Pora na ciekawość

Rozmowa z Dušanką Kosanović

Zaciekawienie to jeden z najcenniejszych darów, jakimi rodzic może obdarować dziecko. O tym przekonująco opowiadała Dušanka Kosanović, szefowa chorwackiego oddziału organizacji Familylab i bliska współpracowniczka Jespera Juula.

Spotkałyśmy się w dniu poprzedzającym otwarcie 4. edycji festiwalu Kino Dzieci, tuż po jej zajmującym wykładzie zatytułowanym „Wzajemna ciekawość, czyli o komunikacji dorosłych z dziećmi”. Tematyka nawiązywała do hasła „Pora na ciekawość”, pod którym odbywał się festiwal. Wykład Dušanki przeplatany był fragmentami dwóch filmów konkursowych: zdobywcy Nagrody Kwiatu Paproci „Villads” oraz ciepło przyjętej animacji „Superagentka”. Sceny filmowe, umiejętnie dobrane przez Dušankę i pokazane w odpowiednim kontekście, nabrały mocy terapeutycznego przekazu. W rozmowie nawiązałam do kilku kwestii poruszonych na wykładzie, ale też dopytałam Dušankę o to, jak łapać bakcyla ciekawości, jak komunikować dzieciom swoją złość i co zrobić, żeby te rozbiegane stworzenia zatrzymały się na moment i porozkoszowały nudą. Czytajcie.

 

fot: Dariusz Iwański

*

Na początku chciałam ci bardzo podziękować za wykład „Wzajemna ciekawość, czyli o komunikacji rodziców z dziećmi”. Twoje cenne spostrzeżenia uświadomiły mi, że nie należy ignorować drobnych problemów w komunikacji z dzieckiem. I że trzeba być tym dzieckiem nieustannie zaciekawionym.

To była przyjemność. A ciekawość to bardzo szerokie pojęcie.

Jak wzbudzić ją w dziecku? Załóżmy, że dzieje się coś wspaniałego, tylko raz w roku i to właśnie teraz…

Aha, więc to jest pytanie o sytuację, w której ty jesteś podekscytowana, a dziecko nie.

Tak, ale nie chcę zmuszać go do lubienia czegoś. Wolę, gdy samo łapie bakcyla.

Zacznijmy od siebie. Najpierw trzeba zaakceptować fakt, że dziecko ma już swoje zainteresowania. I nawet jeśli one nie zgadzają się z naszymi, to dajmy mu prawo do ekscytowania się nimi i sami też starajmy się ekscytować tym, co ono. Nie możemy zmusić dziecka do zainteresowania się czymś, ale możliwa jest rozmowa na ten temat. Powiedzcie: „Drogie dzieci, bardzo ciekawi mnie to wydarzenie. Chciałybyście mi potowarzyszyć?”. I one najczęściej się zgadzają, bo przez większość czasu mocno pracują nad tym, by uszczęśliwić swoich rodziców. Czasem tego nie dostrzegamy, bo koncentrujemy się na momentach problematycznych, czasem też sami zakłócamy przepływ dobrej woli ze strony dziecka. Ale jeśli jego integralność jest respektowana, będzie współpracować i towarzyszyć.

A więc powinniśmy zadawać pytania, interesować się, nie narzucać?

Właśnie. To jest bardzo cenne doświadczenie dla obu stron, bo w ten sposób dzieci uczą się, jak uczestniczyć w świecie rodziców. Rodzic, oczywiście, uczestniczy w świecie dziecka niejako automatycznie, ale warto uczyć dzieci wzajemności.

A jak je przekonać, że nuda też jest potrzebna? Że nie zawsze muszą być fajerwerki?

Współczesne dzieci w większości mają do czynienia ze zbyt dużą liczbą bodźców: w szkole, w domu, w przestrzeni publicznej. Są nieustannie wystawione na działanie elektroniki i ekranów. Jeśli rodzic wciąż korzysta z gadżetów, to nie ma podstaw, żeby wymagać od dziecka czegoś innego. To rodzice nie wiedzą, jak się nudzić, i dlatego dzieci nie mają skąd czerpać przykładu. Ciągle organizują dzieciom czas, żądają partycypowania w warsztatach, zajęciach, kursach. Pół dnia podróżują od jednej aktywności do drugiej. Jeśli rodzice nie wiedzą, jak być samemu ze sobą, to dzieci również nie będą tego wiedziały.

Bolesna prawda. Jak uspokoić ten rodzinny kołowrotek?

Dobrze jest sobie uświadomić, że nie musimy być odpowiedzialni za to, jak dzieci spędzają całą dobę. Dajmy im trochę czasu, kiedy mogą same o sobie decydować − bez nadzoru dorosłych, bez wiecznego cenzurowania i podpowiadania sposobów na spędzanie czasu. Jeśli dzieci dorastają w przeświadczeniu, że branie udziału w milionie aktywności uszczęśliwia rodziców, to sądzą, że tak właśnie trzeba żyć, bo to jest normalne i dobre dla wszystkich. Rodzice, to wy zwolnijcie i skonfrontujcie się ze swoją nudą! Dopiero wtedy może się to stać atrakcyjne dla dzieci.

Jak zaczęła się twoja współpraca z Jesperem Juulem?

Byłam zakochana w jego książkach, szczególnie w „Twoim kompetentnym dziecku”. Poczułam, że jego stanowisko i metody są mi bardzo bliskie. Zaczęłam szukać informacji i okazało się, że Jesper jest bardzo aktywny w Chorwacji, regularnie tu przyjeżdża, nadzoruje pracę terapeutów z powojenną traumą, daje wsparcie ludziom w kryzysie, wykłada, prowadzi warsztaty, pracuje z uchodźcami. Był świadom trudnej sytuacji w powojennej Chorwacji i dawał z siebie naprawdę dużo jako wolontariusz. Organizacja, z którą wtedy współpracowałam, poprosiła go o poprowadzenie warsztatów − i wtedy się poznaliśmy. To było dla mnie bardzo miłe przeżycie. Podzieliłam się z nim moimi wrażeniami na temat jego książek, pracy i nowatorskich pomysłów, i zdaje mi się, że zobaczył we mnie człowieka, z którym mógłby współpracować. Niedługo potem zaoferował mi prowadzenie chorwackiego oddziału Familylabu.

 

 

Na wykładzie mówiłaś o tym, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach z dziećmi, kiedy zbliża się awantura. A ja chciałam zapytać, jak to robić z dorosłymi? Czy stosować podobne podejście jak z dziećmi?

To zależy od świadomości dorosłych i tego, ile wiedzą o dialogu. Myślę, że jest z tym coraz gorzej, tracimy wiedzę i kompetencje w tym obszarze. Jesteśmy przekonani, że dialog polega jedynie na komunikowaniu naszych potrzeb lub naszego stanowiska w jakiejś sprawie – i na tym się kończy. Ale jeszcze jest druga strona, na którą trzeba być otwartym i usłyszeć jej stanowisko i potrzeby, bo tylko wtedy można znaleźć rozwiązanie. Konflikty mają miejsce głównie dlatego, że nie jesteśmy zainteresowani drugą osobą, tym co myśli i czuje.

Jestem zdania, że konflikty, mimo wszystko, są potrzebne. Zgodzisz się ze mną?

Tak, ale żeby mieć dobry konflikt, trzeba też umieć prowadzić dobry dialog. A bazą dialogu jest zainteresowanie, zaciekawienie, uświadomienie sobie, że druga strona jest równie ważna.

Czyli to działa na podobnych zasadach jak komunikacja z dziećmi. Trzeba być zaciekawionym ich punktem widzenia.

Tak, ale różnica jest taka, że dorośli w swoich relacjach są odpowiedzialni za siebie w stu procentach, a dzieci nie są w stanie wziąć na siebie odpowiedzialności za relację z dorosłymi.

Jak wobec tego powiedzieć dziecku „nie”? Czasem odmowa nie chce przejść nam przez gardło, bo obawiamy się konsekwencji w postaci kłótni, etc.

Mówienie „nie” jest bardzo autentyczną ekspresją siebie, róbmy to w zgodzie ze sobą i nie fałszujmy komunikatu dawanego dzieciom. Możesz być bardzo zła i mówić „nie’’. Możesz być sfrustrowana i mówić „nie’’. I to jest w porządku, bo to są twoje szczere emocje.

Ale czy dziecko będzie się czuło ze mną bezpiecznie, jeśli mu czegoś odmówię i zareaguję złością?

Tak, ponieważ będziesz w tym prawdziwa. Często rodzice czują, że muszą trwać w wiecznej harmonii i taki wzorzec przekazywać dzieciom, a to przecież niemożliwe.

Rzeczywiście czasem czujemy, że musimy grać.

A tymczasem autentyczność w komunikacji z dzieckiem jest najważniejsza. Często się zdarza, że coś nas irytuje i złości, to naturalne. Jesteśmy tak źli, że chcemy coś kopnąć albo stłuc.

I możemy się tak emocjonalnie obnażyć nawet przed bardzo małym dzieckiem?

Oczywiście, choć każdy musi sam wyczuć swoje granice. Pamiętajmy, że kiedy jesteśmy na coś źli, dzieci i tak to wyczują. Możemy udawać, że wszystko gra, albo dać dziecku pełny i prawdziwy komunikat: „Tak, jestem zła i czuję się zła!’’. I to jest dla dzieci najlepsze, bo wtedy poczują, że mogą nam zaufać i mogą się z nami utożsamić. Wyczują zgodność pomiędzy tym, co mówimy i tym, co czujemy.

Uczciwość przede wszystkim.

Zdecydowanie tak, ale to jest delikatna materia i trzeba postępować ostrożnie. Są tematy, które mogą być dla dzieci przytłaczające.

Na przykład jakie?

Na przykład kłopoty w pracy. Nie można całymi godzinami opowiadać dzieciom smutnych historii o swoich niepowodzeniach zawodowych. Dajmy im do zrozumienia, że mamy pewne zmartwienie, że jest nam trudno, ale zakomunikujmy to krótko i rzeczowo, nie zasypując ich emocjami, z którymi sami nie potrafimy sobie poradzić.

Wspominałaś podczas wykładu, że dziecko nie powinno być stale w centrum uwagi rodzica. Powiedz, jak znaleźć w tym równowagę: okazywać mu zainteresowanie, ale nie przytłaczać nadmiarem uwagi.

Trzeba być uważnym i wrażliwym na siebie, zadawać sobie pytania: jak się mam? Czego dziś potrzebuję?. Może potrzebuję więcej snu albo masażu? Myślmy o sobie, spotykajmy się z przyjaciółmi, jeśli mamy na to ochotę, róbmy rzeczy odżywcze.

A co, jeśli robienie czegoś tylko dla siebie kończy się poczuciem winy?

Wtedy trzeba się zastanowić, skąd się to poczucie winy bierze. Zwykle jest to spowodowane błędnymi strategiami, którymi kierujemy się w życiu. Może zawsze dbasz tylko o innych, a nigdy o siebie i dlatego czujesz się winna, wychodząc poza schemat? W takich sytuacjach dobrze jest porozmawiać z kimś wspierającym. Nie ma nic złego w dbaniu o siebie, także dlatego, że jesteśmy w tej kwestii wzorcem dla naszych dzieci. Przecież chcemy, żeby potrafiły zadbać o siebie.

Wiem, że bywasz w Polsce regularnie. Która to wizyta?

Dwunasta. Bywam w Polsce średnio dwa razy do roku, przyjeżdżam na szkolenia. Lubię waszą mentalność. Chorwaci i Polacy są pod tym względem bardzo podobni.

My jesteśmy skończonymi melancholikami i marzycielami.

Ale poza tym jesteście ludźmi czynu: aktywnymi, przedsiębiorczymi, odważnymi. Chorwaci powinni się od was uczyć, zamiast wiecznie biadolić i narzekać.

Ale my też narzekamy, tyle że w działaniu (śmiech).

To właśnie w was lubię.

Dziękuję za rozmowę.

*

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Dušanka Kosanović

Liderka chorwackiego Familylabu i bliska współpracownica Jespera Juula. Z wykształcenia jest psychologiem. Ukończyła także prestiżowy Niemiecko-Duński Instytut Terapii Rodzinnej w Berlinie. Pracuje jako terapeutka, doradczyni rodzinna, trenerka i superwizorka. Jej zawodowym celem jest wspieranie klientów w rozwoju – poszczególnych osób jak i całych rodzin oraz organizacji.

1 komentarz

  • matkapolka:

    Dziecko naśladuję rodziców i patrzy co oni robią. Mój mąż jest ryzykantem zawsze lubił próbować nowych rzeczy a teraz uczy wszystkiego naszego syna. Robią razem różne rzeczy. Niedawno razem latali w lesznie w tunelu aerodynamicznym, potem debatowali jak to działa i jakie figury można w powietrzu robić. Teraz też coś planują.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.