Rozmowa, spotkanie

Nieustające wakacje

Południe Portugalii o tej porze roku jest ciepłe i zapraszające. Ten dobrostan wpisał się na 6 miesięcy w kalendarz Wojtka i Julity, rodziców prawdziwie dzikich dzieci, 5-letniego Ignacego i 2-letniej Wiery.

Wojtek kręci filmy, a Julita jest scenarzystką, modelką i poławiaczką najlepszych opcji wyjazdowych. Z arsenałem dobrych argumentów i nieodpartym urokiem osobistym, dopina swego i zabiera czteroosobowe towarzystwo w dalekie i trochę bliższe podróże. Po Wietnamie i regularnych wyprawach w Polskę, odwiedzają Portugalię, z którą rozstać się nie jest już tak łatwo. Po kilku miesiącach wrócili na farmę w rejonie Algarve, by dbać o zbiory podróżujących w tym czasie właścicieli, doglądać kur, raczyć się owczym serem od pasterza i surfować. A przede wszystkim po to, żeby być razem i trwonić czas na to, na co go zawsze brakuje.

Oto kolejna odsłona cyklu #dzikie dzieci, rejestrująca uprawę warzyw i życie na farmie w Portugalii.

***

 

Co porabiacie w Portugalii? Gdzie dokładnie stacjonujecie i dlaczego właśnie tam?

Mieszkamy na ekofarmie, czyli po portugalsku quinta, usytuowanej między Barão de São João a Espiche na południu Portugalii, w rejonie Algarve, obok miasteczka Luz. Spędziliśmy tu ostatnie wakacje, podczas których właściciele zwierzyli się nam, że muszą podnająć farmę na zimę. Długo się nie zastanawialiśmy, bo takie okazje nie zdarzają się co dzień. Wojtek trochę był w szoku, nie mógł sobie wyobrazić, że na pół roku znikniemy z Warszawy i z branży. Ale się udało! Mamy słońce, plażę, fale, czas dla dzieci, ogródek, kury i psy, przestrzeń i ludzi, którzy też rzucili swoje dotychczasowe miejskie życie i chcą żyć „tu i teraz”. Atutami są też tanie dobre wino, kawa i ciastka.

 

 

Czy przydarzały wam się wcześniej takie rodzinne wyjazdy na dłużej?

Nie na pół roku, ale można śmiało powiedzieć, że jesteśmy w drodze. Dużo jeździmy po Polsce i po świecie. Tygodniami nie ma nas w domu. Z małym Ignasiem spędziliśmy miesiąc w Wietnamie, czy kilka tygodni w Górach Stołowych, gdzie robiliśmy film „W spirali”.

Jak wam mijają dni?

Wszystko zależy od pogody, skąd wieje i gdzie są fale. Rano się kokosimy w łóżku, czyli przytulaski i wygłupy, taniec do White Stripes. Wojtek gotuje owsiankę z mango, którą jemy codziennie. Dzieci karmią kury i zbierają jajka. Igi idzie do szkoły, a Wierka bawi się z opiekunką. Wtedy ja siedzę nad scenariuszami, Wojtek robi zdjęcia albo jedziemy na surf. Gdy Igi nie idzie do szkoły (co się często zdarza, lubimy wagary) albo zaraz po szkole jedziemy na plażę i spędzamy tam cały dzień. Igi się wspina, zbiera glony, kopie w piachu z Wierą albo szturmują razem fale. Poznajemy ludzi, którzy też siedzą na plaży albo mieszkają w kamperach. Próbujemy też na zmianę surfować. Wracamy na farmę, ogarniamy zwierzaki i odpalamy grilla na kolację. Potem książki i spać.

Jak Wiera czuje się w nowych okolicznościach przyrody?

Wierka pierwsze dni cały czas płakała, że jest brudna i chciała, żeby ją myć i ciągle zmieniać jej ciuchy. Moja przyjaciółka Karolina nazywała ją wtedy „chanelka”. Teraz jej to zupełnie nie przeszkadza. Wygląda jak mały menel, totalny beach bum. Świetnie się ogarnia ze zwierzakami, sama chodzi do kurnika – uwielbiam ją wtedy obserwować.

 

 

A jak sobie radzi twój syn?

Igi kocha plażę i przestrzeń. Wszędzie się wspina, włazi, chowa, buja się i skacze. Włóczy się z patykiem po farmie. Po kilku tygodniach powiedział mi: „To niesamowite, że w Warszawie nic nie mogłem, a tu mogę robić co chcę”. Igi pomaga mi w ogródku. Codziennie sprawdza, czy truskawki już są czerwone.

 

 

Dzieci na farmie mają domek na drzewie z liną i zjeżdżalnią, spędzają tam sporo czasu, ale co najważniejsze – mają tatę i mamę cały czas do dyspozycji. I rodzice są wyluzowani, chcą się bawić, a to dzieci cenią najbardziej.

Jak zmieniły się wasze posiłki, odkąd jesteście w Portugalii?

Co do jedzenia, zwykle jemy owsiankę i to jest nasza rutyna. Dzieci nie znają innego śniadania i chyba im z tym dobrze. Lubią ryby, krewetki i białe kiełbaski z grilla. Dadzą się pociąć za biały chleb, bo go nigdy nie kupujemy. Codziennie są jajka od naszych kur w jakiejś formie – omlet, szakszuka czy sadzone. W niedzielę jemy lody – wyprawa do lodziarni to nasz rytuał.

To wiadomo. A czy cieszą się na inne lokalne przysmaki?

Igi nie chce próbować nowych rzeczy, wszystko czego nie zna jest „fuj”. Czekam cierpliwie, aż z tego wyrośnie. Za to Wierka ma imponujący apetyt. Sama sobie otwiera puszkę sardynek w oleju i zjada jak ulubiony przysmak. Dzieci wysmagane słońcem i zmęczone eksploracją regionu chodzą wcześniej spać niż w Warszawie. Mają też wspólny pokój – co jest dla nich nowością – ale oswajanie z tematem poszło zadziwiająco gładko.

 


Co trzeba zrobić, żeby mieć tak wszystko świetnie poukładane, a przy okazji zachować luz i dystans do trudności, porażek dnia codziennego i miliona obowiązków? I to w obcym kraju.

Nie przywiązywać się do planu. Być elastycznym. Kalkuluję, ile dni zajmie mi ukończenie danego projektu i dodaję do tego 2 dni. Robię rezerwę właśnie na porażki codzienności, ząbkowanie czy inne złamanie nogi, coś jak rezerwa pogodowa w produkcji filmowej. A gdy ich nie wykorzystam, to mam dwa dni na czytanie, oglądnie filmów czy lunch na mieście. W ciągu dnia zawsze się coś wykolei, popsuje, dziecko dostanie rozwolnienia, pies rozwali ogrodzenie i trzeba to ogarnąć po prostu. Nie ma we mnie frustracji, gdy nic z zaplanowanych rzeczy na dany dzień się nie wydarzy.  Dwójka dzieci nauczyła mnie też prosić o pomoc. Nie wstydzę się już powiedzieć, że mam ich dość i chcę, żeby mnie ktoś odwiedził i odciągnął ich uwagę ode mnie. Jak jest bardzo źle, dzwonię do sióstr, rodziców czy przyjaciółki i ryczę do słuchawki.

 

 

Pomaga?

Pomaga. Znajduję też komfort w ciasteczkach, a spokój w ashtanga jodze. Na farmie jest z nami Iza, która przyleciała do nas jako au pair. Bardzo nam pomaga i totalnie wpasowała się w energię naszej rodziny. Wojtek jest operatorem filmowym, co znaczy, że w przeszłości dużo czasu byłam sama z dziećmi i przydarzyło nam się WSZYSTKO. Dobre i złe rzeczy, więc wydaje mi się, że zawsze sobie poradzimy.

 

Jak balansujesz swoje życie rodzinne i zawodowe? Masz jakąś metodę?

Nie zostawiam niczego na ostatnią chwilę, nie mogę sobie pozwolić na takie sytuacje, żeby nie stresować siebie, dzieci czy siedzieć po nocach. Bardzo dbam, żeby mieć przestrzeń na pracę, dlatego Ignaś chodzi tu do szkoły, a Wierka ma opiekunkę. Wojtek szanuje moje pisanie i gdy mam warsztaty czy festiwal filmowy, nie bierze projektów i zostaje z dziećmi. Czasami tylko Ignaś się wścieka, bo według niego ja wcale nie chodzę do pracy. On wie, że piszę na komputerze i obiecuje, że nie będzie mi przeszkadzał i będzie grzeczny i żebym go nie wysyłała do przedszkola.

Znam to. Tylko nie mów, że dałaś się na to nabrać.

Kilka razy. Ale okazało się, że nie da się pisać będąc zalewanym potokiem pytań w stylu: „Czemu na świecie jest świat?”, „Skąd się wzięły rośliny?”, „Czy byłem kosmicznym pyłem?” i popularnym: „dlaczego?”. A sesje zdjęciowe, podczas których pracuję jako modelka, traktuję jak dzień wolny. Dzień wolny od rodziny i obowiązków, kiedy są znajomi i ploteczki i często abstrakcyjne poczucie humoru, catering i jeszcze odpicowują mnie tak, że wyglądam jak milion dolarów. A takiego uczucia często mi między szykowaniem dzieci do wyjścia a robieniem obiadu brakuje.

Kiedy wracacie?

Pierwszego czerwca, ale już teraz szukamy kampera żeby ruszyć dalej  w drogę.

Powodzenia z kamperem i dzięki za rozmowę.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Leave a comment 14 komentarzy

  1. kurczę … siedzę właśnie w jakiejś korpo klatce, wkurzam się na to,że muszę tu siedzieć do 17:00,ale uśmiecham się po tym wywiadzie i mam nadzieję .. nadzieję dla siebie!
    Jesteście super! Dzięki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama