Ojciec na fali!

Świat według Roberta Ziegerta

To spotkanie z najgorszym ojcem na świecie, bo taki nick ma Robert na Instagramie. Spójrzcie na te zdjęcia i posłuchajcie jego opowieści o ojcostwie. Ręka w górę, kto głosuje za zmianą nazwy jego konta?

Sopot, słoneczny dzień, choć zbiera się na burzę. Skoro udało nam się wreszcie umówić i złapać Roberta w domu, przed wylotem na obóz w Portugalii, nie przepuścimy tej okazji – nasza Ewa pakuje aparat i pędzi na poranny pociąg do Sopotu. Za chwilę poczuje się jak widz kanału Eurosport: w ciągu kilku godzin czeka ją deskorolka, partia szachów, rozmowa o judo i łapanie bałtyckich fal na desce. A mnie: rozmowa o ojcostwie i kilka zdań, które złapią za serce. O ładunku emocji na zdjęciach nie wspomnę!

 

Hej, poznajmy się!

Jestem tatą dwóch wspaniałych synów: Bruno – lat siedem i Hugo – lat pięć. Kiedyś mały inwestor budowlany, a teraz przede wszystkim, wraz ze swoim partnerem biznesowym Anną Daab-Herrą, prowadzimy fantastyczny projekt Board for Kids, czyli szkołę deskorolki i surfingu dla dzieci i nie tylko. Bo każdy ma w sobie coś z dziecka.

Surfing to pasja albo coś znacznie bardziej szerokiego – dla mnie, mojej partnerki Joanny i dzieci to styl życia. Lepiej gdzieś być i coś przeżyć, niż mieć coś i się tym chwalić.

Worst Daddy On Earth… Serio? Skąd taki nick, żart czy kryje się za tym jakiś wewnętrzny krytyk?

Sam już nie wiem (śmiech). Żyjemy w czasach, gdzie praktycznie na każdym osiedlu widnieje tabliczka „zakaz gry w piłkę”, a ja schodzę z chłopakami i ciśniemy w gałę. Rodzice boją się z dziećmi wchodzić do morza, a ja zabieram ich nad ocean i pływamy razem na 1,5-metrowych falach. Rozhisteryzowani rodzice biegają za dzieckiem niczym cień, żeby tylko się nie wywróciło, a ja pozwalam moim chłopakom upadać.

Dzisiejsze społeczeństwo bardziej popiera kupno gry na konsolę o tematyce skate, niż fakt, że jakiś rodzic jeździ z dziećmi na tej „niebezpiecznej” deskorolce. Sam jestem wyrośniętym dzieckiem, więc tatuś ze mnie najgorszy!

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Pamiętasz moment i emocje, gdy pierwszy raz trzymałeś noworodka na rękach, i dotarło do ciebie, że właśnie coś się zaczyna, taki punkt zero?

Pomijając całą dramaturgię narodzin, związaną z porodem, gdzie głównie mama doświadcza wszystkich emocji, dla mnie to był okres oczekiwań. Oczekiwań na prawdziwego przyjaciela, najpierw pierwszego, a potem drugiego.

Zdałem sobie sprawę, że zawsze na ten moment czekałem, na narodziny Dziubków, których będę mógł obdarzyć bezgraniczną miłością, a oni, mam nadzieje, pomogą mi dorosnąć. Prawda jest taka, że nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo. Ja moje rozpocząłem w momencie przyjścia na świat chłopaków.

Coś się zaczyna, a coś kończy. Rozdzielasz te etapy w życiu przed i po dziecku? Co było najtrudniejsze albo zupełnie inne od oczekiwań i twoich wyobrażeń o byciu ojcem?

Mam wrażenie, że przed narodzinami zwracałem dużą uwagę na kwestie materialne – dobry samochód, markowe ciuchy, drogi zegarek, życie tylko po to, by brać udział w wyścigu szczurów. Po narodzinach te wszystkie rzeczy przestały mieć dla mnie znaczenie. Pieniądze są tylko środkiem, a nie celem, do którego należy dążyć. Zrozumiałem, że trzeba żyć tu i teraz, cieszyć się z rzeczy, których nie można kupić, podróżować, poznawać nowe. Zapakować dziecko w plecak i iść do lasu, w góry, czy na rower. Poznawać świat i jego różnorodność, nie zamykać się na nieznane. Dzieci postrzegają świat w sposób, jaki im go przedstawimy, a ja chcę, żeby miały świadomość, że wszystko, co nas otacza, jest wielkim placem zabaw, w którym każda pora roku ma swoje piękne tajemnice.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Warto w sobie pielęgnować dziecko! Ale wracając do rodzicielstwa – co ciebie najbardziej uskrzydla, taki moment, kiedy siadasz i myślisz: kurcze fajnie, że mam synów!

Codziennie mam wrażenie, że jedyne, co mi się tak naprawdę udało, to Bruno i Hugo! Są ludźmi o wiele lepszymi ode mnie, w każdej sferze, jaką znam. To oni uczą mnie, jak być lepszym, a nie odwrotnie. Najwięcej pozytywnej energii dostaję, gdy słyszę w nocy tuptanie – raz jeden, raz drugi przychodzi do mnie, żeby się przytulić i zasnąć…

Znam to! Nie uciekniemy też od rozmowy o sporcie, bo jest on w waszym życiu obecny non stop. Deska, szachy, deskorolka, judo – kilka godzin, a mamy przegląd jak na Olimpiadzie. To po kolei, kto co zaczął i czym zaraził kogo?

Fajnie, że to zauważyłaś! Aktywność fizyczna i umysłowa w naszym życiu jest tak wszechobecna jak tlen. Sport w moim życiu był od zawsze, ale dopiero dzięki chłopcom stał się sposobem na życie. To z ich powodu i dzięki mojej wspólniczce powstała szkoła Deskorolki i Surfingu Board for Kids. Szukaliśmy szkoły i instruktorów dla swoich dzieci, a skończyliśmy z własną (śmiech).

Ja pokazałem swoim dzieciom pasję do wody, do surfingu, a oni sprawili, że jako starszy gość poszedłem na matę sparować z dużo młodszymi i silniejszymi chłopakami, bo po kolejnych turniejach judo było mi wstyd, że jedyne, co mogłem powiedzieć synowi podczas walki, to „trzymaj go”. Teraz już lepiej wiem, który chwyt ma poprawić i co się dzieje faktycznie podczas walki.

Najlepsze jest to, że Hugo i Bruno szybciej nauczyli się surfingu, niż pływania wpław. Każdy sport, który chłopcy uprawiają, rozpoczęli z własnej inicjatywy, bo chcieli i mieli taką możliwość. Na nartach zaczęli jeździć mając 2 latka, a łapać pierwsze fale i chodzić na zajęcia judo – od 4 roku życia.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Jesteś instruktorem. Jakim się jest nauczycielem dla swoich dzieci? Podobno wcale niełatwo uczyć sportu samemu?

Nie jestem instruktorem dla swoich dzieci, staram się być przyjacielem i kumplem do zabawy. To jedyny sposób, by zachęcić dzieci do uprawiania konkretnej dyscypliny. Zawsze mnie denerwują rodzice, którzy z trybun komentują i wyrażają swoje opinie w stosunku do dzieci. Zazwyczaj nie wierzą w te dzieci, bo sami mają kompleksy, lub – co gorsze – chcą zrealizować swoje niespełnione ambicje poprzez tego młodego człowieka.

W dzisiejszych czasach jeżeli czujesz lub masz sygnały, że twoje dziecko jest w czymś wybitne, pozwól, żeby to profesjonaliści je prowadzili, osoby z dobrą opinią i warsztatem. Nie bądź trenerem, katem czy fachowcem dla swoich dzieci, bądź przede wszystkim wsparciem, przyjacielem i towarzyszem w tych zmaganiach młodego człowieka.

Cierpliwość, systematyka i duży dystans do siebie to cechy, które powinny ci towarzyszyć, gdy chcesz nauczyć lub zachęcić do czegoś dziecko.

Jako rodzic i trener kieruję się prostymi schematami. Chcesz by twoje dziecko było mniej agresywne i narażone na kontuzje? Zapisz je na judo, tam nauczy się upadać i chronić głowę, a co najważniejsze nauczy się szacunku do innego człowieka. Dziecko znające swoją wartość i siłę nigdy nie będzie jej nadużywać. Oczywiście nie zapominajmy, że samo judo nic nie pomoże, jeżeli od rodziców płynie zły przykład. Nie bądźcie wobec siebie agresywni, nie obrażajcie się nawzajem, nie mówcie złych rzeczy o partnerze, bo dziecko na 100% przeniesie te zachowania na swoich kolegów.

Taką uproszczoną wersją życia są szachy, uczą strategicznego myślenia. Przygotowują do oswojenia się z uczuciem, że często musimy coś poświecić, żeby na końcu wygrać daną partię. To też doskonały sposób na uspokojenie i wyciszenie najmłodszych. Strasznie pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że grono pedagogiczne z przedszkola chłopaków pozwala na grę w szachy.

Multisportowo! Wiem też, że dzielicie życie na kilka domów. Sopot, Gdynia. Bywasz też w Warszawie. Jak to organizujecie, jak w tym się odnajdują chłopcy?

Tak jakoś naturalnie. Mamy taką zasadę, że mniej znaczy więcej. Ubrań i domowych gadżetów mamy tylko tyle, ile faktycznie potrzebujemy. Jeżeli czegoś nie używamy lub nie ubieramy przez jakiś czas, to oddajemy. Jest jeden mały wyjątek… Deski do surfingu, tych mamy naprawdę dużo i z każdą podróżą przyjeżdża stara-nowa, bo zamiast magnesów na lodówkę kupujemy deski od lokalnych shaperów z miejsc, które odwiedzamy.

Chłopcy poruszają się w tych paru miejscach doskonale, choć z mojej strony wymaga to odpowiedniej strategii. Z Hugonem mogę nawet już jutro wsiąść w samolot i polecieć na drugi koniec świata, on ma duszę podróżnika uwielbia element drogi, jest najlepszym towarzyszem, wiecznie ciekawym, otwartym na wszystko, co nowe.

Bruno jest zadaniowy, musi wszystko mięć zaplanowane, wiedzieć co go czeka, a jego patent polega na dokładnej analizie tego, co będzie jutro czy za tydzień, i dlaczego. Zdumiewający jest fakt, że każdy z chłopców ma charakter kompletnie przeciwstawny do drugiego.

Bruno sam z siebie przed każdym turniejem je wcześniej kolację i idzie szybko spać. Rano wstaje pierwszy, je śniadanie i popędza nas wszystkich do wyjścia. Oczywiście jedzie na turniej i bardzo często go wygrywa, bo dokładnie po to przyjechał.

A Hugo to śmieszek, dla niego brak planu to najlepszy plan. Rywalizacja? A po co? Liczy się zabawa.

 

 

Skąd u ciebie ta sportowa pasja? Rodzicie siłą wyciągali cię z wody?

Moja pasja do wody narodziła się 30 lat temu podczas pierwszego obozu windsurfingowego w Chałupach. Od tego czasu już każde lato spędzałem na jednym z kempingów na Półwyspie Helskim. To, że tak dawno temu pojechałem na Hel, zawdzięczam swojemu wujkowi, który pchał mnie i mojego kuzyna w ten świat i uczył nas, że pasja do wody i sportu jest najważniejsza, a reszta jakoś się sama ułoży.

Uczysz chłopców surfingu, a powiedz – czego oni ciebie uczą? Czego nauczyło cię bycie tatą?

Mam takie wrażenie, że dopiero kiedy pojawiają się dzieci, potrafimy wyciągać wnioski z naszych wcześniejszych przeżyć. Zaczynamy myśleć jak nauczyciel, który musi swoją wiedzę przekazać. Dostrzegamy swoje błędy i próbujemy sprzedać swoje mądrości dzieciom. Mnie chłopcy uczą dużo więcej, niż ja będę mógł ich kiedykolwiek nauczyć. Mam tylko cichą nadzieje, że zorientują się o tym bardzo późno, i będzie mi dane udzielać im porad kiedy już będę dziadkiem (śmiech).

*

Zapewniam was, że gdyby nie powrotny pociąg Ewy, chłopaki wymyśliliby jeszcze jakąś dyscyplinę sportową, w sam raz na sopocki wieczór. Zabieramy szum morza ze sobą i pędzimy na dworzec. Czujemy jeszcze lekkie kołysanie, w rytm pociągu sunącego w kierunku Warszawy. Zgrana trójko, życzymy wam udanych fal!

 

zdjęcia: Ewa Przedpełska

rozmawiała: Kasia Karaim

 

8 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.