pracy, do męża i dzieci odmieniona, wypoczęta i gotowa dać im coś od siebie. A szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci.

Co jeszcze cię relaksuje? Na mnie najlepiej działa kino.

Na mnie też! Mam bzika na punkcie filmów wojennych. Zwykle płaczę cały seans, ale nic nie poradzę, uwielbiam to!

Projektujesz dla dzieci i jesteś w tym świetna. A kim chciałaś zostać, kiedy sama byłaś małą dziewczynką?

Strzelaj, zapewne trafisz, bo chciałam robić wiele różnych rzeczy na różnych etapach mojego życia. Ale przede wszystkim chciałam tworzyć … cokolwiek.

Twoje ulubione wspomnienie z dzieciństwa?

W moim sąsiedztwie mieszkało wielu chłopców. Często się z nimi szwendałam, grałam w berka, w koszykówkę i w nogę… To były czasy! Mieszkałam na wsi, życie było proste i beztroskie.

 

 

 

 

 

A gdzie najchętniej wyruszacie całą rodziną na wakacje?

Gdziekolwiek, byle na wakacje! Chciałabym podróżować więcej i więcej. Moim marzeniem jest roczny urlop i rodzinna podróż do wszystkich miejsc, do których zawsze chcieliśmy pojechać. Planujemy szalony 2-tygodniowy wypad do Szanghaju, Tajwanu, Singapuru i na Bali. Wiem wiem, wariacki plan!

Azja jest wspaniała, ale ty też mieszkasz w jednym z najlepszych miejsc świata, Nowym Jorku. Gdzie najchętniej się wybierasz, kiedy potrzebujesz inspiracji? 

Odkąd mam dzieci, mieszkam poza centrum, ale w Nowym Jorku wystarczy pospacerować ulicą, obserwować przypadkowych ludzi, którzy są niebywale eklektyczni i przez to inspirujący.

Co chciałabyś osiągnąć w niedalekiej przyszłości?

Pełna nazwa naszej firmy brzmi Tuchinda Design. Chcielibyśmy za jakiś czas zgromadzić w sklepie także ubrania dla kobiet, odzież sportową, akcesoria, meble i kto wie, co jeszcze. Projektowanie jest uzależniające. Ubrania  to tylko rozgrzewka!

Dzięki za rozmowę.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Sukienki z kolekcji wiosenno-letniej marki Tuchinda od 3 marca są dostepne w Polsce – w sklepie Malulo.

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklama


Warto przeczytać