Nie bójcie się pszczół!

Rozmowa z Agnieszką Skórską-Baj

Dla was, mili czytelnicy, pokonałyśmy lęk przestrzeni i drżenie serca wywołane spacerem po dachu centrum handlowego oraz bliskim kontaktem z rojem pszczół.

I to wcale nie dla sensacji udałam się – ramię w ramię z dzielnie towarzyszącą mi fotografką – na umiejscowiony kilkadziesiąt metrów nad ziemią dach kompleksu handlowego Arkadia. To wszystko przez 150 tysięcy miejskich pszczół, czule zaopiekowanych przez pszczelarza i twórcę Pszczelarium Kamila Baja, jego żonę Agnieszkę oraz ich córkę, 3-letnią Ninę. Poznaliśmy się podczas pierwszej edycji Forum Pszczelarzy Miejskich w Regent Warsaw Hotel. W ramach Pszczelarium funkcjonuje w stolicy 13 pasiek, umiejscowionych w ogrodach lub na dachach budynków rozsianych w różnych dzielnicach miasta. Stąd mieniące się na żółtych etykietach nazwy miodów: Praski,  Śródmiejski, Ursynowski czy Białołęcki (cudownie słodki!).

Pszczelarstwo jest profesją i pasją przekazywaną w rodzinie Kamila z pokolenia na pokolenie – jako pierwszy podjął się tego fachu jego dziadek, następnie ojciec, a od kilkunastu lat także i on. Nie od razu, bo zanim wrócił do korzeni, przez wiele lat piastował urząd marketingowca w międzynarodowej korporacji. Być może Nina odkryje w sobie kiedyś pszczelarskiego bakcyla. Póki co, jest pszczołami szczerze zaciekawiona, nie czuje lęku i z ochotą podchodzi do uli, doglądać świetnie zarządzanego przez królową miodowego przedsiębiorstwa.

Oto kolejny odcinek serii #dzikie dzieci, opowiadający o życiu w zgodzie  z naturą, krzewieniu wiedzy i miłości do pszczół, podążaniu tropem swoich przodków, ale też przecieraniu nowych szlaków.

*

Podczas naszego spotkania Kamil zaliczył jedno użądlenie, ale gdyby tak zebrać wszystkie, których doświadczył przez lata pracy w pasiece, to trzeba by liczyć w tysiącach. Jaki macie do tego stosunek – traktujecie to już jak coś oczywistego czy nadal jest lekki stres, że pszczoła użądli?

O siebie się nie martwimy, żadne z nas nie jest uczulone na jad pszczeli, więc ewentualne użądlenia w pewnym sensie nas cieszą, ze względu na ich pozytywny wpływ na zdrowie.

 

 

To ciekawe, opowiadaj.

Jad pszczeli jest wykorzystywany w apiterapii, np. w leczeniu chorób reumatycznych czy alergicznych. Nasza córka Nina nie była jeszcze użądlona, więc nie wiemy jak zareaguje jej organizm. Na wszelki wypadek zawsze mamy przy sobie bluzę ochronną, leki przeciwuczuleniowe i adrenalinę. Uczymy ją też, jak należy się zachowywać w pasiece, by nie przeszkadzać pszczołom i nie prowokować użądlenia.

Pamiętasz moment, kiedy Nina po raz pierwszy zobaczyła ule? 

Trudno uznać, kiedy był ten pierwszy raz, kiedy dokładnie odnotowała ule i pszczoły. Nina urodziła się 3 lata temu w lipcu, więc w szczycie sezonu pszczelarskiego. To były też początki Pszczelarium, więc na sto procent rozmawialiśmy głównie o pszczołach (śmiech). Sporo czasu spędziliśmy wtedy w gospodarstwie rodziców pod Warszawą, gdzie od 20 lat stoi pasieka. Może już wtedy usłyszała pierwsze bzyczenie pszczół. Nie przypominam sobie, żeby to było związane z jakąś jej szczególną reakcją. Pszczoły i ule są dla niej dość oczywistym elementem pejzażu i świata.

 

 

Czy zdarza się, że Nina jeździ z tatą do pracy?

Na co dzień w godzinach naszej pracy Nina jest w żłobku. Nie jeździ z Kamilem do pasiek, bo doglądanie kilkudziesięciu uli rozsianych w różnych zakątkach miasta to jednak ciężka fizyczna praca i dość skomplikowane zadanie logistyczne. A jak wiadomo trzylatki wymagają sporo uwagi, której w trakcie pracy po prostu nie da rady im poświęcić. Zdarza się, że przyjeżdża z nami do pracowni. Wtedy bardzo chętnie podjada miód (śmiech).

 

 

Opowiedz o pasiece taty Kamila, o dziadku – mistrzu pszczelarstwa. Można chyba uznać, że w waszej rodzinie jest to już pasja pokoleniowa.

Faktycznie pszczoły to temat obecny w historii rodziny Kamila zarówno od strony mamy, jak i taty. W gospodarstwie rodziny od strony mamy znaleźliśmy kiedyś w stodole kuszki, czyli pleciony ze słomy wielki kosz, który dawniej wykorzystywano jako ul. Z kolei dziadek ze strony ojca był mistrzem pszczelarskim, o czym dowiedzieliśmy się całkiem niedawno. Wiadomo było, że miał parę uli, ale nie wiedzieliśmy, że zdobył w tym kierunku wykształcenie. Dopiero niedawno ciocia, która tworzy archiwum rodzinne, przekazała nam jego legitymację potwierdzającą uzyskanie tytułu mistrza pszczelarskiego w latach sześćdziesiątych.

Tajemnica rozwikłana! Co było dalej?

Tradycję kontynuował ojciec, który ponad 20 lat temu postawił ule w gospodarstwie pod Warszawą. To tam Kamil jako młody chłopak zafascynował się pszczołami.

 

 

Co sprawia wam największą radość w prowadzeniu Pszczelarium?

Najwięcej radości mamy z samej pracy przy pszczołach. Z tego, że wciąż dużo dowiadujemy się o tych owadach od nich samych. Niezwykle pozytywnym aspektem naszej pracy są też spotkania z ludźmi. Współpracujemy z wieloma życzliwymi, ciekawymi, pomysłowymi i utalentowanymi w przeróżnych dziedzinach osobami. To po ludzku przyjemne i bardzo inspirujące.

Ty dodatkowo prowadzisz warsztaty.

I tu najfajniejsze jest to, że prowadząc warsztaty docieramy z wiedzą o pszczołach do dzieci. Ta edukacyjna część naszej działalności daje nam dużą satysfakcję. Cieszą nas też serdeczne reakcje ludzi, którzy pierwszy raz słyszą o pomyśle hodowania pszczół w mieście. Na ogół trzymają za nas i za pszczoły kciuki.

 

 

A co jest najtrudniejsze w prowadzeniu miodowego interesu?

Najtrudniejsza jest logistyka prowadzenia pasiek w kilku miejscach, czyli codzienna praca pszczelarza. Pszczoły w sezonie nie respektują wolnych sobót, niedziel i świąt, więc w sezonie nasze prywatne plany są w zupełności podporządkowane pszczołom. Miodobranie też nie jest najlżejszą pracą do wykonania, więc nie należy do naszych ulubionych czynności, ale już jedzenie miodu – owszem.

Zdażyłam już spróbować kilku waszych miodów i każdy smakuje inaczej. Który miód szczególnie posmakował klientom?

Miody z Warszawy są zdumiewająco różnorodne. Można wyróżnić trzy grupy smakowe: słodkie o ciekawych bukietach kwiatowych, ostre „z charakterem” i najbardziej wytrawny miód jesienny. Czasem bierzemy udział w weekendowych targach w Warszawie – to dla nas okazja, by dowiedzieć się jak smakują nasze miody osobom bardziej obiektywnym niż my (śmiech). Po pierwsze obserwujemy, że różnice w smakach między miodami z poszczególnych dzielnic są wyczuwalne nie tylko przez nas. Na ogół to przyjemne zaskoczenie dla naszych klientów. Po drugie, że niemal każdy miodowy gust może zostać zaspokojony miejskim miodem. Coś dla siebie znajdą zarówno miłośnicy łagodnych smaków, jak i ci poszukujący czegoś bardziej wyrazistego.

Od czego dobrze byłoby zacząć przygodę z warszawskimi miodami?

Polecamy zacząć od któregoś z lipowo-łąkowych miodów, np. Mokotowskiego, Praskiego lub Warszawskiego jesiennego spadziowego.

Jak udało się wam przekonać właścicieli budynków w Warszawie, by postawić na ich dachach ule?

Mieliśmy szczęście, bo nasza pierwsza dachowa pasieka stanęła 3 lata temu tu, gdzie w tej chwili jesteśmy – na zielonym dachu Arkadii. Jest to miejsce bardzo przychylne pszczołom i w zasadzie nie musieliśmy tu nikogo przekonywać do samej idei stawiania uli w mieście. Ta była tu dobrze znana. Naszym zadaniem było raczej przekonać wszystkich, że zrobimy to profesjonalnie i z dbałością o dobro pszczół i ludzi. Od tamtej pory tak się szczęśliwie składa, że działamy tam, gdzie jesteśmy zapraszani.

 

 

Czy możesz zdradzić, jakie będą nowe lokalizacje miejskich uli?

Jesteśmy w trakcie stawiania dwóch nowych pasiek dachowych. Co jakiś czas zgłaszają się do nas różne osoby prywatne, instytucje publiczne czy firmy zainteresowane tym sposobem wspierania pszczół. Póki co, niewiele możemy zdradzić, ale zagladajcie na nasz fanpage – będziemy informować o tym, co się u nas dzieje.

 

 

Życzę wam powodzenia, dzięki za rozmowę.

*

Zdjęcia: Kaśka Marcinkiewicz / Projekt Matka

Rozmawiała: Dominika Janik

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.