Jak rozśmieszyć Moni Nilsson?

Rozmowa z Moni Nilsson

Drżałam ze szczęścia na myśl o tej rozmowie. Moni Nilsson, twórczyni postaci Tsatsikiego, Bezy i Zlatka odpowie na wszystkie pytania, które dotąd kłębiły mi się w głowie jak cumulusy po lekturze jej książek. Może nawet uda mi się ją rozśmieszyć. To byłoby coś!

Dzięki wsparciu zaprzyjaźnionego z Ładnebebe Wydawnictwa Zakamarki macie, mili Czytelnicy, wyjątkową okazję poznać nieco bliżej tę nietuzinkową szwedzką pisarkę. Moni niczego się nie boi i wytrwale idzie pod prąd. Porusza niewygodne tematy w taki sposób, że nawet najbardziej zatrwożeni odbiorcy torują sobie do jej wrażliwości regularnie uczęszczaną ścieżkę sympatii. Jej opowieści są niebywale subtelne, a jednak doniosłe. Nilsson w prosty sposób pisze o rasizmie, samotności, potrzebie miłości i akceptacji, strachu przed zmianą i wykluczeniem. A to dlatego, że ma serce sympatycznego podlotka i tylko tyle powagi, ile trzeba, żeby usiąść do pracy i spisać luźno falujące w głowie pomysły. A tak naprawdę, zamiast tkwić za biurkiem, wolałaby wdrapać się na czubek drzewa i pogapić się na przepływające po niebie chmury. Sami widzicie, musicie ją poznać.

*

Twoje książki nieustannie rozśmieszają moje dzieci. Mnie samą również. Ciekawi mnie, co rozśmiesza ciebie?

Bardzo łatwo mnie rozbawić. Działanie rozśmieszające ma na mnie w zasadzie wszystko, jednak przede wszystkim dzieci.

A jakim dzieckiem byłaś?

Radosnym, ciekawskim i wciąż przekraczającym własne granice. Wspinałam się na drzewa, wskakiwałam do wody z wysokich klifów. Bez przerwy bawiłam się z innymi dziećmi i nie cierpiałam ładnych ubranek, bo zwykle oznaczały koniec zabawy. A ja chciałam być wolna! Jako nastolatka wciąż kwestionowałam wszelkie autorytety. Marzyłam, żeby zostać baletnicą (dużo wtedy tańczyłam), nauczycielką gimnastyki (jak ja to kochałam!) albo pisarką (zawsze lubiłam pisać i czytać, a moi szwedzcy nauczyciele bardzo mnie motywowali).

 

Fot. Carl Gabor

 

Kiedy zdecydowałaś, że wybierasz opcję numer trzy? 

To nie była kwestia decyzji, to się po prostu stało. Astrid Lindgren mawiała, że nie stajesz się pisarzem piszącym dla dzieci. Po prostu albo się po to urodziłeś, albo nie. Brakowało mi książek dla dzieci, które byłyby aktualne i szły z duchem czasu. Nie mówiących o dzieciństwie autora, ale takich, które opowiadałyby o dzieciach, traktowały ich problemy serio i były przy tym zabawne.

Takie książki lubię najbardziej.

Ja też. Tak więc kiedy mój pierwszy syn zaczął chodzić do przedszkola, zakomunikowałam mężowi, że chciałabym wykorzystać wolny czas na pisanie książki. Co zresztą uczyniłam. Tak się złożyło, że już moje pierwsze próby spodobały się wydawcy i zostały opublikowane. Dziś myślę, że trochę wyprzedzałam swoje czasy. To był rok 1983 i szwedzcy rodzice nie byli na mnie gotowi (śmiech). Pisałam kolejne książki, które lądowały w szufladzie, bo nikt nie chciał wtedy zaryzykować z tak odważną tematyką (rozstania rodziców, małżeństwa z obcokrajowcami i inne kontrowersyjne na tamte czasy tematy – przyp. red.). I właśnie wtedy, zupełnie zrezygnowana, wpadłam na pomysł serii o Tsatsikim. To miała być moja ostatnia próba i szczęśliwie okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Nadszedł mój czas.

W jednym z wywiadów wspomniałaś o chłopcu, koledze twojego syna, który był pierwowzorem Tsatsikiego. Opowiedz o nim nieco więcej. 

To był zwykły chłopiec, może poza tym, że nie miał ojca. Właściwie to nie wiem, czy on rzeczywiście był taki jak Tsatsiki i czy jego rodzice byli rozwiedzeni. Jego odpowiedź na moje pytanie o tatę była tak inspirująca, że musiałam coś z nią zrobić, w coś ją przekuć.

 

 

Co odpowiedział?

Że nie ma żadnego taty, nawet takiego, co już nie żyje. Cała reszta to dzieło mojej wyobraźni. Może gdybym była fanką science-fiction Tsatsiki pochodziłby z innej planety.

Czy zdarzyło ci się kiedyś pracować nad historią, która się nie kleiła? 

Nigdy tak nie miałam, jestem na to zbyt leniwa! (śmiech) Ale czasem zdarza mi się wpaść na pomysł, który trudno jest opisać.

I co wtedy robisz?

Staram się zaufać w pełni moim bohaterom. I pisać, pisać, pisać, a potem przerabiać to, co zostało napisane. Bez ustanku. Wiesz, zabawne, że o to pytasz, bo właśnie mierzę się z taką historią, która przysparza mi pewnych kłopotów.

Zdradzisz, co to będzie?

Buzia na kłódkę, nic nie mogę powiedzieć.

W porządku, lubię tajemnice. To jeszcze w kontekście trudności – czego najbardziej nie lubisz w pracy pisarki? 

Nie cierpię czytać pierwszej wersji wydruku, wysłanej przez wydawcę (tzw. proof-sheet). W takim momencie jestem zwykle skrajnie wyczerpana tą historią, a muszę przeczytać wszystko bardzo uważnie. Myślę sobie, że nic tutaj do siebie nie pasuje, źle dobrałam słowa i cała historia jest beznadziejna i pozbawiona jakiejkolwiek wartości dla czytelnika.

Ojej, to musi być koszmarne! To może powiedz, co lubisz najbardziej?

Najprzyjemniejsze jest dla mnie pisanie pierwszego rozdziału, kiedy w bohaterów książki wstępuje życie i możesz ich wreszcie bliżej poznać.

Co twoim zdaniem powinni zrobić rodzice, żeby ochronić w dzieciach naturalną dla nich odwagę, tolerancję i niezależność?

Sami powinni tacy być! A do tego kochać swoje dzieci, ufać im i wierzyć, że ich marzenia się spełnią.

Słyszycie, rodzice? Tak trzeba robić. Dziękuję ci, Moni, za rozmowę. 

*

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Dziękuję Natlaii Szenrok-Brożyńskiej z Wydawnictwa Zakamarki za pomoc w realizacji wywiadu.

*

Moni Nilsson

Autorka książek dla dzieci i scenarzystka. Pochodzi ze Szwecji. W wywiadach często podkreśla, że jej dzieciństwo było sielskie, pełne swobody i rodzicielskiego zaufania. Laureatka nagrody im. Astrid Lindgren, którą otrzymała w 2010 roku. Jej serie książek o Tsatsikim i Mamuśce a także o Bezie i Zlatko przyniosły jej ogromne rzesze czytelników na całym świecie. W Polsce jej książki publikuje Wydawnictwo Zakamarki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.