Mama, rozmowa

Poród domowy

Zapraszam was na rozmowę z Anią, mamą czwórki, która zdecydowała się na porody w domu. Nie wszystkie poszły zgodnie z planem, ale wszystkie były wartościowymi doświadczeniami. 

W rozmowach kobiet w ciąży, jednym z najczęściej padających pytań jest to o szpital: w którym szpitalu rodzisz? Jakby sam wybór, że dziecko przyjdzie na świat w placówce służby zdrowia, był jedynym, jakiego można dokonać. Ania, moja rozmówczyni, cztery razy zdecydowała inaczej: trzy razy był to dom, choć dwa razy finał nastąpił w szpitalu, a raz w Domu Narodzin. Przeczytajcie, co mówi o swoich doświadczeniach, wyborach i refleksjach. Jej perspektywa może być pomocna dla tych z was, które muszą zdecydować, jak i gdzie chcą sprowadzić na świat swoje dziecko.

*

Urodziłaś czworo dzieci, już w pierwszej ciąży podjęłaś decyzję o porodzie domowym. Rozmawiałaś z kimś o tym? Dostałaś jakieś kobiece wsparcie?

Rozmawiałam z Wojtkiem, moim mężem. Kilka miesięcy przed porodem naszego pierwszego syna Tadzia rozmawiałam też z położnymi. Były bardzo pomocne, rzeczowe i pełne troski, by odpowiedzieć na wszystkie nasze pytania i wątpliwości. Oczywiście pytaniami zasypywał Wojtas, bo bardziej się wszystkim stresował niż ja (śmiech). Ja miałam już za sobą kilka lektur i poród domowy był dla mnie naturalną konsekwencją obranego stylu życia. Wojtas pytał i myślał. Decyzja była dla niego trudna. Potem, w czasie całego porodu, wypił hektolitry melisy, a kiedy było po wszystkim, rozpowiadał, jak to gładko wszystko poszło (śmiech). Cały facet!

Powiedziałaś mi, że poród dla ciebie to coś supernaturalnego.

Uważam, że pokolenia kobiet rodziły tak przede mną, i że to coś normalnego. Generalnie żyję w zgodzie z własnym ciałem. Lubię taką autoświadomość, staram się obserwować własne ciało i mechanizmy, spędzać czas na autorefleksji, żyć blisko natury.

Nie czułaś strachu przed pierwszym razem?

Strachu – nie. Radosne oczekiwanie – tak. Chęć zobaczenia, dotknięcia, poczucia tego Małego Człowieka, który był już we mnie od 9 miesięcy. Ale żeby szczególnie myśleć o tym, że poród, czy poród domowy jest czymś niebezpiecznym, to nie. Tym bardziej że, żeby rodzić w domu trzeba mieć bardzo dobre wyniki badań.

Opowiedz, co jest w takim wywiadzie? 

Jest bardzo szczegółowy – zero poronień, zero wczesnych porodów, cesarskich cięć. Dobre wyniki wszystkich badań. Musiałam zrobić nawet dodatkowe badania krzepliwości krwi, na okoliczność bycia rudzielcem – bo osoby rude mają tendencję do częstszych krwotoków.

W ogóle cała rozmowa wstępna i odpowiedź na setki pytań dotyczących naszego zdrowia przekonały mnie, że Edyta i Maria – położne – nie są szalonymi i nieodpowiedzialnymi kobietami, tylko doświadczonymi i wykształconymi profesjonalistkami. To, okraszone statystykami z Niemiec, Holandii i Skandynawii – gdzie bardzo dużo kobiet rodzi w domu od lat, a dodatkowo takie porody są w standardowej ofercie tamtejszej służby zdrowia – zrobiło swoje. Zdecydowaliśmy się rodzić w domu.

Jak się przygotowywałaś do tego domowego porodu?

Chodziliśmy do szkoły rodzenia, bo nie byliśmy jeszcze zdecydowani na poród domowy w stu procentach. Dowiedzieliśmy się tam wielu ciekawych rzeczy. Resztą zajęły się położne, niczego specjalnie nie przygotowywałam.

 Jak to wygląda formalnie?

Podpisuje się umowę z położnymi, określa ona możliwość transferu do szpitala, pełną opiekę, etc. Jedyne, co należy zgłosić, to dziecko do urzędu.

 

Zaczął się poród Tadka.

Zaczęliśmy rodzić w domu, a skończyliśmy w szpitalu. Powód był duuuży – cztery i pół kilograma, ułożony, co najgorsze w tej sytuacji, twarzyczkowo. Wstawiał się i wysuwał – przekorny od małego. Wszystko stało w miejscu i ja po prostu byłam wykończona, położna Edyta zaproponowała przejazd do szpitala.

To był stresujący moment?

Brzmi dramatycznie, ale tętno Tadka było jak drut. Moje też, rozwarcie 8 cm, czyli w sam raz do szpitala. Jedna położna pojechała pierwsza, żeby wszystko było gotowe na miejscu, a druga była cały czas z nami. Wojtkowi silnik zgasł tylko raz, za to na torach, ale po melisce już go nic nie ruszało (śmiech). A mnie położna masowała po plecach, więc w sumie wszystko mi było jedno, bo już chciałam tylko urodzić tego wielkiego człowieka.

Zupełnie jak w filmach.

Wjazd do szpitala był pewnie spektakularny (śmiech). Lekarze w pogotowiu, położne z ręką na pulsie, czuwały, żeby wszystko przebiegło dobrze. Lekarz chciał Tadka potraktować vacum, na szczęście udało się tego uniknąć. Po końskiej dawce oksytocyny urodziłam go z głową jak faraon – opukaną ze wszystkich stron przez lekarzy. Po tym doświadczeniu będę odradzać wszystkim oksytocynę, choć to niestety standard. Daję słowo, myślałam, że urodzę własną głowę – mój organizm oszalał na chwilę i zdecydowanie nie chciałabym tego przeżywać raz jeszcze.

Kiedy sobie teraz czytałam o porodach twarzyczkowych – okazuje się, że kwalifikują się do cesarskiego cięcia, więc poród domowy uratował mnie chyba przed cesarką.

Jak wspominasz pobyt w szpitalu?

Bardzo dobrze. Cały personel był fantastyczny, pomocny i troskliwy. Z kolei cały piżamowo-szlafrokowy anturaż kompletnie mi nie odpowiada. Szpital jest jednak wielką fabryką, a poród to intymne, piękne przeżycie dla Rodziny. Cicha obecność położnych jest konieczna i wystarczająca.

Ta domowa intymność udała się, od początku do końca, za drugim razem.

Drugiego, Zygmunta, rodziłam zupełnie w domu. Atmosfera miła, domowe pielesze, własne bakterie, własna toaleta i własna kawa. A do tego można bez krępacji chodzić w czym się chce. I nie trzeba oglądać innych w tym samym stanie.

Tadka – miał wtedy 1 rok i 3 miesiące – zaprowadziliśmy do dziadków i mieliśmy spokojną noc na poród. Zyga nocny marek, urodził się o 2. Położne posprzątały po wszystkim i serio – zrobiły nam śniadanie. Mieliśmy poranek dla siebie. Ja, Wojtek i mały Zygmunt. Cudowny czas cieszenia się tylko sobą. Po obiedzie moja mama przyprowadziła Tadka i to też było fantastyczne. Od razu miał brata i mamę przy sobie. Nie zniknęłam mu na pół tygodnia i nie zostawiłam z powodu narodzin rodzeństwa.

Co przynosiło ci ulgę w trakcie porodu, oprócz samej obecności u siebie?

Zdecydowanie masaż kości lędźwiowej. To miejsce, którego ból doskwiera mi najbardziej. Przy porodzie Zygmunta położne miały chustę i pamiętam, że uciskanie nią było bardzo pomocne.

Z perspektywy czasu pamiętam, że jeszcze jedna rzecz przynosiła mi prawdziwą ulgę, kiedy czułam skurcz, kiedy ból wzbierał i na chwilę miałam ochotę zniknąć – myślałam o tych wszystkich rodzicach, którzy dzieci mieć nie mogą. I o tych kobietach, które stają przed wyborami, tragicznymi dylematami. Przy każdym skurczu myślałam o nich i oddawałam te swoje skurcze i „cierpienia” w ich intencji. Były taką moją modlitwą i nie poszły na marne. Jesteśmy z mężem wierzący i takie ofiarowanie tych wszystkich emocji Bogu przynosiło mi wielką ulgę. Wierzę, że oddałam dobre uczucia – radość z narodzin – tym, którzy nie mają takiego szczęścia, i że może choć przez chwilę poczuli ulgę w cierpieniu albo ukojenie w bólu.

Czy w trudnych momentach czułaś się bezpiecznie, będąc w domu?

Miałam świadomość, że wszystko jest pod kontrolą. I że położne czuwają nad naszym bezpieczeństwem. Tak, czułam się bezpiecznie.

Jak reagował twój mąż?

Był bardzo pomocny i bez niego byłoby mi trudno. Dla niego też było to bardzo silne i pozytywne przeżycie. Poród generalnie jest trudny. Nie jest przyjemny. Boli, cierpisz, chcesz mieć to już za sobą. A jednocześnie ten moment, kiedy czujesz przejście i wiesz, że jeszcze jeden skurcz i dziecko trafi na twoją pierś, to nieziemskie, metafizyczne uczucie.

Myślę, że kiedy ojciec, mąż, kochający cię człowiek widzi to i jeszcze może przeciąć pępowinę – zmienia się wasza relacja. To pogłębia i wzmacnia związek, który też przecież nie jest dany na zawsze. Nad miłością też trzeba pracować, każdego dnia. Walczyć o dobry gest, miłe słowo, czuły uśmiech. Ta walka, żeby się nie zapędzić, jest po obu stronach. Ale relacja jest też ostoją, daje poczucie bezpieczeństwa. Podziwiam, ale i współczuję kobietom samotnie wychowującym dzieci. Mając męża, z którym możesz przegadać, podzielić się obowiązkami i troskami, wychowanie i urodzenie czwórki wydaje mi się łatwiejsze niż samotne wychowanie jednego dziecka.

Jak wygląda opieka lekarska dla dziecka i matki po porodzie domowym?

Położne zostawiły kontakt do neonatologa, który przyjechał z wizytą domową następnego dnia. Zbadał, osłuchał, obejrzał malucha, wypełnił niezbędne dokumenty i już. Sprawdził, czy dziecko nie ma zbyt silnej żółtaczki.

Trzecią, Janinę, też chciałaś urodzić w domu, ale los znowu zdecydował inaczej.

Tu niestety miałam anemię i choć była minimalna, a przy porodzie szpitalnym nikt nie zwróciłby na to nawet uwagi, to była już poważnym przeciwwskazaniem do porodu domowego. Tak więc urodziłam Jankę w szpitalu, ale po 10 godzinach zwiałam do domu.

Stefa to jeszcze inne doświadczenie.

Stefę rodziłam w Domu Narodzin. Mąż odmówił współpracy i chyba już nie mieliśmy co zrobić z trójką dzieci w domu, a rodzić z nimi za ścianą… Uległam.

Dom Narodzin to inna historia niż szpital? 

Z mojej perspektywy Dom Narodzin nie różni się zbyt wiele od porodu szpitalnego – pakowanie, przejazdy, nowe miejsce, tyle że nie kręcą się lekarze. Oczywiście pokoje są wygodne i przyjemne. Nie trzeba się też szybko przenosić do sali ogólnej. Ale „mój dom to moja twierdza”, urodziłam więc czym prędzej i wróciłam do domu.

Czujesz jakąś stratę w związku z tym, że się nie udało się rodzić w domu za każdym razem?

Absolutnie nie. Nie miałam żadnej presji, żeby rodzić tak albo inaczej. Nie miałam założeń, że tylko tak albo tak. Natura jest mądrzejsza, czasami trzeba się jej poddać i zaufać. Takie sytuacje uczą też pokory, nie ma więc co się spinać.

Jak myślisz, dlaczego poród domowy to nadal rzadkość?

Myślę, że po prostu bardzo oddaliliśmy się od siebie samych. Jest w nas tyle lęków i zamiast je rozpracować, spychamy je gdzieś głęboko. Świat też uczy nas, że kupując usługę, oddając kompetencje, zamykamy temat. Poród w szpitalu, a jeszcze lepiej przez cesarskie cięcie, daje wielu poczucie bezpieczeństwa – można zaplanować, umówić datę i wszystko sobie poukładać. Ale kiedy naprawdę znasz siebie, poświęcasz regularnie czas sobie i temu, jak funkcjonujesz, kim jesteś i co czujesz, nawet niezaplanowane wydarzenia nie wytrącają cię z równowagi. Jeśli kogoś dobrze znasz, to mu ufasz. A jak ufasz sobie, łatwiej poddać się instynktowi, naturze. I nie mówię tu o wyłączeniu woli czy intelektu. Są po prostu chwile, kiedy trzeba się poddać i dać poprowadzić.

Powiesz mi coś o swojej filozofii życia?

Poród domowy, naturalna regulacja poczęć, leczenie dietą, posty, minimalizm w konsumpcji, a teraz tak modne zero waste to wszystko pozornie jest jak skok na główkę do wody. Ale w rzeczywistości przybliża nas do nas samych, do natury rzeczy. To chyba moja filozofia. I mnie na pewno pomaga wiara. To, że widzę we wszystkim iskrę bożą. Sens i spójność. I tak jak postęp życia i medycyny w większości aspektów jest cudowny, tak czasami łatwo wpaść w pułapkę. Dla wielu naszych znajomych poród w domu był supernieodpowiedzialną jazdą, bo nie wyobrażają sobie już życia bez tabletek i konsultacji lekarskiej.

Obserwuję swoje dzieci, rozmawiam z nimi, patrzę, jak reagują. Z takimi maluchami jest podobnie – obserwujesz, uczysz się, wyciągasz wnioski i tak w kółko. Ot, taki powolny proces…

Dziękuję za rozmowę, życzę wam wszystkiego dobrego.

*

Ania o sobie: skończyłam sinologię, ale praca tłumacza szybko mnie znudziła. Za to zachwyciły dzieci – mam ich czworo i przyznaję, że ta gra wciąga… Nie mówimy pas. Każde jest inne, każde jest ciekawą mieszanką naszych genów i temperamentów. Jesteśmy niespokojnymi duchami, a z dziećmi nie mamy co narzekać na dynamikę zdarzeń. A poza domem – jestem Miss Anią w jednym z prywatnych przedszkoli i też bardzo lubię tę rolę.

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Ewa Przedpełska i archiwum Ani

 

Leave a comment 14 komentarzy

  1. Mam piątkę i po pierwszym szpitalnym kolejną czwórkę urodziłam w domu. Czwartego z trójką dzieci za ścianą właśnie, najlepszy poród. Dla mnie nie ma lepszego miejsca by urodzić dziecko.
    Sprostuję tylko, że wiele przeciwwskazań nie jest bezwzględnych i często z pomocą położnej udaje się rodzić w domu naturalnie kobietom, które w szpitalu bylyby pocięte za progiem. Znam wiele dziewczyn rodzących w domu po cc, z niewielką anemią.
    Ja urodziłam w domu po dwóch poronieniach z łyżeczkowaniami i po porodzie przedwczesnym. Kolejne cztery porody w domu bez jakichkolwiek powikłań, też dzięki temu, że odbyły się w domu i nikt nam ich nie zepsuł.

  2. nie wyobrazam sobie rodzenia w domu, w ktorym juz znajduja sie dzieci, porod do konca jest jedna wielka niewiadoma, ale podziwiam za odwage :))
    pozdrawiam

    1. Większość domowych dzieci rodzi się w domach, w których są już starszaki. Jest to zupełnie naturalne. Zazwyczaj dziecko rodzi się w nocy, rano starsi przychodzą do sypialni, podziwiają młodsze rodzeństwo i wracają do swoich zajęć. Jak rodzisz w dzień to możesz wysłać starszych na spacer z ciocią (u nas tak było z drugim porodem, pierwszym w domu). Dla dzieci czymś normalnym jest że na koniec ciąży któregoś dnia rano najmłodsze pojawia się w łóżku rodziców. Rozmawiamy dużo o tym, nie ma tabu. Nie ma rozdzielenia, napięcia, pakowania. Jest spokój, radość, normalna codzienność.
      Powszedni cud.

  3. miesiąc temu urodziłam piąte dziecko w domu, był to pierwszy poród domowy, ale cudowny był, mimo iż te szpitale też nie były złe. Jednak dom, to dom. Swoje łóżko, swoje jedzenie, no i toaleta:) A do tego spokój, cudowny spokój, mąż cały dzień w domu, ja z maluszkiem cały dzien odpoczywałam w łóżku. Starsze dzieci były u babci, ale tego samego dnia przyjechały przywitać się z siostrą:)

  4. Też rodziłam w domu drugie dziecko w obecności strasznej siostry. Była bardzo opiekuńcza i wogóle nie zwracała jakiejś szczególnej uwagi na to co się dzieje. Myślę że wynikało to z tego że byliśmy bardzo spokojni, nikt nie panikował, ja nie krzyczałam bo nic mnie nie bolało. Poród odbył się szybko i bardzo przyjemnie. Uważam że wszystko jest w głowie i jeśli ktoś się czuje na siłach vto jest to idealne rozwiązanie. Ja osobiście bardzo polecam.

    1. masz rację, wszystko jest w głowach. Poród z dzieckiem obok to musi być niezwykłe doświadczenie, choć przecież kiedyś nie było inaczej… Ania ma chyba rację, oddaliliśmy się sami od siebie.

  5. Ja również urodziłam w domu.
    Pierwsze dziecko, kilka miesięcy temu, z narzeczonym i położną. 🙂
    Cudowne przeżycie! Zadziwiający spokój, naturalność, wszystko działo się w swoim czasie, tak jak powinno być. Codziennie dziękuję Bogu za to doświadczenie i naszą Maryś :))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama