Poznaj blogera: Monika z Wandergirl

Dokąd lecisz tym razem?

Zaglądam na jej konto Instagramowe, a tam widoczki z Filipin, Włoch, czy Bali. Podróżuje, gdy tylko może. Travel often, love big – to jej motto i bardzo ono mi pasuje. Dziś o bakcylu podróżniczym rozmawiam z Moniką, poznajcie się!

Trzyma w ramionach trzymiesięcznego synka, nogą otwiera szafkę, drugą ręką robi kawę. Multitasking to pierwsza rzecz, jaką nauczyło ją macierzyństwo. Zapewne drugą będzie jak realizować podróżnicze pasje już we trójkę, choć o to się nie martwię, mały obecnie podziwia plaże we włoskiej Apulii i samolotowy debiut ma za sobą. Razem z markami Beaba, Sigikid i Lassig podglądam dziś wycinek dnia Moniki, czyli autorki bloga Wandergirl. O wyprawach Fiatem, ale też i wyprawce świeżo upieczonych rodziców gawędzimy na warszawskim Mokotowie.

 

Opowiedz najpierw o sobie. Kiedy połknęłaś bakcyla podróżniczego? Podobno jako dziecko, na tylnym siedzeniu załadowanego po brzegi Fiata?

Zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie, pod koniec lat 80., na początku 90. Mój tato uwielbiał samochodowe wycieczki, więc odkąd byłam mała, rodzice pakowali mnie i moją siostrę do auta i ruszaliśmy w Europę. Mam z tamtego okresu w pamięci pewne przebłyski, resztę znam z opowieści i ze zdjęć. Jeździliśmy we czwórkę do Francji, Włoch, Belgii, Hiszpanii, zapakowani po sufit. Razem z moją 3 lata młodszą siostrą, Magdą, spałyśmy na „łóżkach” ułożonych z bagaży, konserw, przywożonych do Polski pamiątek i rzeczy z kategorii „bo u nas nie ma” (a wtedy faktycznie niewiele jeszcze było). Jedliśmy śniadania na przydrożnych campingach – mam gdzieś nawet takie zdjęcie, na którym jestem ja, tato i moja siostra, a na drewnianej ławce białe bułki, szynka konserwowa i powiew Zachodu: Coca-Cola i Nutella. Spaliśmy w namiocie, u znajomych, w samochodzie, na campingach. Nikt wtedy nie narzekał na niewygodę! Dzięki tym doświadczeniom z dzieciństwa podróżowanie na własną rękę było dla mnie od zawsze czymś naturalnym i oswojonym. 

Takie wspomnienia są najlepsze! Wyobrażam sobie, że bywało też zabawnie, wy w tym Fiacie, tu wspaniały Zachód…

Pamiętam wyraźnie bardzo zabawną scenę. Pierwszy raz byliśmy we Włoszech. Mama zamówiła w restauracji pizzę i kawę (chyba na chybił-trafił, bo nikt z nas nie mówił po włosku, a też Włosi nie mówili po polsku; do dziś zachodzę w głowę, jak moi rodzice na tych wszystkich wycieczkach się dogadywali!). Dostała cieniutką margheritę oraz espresso i nadziwić się nie mogła, że tak wygląda we Włoszech pizza (taka cienka, nie drożdżowa i bez dodatków?) i kawa (jak to, taka mała?). Pamiętam, jak wszyscy się uśmialiśmy. Dla nas to był inny świat, którego dopiero się uczyliśmy. 

I bakcyl złapany. Gdy wchodzę dziś na twojego bloga, widzę turkusy filipińskie, wschody słońca na Bali i myślę: tej to dobrze, prowadzi bloga i cały rok podróżuje. A tu niespodzianka, urlopu masz 26 dni jak każdy śmiertelnik! Jak ty to robisz?

Tak naprawdę to nie podróżuję aż tak dużo! Znam mnóstwo osób, które jeżdżą dużo więcej niż ja. Ja po prostu zdecydowałam się o tym pisać. Natomiast faktycznie, staram się wyjeżdżać najczęściej, jak tylko mi się to udaje. I robić dużo, dużo zdjęć, żeby potem „wystarczyło” ich na cały rok prowadzenia Instagrama!  

Urlopu mam „etatowo” 26 dni, więc żaden ze mnie cyfrowy nomad – muszę się spinać i kombinować, jak większość z nas. Wychodzą z tego z reguły 2 dłuższe wyjazdy rocznie (2-3 tygodniowe), kilka mniejszych parodniowych, do tego weekendy. Jak to robię? Korzystam z „mostków” i w ten sposób tworzę sobie długie weekendy, nie biorę dni urlopowych na załatwianie spraw, pranie firanek czy sprzątanie przed świętami, przedłużam weekendy o 1-2 dni (można pojechać gdzieś dalej i o wiele lepiej wypocząć!), przeloty zawsze planuję tak, aby nie wracać w piątek lub nie wyjeżdżać w poniedziałek (po co tracić weekend!). Zdarza się też, że wyjeżdżam służbowo i zostaję w danym miejscu nieco dłużej lub dołączam do podróży służbowych męża — gdy on pracuje, ja zwiedzam. A potem bierzemy dodatkowe 2-3 dni na miejscu i zwiedzamy razem.

Kombinatorzy! Masz niemowlaka w domu. Pamiętasz jeszcze jak to jest prowadzić bloga, podróżować kids-free? Co jest teraz największym wyzwaniem? 

Mój synek Miki ma teraz niecałe 3 miesiące. Sporo je, niewiele śpi i lubi towarzystwo, więc na tym etapie największym wyzwaniem jest zdecydowanie czas. Na razie nie mam go dla siebie jeszcze zbyt wiele i rzeczy typu prowadzenie bloga, książki, kino, spotkania, treningi, Netflix – słowem wszystko to, co zajmowało mnie wcześniej, musiało zejść na drugi plan. 

Samą logistykę opanowałam w te 3 miesiące już chyba do perfekcji. W 10 minut, które z reguły mam między „zbudziłem się i obserwuję świat” a krzykiem „mlekoooooo i tu juuuuż!” potrafię ogarnąć prysznic, mycie zębów, śniadanie, kawę i ubranie się na poranny spacer. Dodatkowo zostałam Mistrzynią Robienia Rzeczy Jedną Nogą, gdy na rękach mam Małego otwieram tak szafki, zapalam światło, podnoszę z podłogi zabawki, przesuwam stoliki i pufy. Szaleństwo! Czasy, gdy we wtorek wpadałam na pomysł, żeby w piątek gdzieś polecieć i spontanicznie bukowałam bilety na razie minęły, ale przede mną nowy rozdział. Podróżowanie z małym będzie na pewno inne, spokojniejsze, bardziej dopasowane do jego potrzeb i jego tempa, ale jestem pewna, że równie fajne! 

Mały śpi, odpalasz komputer, wyjmujesz notes-scenariusz znany wielu mamom. Jak organizujesz sobie teraz dzień? Zwolniłaś tempo na blogu, czy wręcz odwrotnie?

Na razie tego czasu nie ma zbyt wiele, więc siłą rzeczy blog trochę zwolnił. Za to na spacerach czy przy karmieniu mam mnóstwo czasu na obmyślanie nowych planów: tematów, podróży, ulepszeń na blogu. W wolnych chwilach staram się je powoli wprowadzać w życie, najczęściej wieczorem, gdy mały zalicza swoją 3-4 godzinną drzemkę (chyba, że usnę razem z nim, co się często zdarza!). Na razie na blogu powstał nowy dział „BEBE”, gdzie będą publikowane artykuły dotyczące podróżowania z dziećmi oraz w ciąży. Wkrótce planujemy też naszą pierwszą, zagraniczną podróż we trójkę! 

Ja nawet wiem dokąd! Ale zanim o wyprawie, porozmawiajmy o wyprawce. Jesteś świeżo upieczoną mamą, ale w domu króluje minimalizm, żadnych niepotrzebnych dziecięcych gadżetów. Czy właśnie taka jest wasza wyprawka: tylko to co niezbędne? 

Tak naprawdę, jak pewnie większość świeżo upieczonych mam, początkowo wpadłam w szał zakupów. Jest tak ogromny wybór rzeczy dla dzieci, do tego wszystko takie piękne, malusie i słodkie – nic tylko się zachwycać i kupować ! Szybko jednak okazało się, że ogromna większość rzeczy jest mi totalnie zbędna. Sporo z nich okazało się też niepraktycznych. Dlatego teraz zostały ze mną tylko te gadżety, które naprawdę się przydają. Ubranka zapinane kopertowo (wkładanie rączek w te nakładane przez głowę to zgroza!), bambusowe lub muślinowe otulacze Lassig – są świetne jakościowo i używam ich do wszystkiego: okrywania, odbijania, przy karmieniu, ważeniu… długo by wymieniać! Na noc otulacz Gro Company, który zamienia się w śpiworek z miękkiej bawełny.

Bujaczek Baby Bjorn (dzięki niemu udaje mi się wypić kawę), Kosz Mojżesza, wanienka Beaba. Jest duża i bardzo wygodna, stawiam ją na blacie w łazience, ale ma też praktyczny stelaż i, co naprawdę ważne, antypoślizgowy materiał. Co jeszcze? Czarno-biała mata do ćwiczeń na brzuszku i drewniany pałąk edukacyjny. Do tego kilka zabawek, podobno najlepiej, gdy dziecko ma ich jednocześnie maksymalnie pięć, więc ograniczyłam je do szeleszczącego misia i grającego pieska pozytywki Sigikid, sówki Ollie z czujnikem płaczu i lampką, przy której Miki uwielbia zasypiać, kolorowej grzechotki i …balona na hel. Mały może na niego patrzeć bez końca (czyli maksymalnie 30 minut). I pierwsze auto, na razie miękkie, kauczukowe Rubbabu! Oczywiście na liście must-have jest też porządny wózek w zestawie z pojemną, praktyczną torbą – moja to Lassig. Mam model Lassig Glam Label, jest świetna, mieszczę w niej wszystko i do tego jak wygląda!

I wózek, wiadomo. Na co dzień chodzę z gondolą, ale obecnie pod kątem wyjazdu testujemy ultralekką, kompaktową spacerówkę  Easywalker, a dokładnie model Easywalker Buggy XS, która składa się dosłownie do rozmiaru bagażu podręcznego!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Dobra, zasiedziałyśmy się w pokoju malucha. A twoje ulubione miejsce w domu? Wiesz, jak  już znajdziesz czas na minirelaks z książką! 

Zdecydowanie balkon. W tym roku jest wyjątkowo dobra pogoda, więc wstawiłam tam wygodną kanapę, zawiesiłam lampki i posadziłam kwiaty, żeby było bardziej przytulnie. To tam najczęściej zaszywam się z książką lub komputerem, gdy Miki śpi w pokoju obok. A na drugim miejscu wanna. Uwielbiam relaksujące kąpiele, chociaż odkąd urodził się mały, mogę je policzyć na palcach jednej ręki!

Widzę rozłożony kapelusz i ręcznik kąpielowy Lassig dla niemowlaka – znak, że będzie grane morze i kolejna podróż! Jedziecie do Apulii. Opowiedz jak planujecie takie podróże, jaka będzie wasza trasa?

Tak, faktycznie komplet kąpielowy Lassig na wyjazd przygotowany! Z końcem września wyruszamy do Puglii na południu Włoch. To będzie nasza pierwsza, zagraniczna podróż we trójkę! Jak na razie ekscytacja miesza się u mnie z całym zestawem wszelakich obaw: jak to będzie, czy Miki dobrze zniesie samolot, czy nie zachoruje na miejscu… Nastawiam się jednak pozytywnie i mam nadzieję, że to będzie klucz do sukcesu. Maleństwa czują nasze emocje i gdy my jesteśmy spokojni i opanowani, one czują się dobrze i bezpiecznie. Poza tym karmię piersią, więc mały ma zestaw najlepszych przeciwciał, chroniących go przed infekcjami.  

Przy planowaniu podróży do Puglii przede wszystkim pytałam o rekomendacje znajomych, którzy tam mieszkają i stamtąd pochodzą – oni w końcu są największymi lokalnymi ekspertami! W ten sposób zrobiłam listę ciekawych, ale niekoniecznie super-popularnych miejsc, smacznych knajp w których jadają lokalsi, tradycyjnych piekarni. Znalazłam też ciekawy blog AlongDustyRoads, który fajnie opisuje Apulię, a do tego ma fantastyczne zdjęcia. No i zawsze, przed każdą podróżą, przeglądam też Pinterest i Instagrama w poszukiwaniu najbardziej fotogenicznych miejscówek! 

Uzbierało się tego trochę – w 10 dni chcemy objechać region od Bari, przez Lecce, aż po Leucę i Gallipoli na południu, po drodze zatrzymując się w wielu małych miasteczkach. Śpimy w lokalnych masseriach, typowych dla Puglii gospodarstwach, prowadzonych najczęściej przez rodzinę, często od pokoleń.  Będę szczęśliwa, jeżeli uda mi się zrobić chociaż 50% z zaplanowanych miejsc. Nie nastawiam się na więcej, bo tym razem w podróży wyjątkowo nie ciśniemy, ale dopasowujemy się do tempa synka. 

 

W Puglii byłam, zakochacie się! A jaki jest twój największy zachwyt podróżniczy?

Archipelag Raja Ampat przy Papui Zachodniej w Indonezji. Kilkadziesiąt rajskich, często niezamieszkanych wysp, wyjątkowo przyjaźni tubylcy, turystów jak na lekarstwo, słona woda pod prysznicem, brak Internetu, a często i prądu i jedna z najpiękniejszych raf koralowych na świecie. Totalnie magiczne miejsce, do którego napewno wrócę, gdy mały nieco podrośnie. Raja kojarzy mi się też wyjątkowo dobrze dlatego, że to właśnie tam oświadczył mi się mój mąż! 

I Hawaje, które były dla mnie zaskoczeniem. Początkowo, zniechęcona amerykańskimi komediami romantycznymi nie chciałam tam jechać. Na miejscu kompletnie się zakochałam. Potężny ocean, ogromne fale, piękne plaże i zielone, monumentalne góry z unoszącymi się nad ich szczytami ciężkimi chmurami. Bajka! Wracam tam na pewno.

Na koniec quiz, zdążymy zanim mały się obudzi! Czego o mnie nie wiecie?

Uwielbiam pakować się w podróż, ale rozpakowywanie się trwa u mnie wieki! 

Ulubiony film, ulubiony kolor?

„Spragnieni miłości” Wonga Kar-Waia. I kolor szaroniebieski. 

Plany na ten rok? Skoro jesteś na macierzyńskim – więcej wypraw?

Na razie chcę skoncentrować się głównie na synku. Ale oczywiście już obmyślam wspólne plany wyjazdowe! Do końca roku na pewno wybierzemy się jeszcze na moje rodzinne Podlasie i do kilku pięknych miejsc w Polsce, ale to już bardziej agroturystycznie lub hotelowo. W 2019 marzy mi się powrót do Tajlandii, może w marcu na urodziny (obchodzimy je z mężem wspólnie, bo dzielą nas tylko 2 dni – zawsze staramy się gdzieś z tej okazji wyjechać), późną wiosną chciałabym wybrać się do USA, a latem mamy w planach wizytę u naszych portugalskich przyjaciół, nad oceanem w okolicach Porto. Może tym razem zahaczymy też o Lizbonę. I na pewno dalszy rozwój bloga. Jeżeli uda mi się zrealizować moje plany wyjazdowe, to będzie o czym pisać!  

To tego wam życzymy i czekam na kadry z włoskich białych miasteczek!

*

W wyprawce Moniki znajdziecie między innymi: wanienkę Beaba ze stolażem, komplet otulaczy Lassig, torbę Lassig Glam Label z akcesoriami, przytulanki Sigikid, sówkę Ollie oraz wózek Easywalker Buggy XS.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.