Rozmowa

Jak rozmawiać z dziećmi o różnicach?

Podejmowany temat nie jest łatwy i dotyczy wszystkich z nas. Warto dać sobie szansę i nauczyć się poznawania emocji dziecka i swoich oraz radzenia sobie z trudnymi sytuacjami. Remedium mogą być warsztaty.

W poszukiwaniu ciekawych warsztatów trafiłam do Białołęckiego Ośrodka Kultury w Warszawie. Tu dobry temat to jedno, wciągająca formuła to drugie, a trzecie to wspólny czas dla dzieci i rodziców. Czytamisie, to cykl spotkań, prowadzonych przez pedagog do zadań specjalnych – Annę Hajzik-Jurlewicz, na których możemy być, przeżywać i doświadczać razem. Organizatorom z Białołęckiego Ośrodka Kultury dokładnie na tym zależało, żebyśmy mogli zrobić coś wartościowego wspólnie.

Mamy tu szanse pobyć w przyjaznej przestrzeni z tematami, które bywają dla nas trudne. Po godzinie kreatywnej pracy zyskujemy narzędzia i rozbrajamy konflikty. Dzieci doświadczając czegoś poprzez zabawę, zdobywają inny punk widzenia na trudne na nich sprawy. Dla mnie to wystarczający powód, żeby przejechać pół miasta i stawić się na Głębockiej 66.

Zapraszam was na rozmowę z prowadzącą Czytamisie, Anną Hajzik-Jurlewicz, która opowiedziała mi, co czeka uczestników marcowego spotkania.

Warsztaty odbędą się 11 marca, w niedzielę o godz. 9:00 (dzieci w wieku 5-6 lat) i 10:15 (dzieci w wieku 3-4 lata). Ilość miejsc jest ograniczona, a chętnych nie brakuje. Zapisy startują dziś, szczegóły znajdziecie tu.

*

Zdradź proszę jaki temat przygotowałaś na marcowe spotkanie.

Piękne różnice. Razem z uczestnikami spróbujemy odkryć moc drzemiącą w tym, że każdy z nas wygląda i zachowuje się trochę inaczej. Bazując na tym, wspólnie poruszymy temat niepełnosprawności.

Mam wrażenie, że w codziennym życiu dzieci są, jakoś może przypadkowo, ale jednak izolowane od niepełnosprawności, a potem następuje spotkanie i duże emocje z ich strony.

Czasem tak bywa. Chociaż mam wrażenie, że to zaczyna się zmieniać. Dzieci z niedosłuchem czy niepełnosprawnością ruchową coraz częściej uczęszczają do masowych przedszkoli czy szkół. Oczywiście temat integracji edukacyjnej i społecznej to w naszym kraju wciąż wyzwanie, ale zjawisko się poszerza. Przykro to mówić, ale to dorośli radzą sobie z tym gorzej niż dzieci.

Co masz na myśli?

Że wielu z nas nie wie, jak zachowywać się wobec osoby z niepełnosprawnością. Chcemy pomagać, chcemy być tolerancyjni, ale potem przychodzi co do czego i wychodzi zarówno niewiedza, co jest zrozumiałe – bo skąd mamy wiedzieć, że aparat słuchowy to nie magiczna różdżka przywracająca normalne słyszenie, jak i emocjonalny blok. Skrępowanie, zakłopotanie, że kontakt z taką osobą wymaga od nas czegoś więcej, wyjścia poza znane i utarte ścieżki. Bądźmy szczerzy. Inność jest dla nas niewygodna.

Możemy dawać dzieciom mylne komunikaty. 

My, dorośli często z braku wiedzy, zaszczepiamy maluchom fałszywe teorie i krzywdzące stereotypy. Kalkulujemy, poddajemy pod wątpliwość, wybiegamy w przyszłość. Kilkulatki podchodzą do relacji z drugim człowiekiem prościej.

Boimy się, że relacja naszego dziecka z dzieckiem z niepełnosprawnością będzie trudna? Obciążająca?

Albo, że się wręcz zarazi. Przykro mi to mówić, ale można usłyszeć również taką odpowiedź. To oczywiście skrajność, ale zaznaczam ją, bo z takim podejściem spotykają się rodzice moich podopiecznych. Nie wiemy, jak się zachować, co z czego wynika w danym zaburzeniu lub chorobie, więc mimowolnie odsuwamy od tych konfrontacji nasze maluchy. Chcemy, by dzieciom było miło, ładnie i przyjemnie, więc z chęcią pójdziemy do grzecznego ucznia na urodziny, ale już innego kolegi z klasy nie zaprosimy do domu, bo czujemy dyskomfort widząc jego nietypowe zachowanie, słuchając pisków, czy musząc zwolnić, bo nasz gość potrzebuje więcej czasu przy wykonywaniu prozaicznych czynności. To nas denerwuje – to czekanie, nie nasze dzieci. To my mamy problem z tym, że one z tym problemu nie mają.

W jaki sposób dzieci postrzegają niepełnosprawność innych?

Reakcje są różne. Najczęściej reagują zainteresowaniem, czasem lekką obawą. Często też zadają pytania. Niekiedy niestety dochodzi do incydentów odtrącenia i oceniania. Mam wrażenie, że odpowiadając na to pytanie nie da się pominąć kwestii wieku. Młodszym łatwiej jest przyjąć różnorodność. W tym spostrzeganiu nie ma wartościowania, są fakty: Zuzia, żeby słyszeć musi mieć implant, Kazik potrzebuje do chodzenia wyjątkowych butów. Schody zaczynają się wtedy, gdy to my, dorośli naniesiemy na ten prosty świat własne obawy i uprzedzenia, a dzieci mimowolnie tym nasiąkną.

Stopniują czy okulary i wózek inwalidzki przyjmują tak samo?

Nie nazwałabym tego stopniowaniem. Wszystko rozbija się o możliwość zatknięcia się z danym zjawiskiem. Okulary nosi wielu z nas, ze specjalnego chodzika do poruszania korzysta już znacznie mniej osób. Jeśli coś jest dla dziecka znane, jeśli przedstawimy mu to, jako coś naturalnego, to może nas zaskoczyć tym, jak intuicyjne wyda mu się choćby podziękowanie na placu zabaw niemówiącemu dziecku nie słowem, ale gestem, którego to dziecko używa.

Dzieci swoimi pytaniami, wypowiedzianymi na głos, często stawiają nas rodziców w trudnej sytuacji. Nie wiemy, jak zareagować, by obie strony czuły się komfortowo. Co podpowiada ci doświadczenie?

Aby takie pytanie potraktować jako szansę i coś naturalnego. Jak wspominałam, dziecko nie pyta złośliwie. Może przytoczę tu prawdziwą historię. Jeden z dorosłych, który po amputacji nogi wrócił do narciarstwa rekreacyjnego, opowiadał o zabawnym dla niego dialogu. Około pięcioletni chłopiec, stojący w kolejce do wyciągu, zauważył go i zaczął szarpać swojego tatę za nogawkę mówiąc: tato, tato, popatrz, ten pan nie ma nogi! Tata zmieszał się i nerwowo szepnął synkowi: cicho! Nieusatysfakcjonowany tą reakcją malec ponownie powiedział: Tato! Ale on nie ma nogi! Tata jeszcze bardziej się obruszył i nieco głośniej rzucił: cicho synku! Dziecko nie kryjąc zdziwienia reakcją taty na to, czym chciał się z nim podzielić, odrzekło: Ale to on nie wie, że nie ma nogi?! A no wie, więc w takiej sytuacji lepiej nie odwracać uwagi dziecka od tego, co widzi, tylko w odpowiedni do wieku sposób, krótko mu to, z czym się zetknął, objaśnić.

Co integracja dzieci sprawnych i niepełnosprawnych przynosi obu stronom?

Myślę, że to, czego obecnie najbardziej potrzebujemy: więcej zrozumienia i więcej akceptacji. A z tym wiąże się też konkretna wiedza dotycząca konkretnego rodzaju niepełnosprawności. W środowisku rodziców dzieci z wyzwaniami rozwojowymi jest takie powiedzenie: kto się oswoi, ten się nie boi. Osobiście uważam je za podstawowy cel integracji. Strach to naturalna emocja wobec nieznanego. Jeśli jednak będzie jedynym, co odczuwamy wobec kogoś, kto wygląda czy zachowuje się inaczej, nie mamy szansy na prawdziwe spotkanie z człowiekiem ukrytym w niedoskonałym ciele. Nasze myśli skupią się na tym, co widoczne i co dzieli. I każdy z nas coś wtedy straci.

Z jakimi dziećmi pracujesz na co dzień?

Zajmuję się wczesną interwencją neurologopedyczną, a zatem trafiają do mnie zarówno wcześniaki po wyjściu ze szpitala, które potrzebują wsparcia w zakresie nauki ssania, jak i starsze dzieci z zespołami genetycznymi, z uszkodzeniami układu nerwowego powstałymi w życiu prenatalnym okołoporodowym lub postanalatlnym. Mówiąc prościej, są to często dzieci z trudnościami ruchowymi, słuchowymi, wzrokowymi i poznawczymi. Wszystkie potrzebują wsparcia w nauce komunikacji lub też nauce jedzenia, a ja jestem od tego, by im to ułatwić.

Co dla ciebie jest wyzwaniem w tej współpracy?

Chyba to, by nie pozwolić sobie na schematy. Amerykanie mają takie mądre powiedzenie “You’ve seen one child with autism, you’ve seen ONE child with autism”. Nie ma dwóch takich samych rodzin i nie ma dwojga dzieci z trisomią, potrzebujących dokładnie tego samego. Moim zadaniem jest znaleźć i opracować indywidualny system komunikacyjny, który będzie bazował na zasobach, a nie na deficytach małego człowieka, który do mnie trafi.

Co mówisz rodzicom dzieci z wyzwaniami, by mieli narzędzia do wspierania ich w procesie akceptacji swojej odmienności?

To trudne pytanie, bo nie ma rady uniwersalnej. Cenię sobie współpracę z innymi specjalistami, więc jeśli tylko mogę, zachęcam rodziców do spotkania z psychologiem. Dobry specjalista może pomóc całej rodzinie przejść przez proces akceptacji niepełnosprawności. Wspominam o tym dlatego, że widzę na co dzień, jak ważny jest ich własny stosunek do sytuacji, w której się znaleźli. Dzieci, nawet te niemówiące czy niesłyszące, doskonale wyczuwają emocje rodziców – wie o tym każda mama niemowlaka. Nie możemy pomóc dziecku, jeśli sami sobie nie pomożemy. Przyjmujący prawdę o rzeczywistości rodzic, to najlepsze źródło siły dla dziecka.

Jak chcesz mówić z dziećmi na temat niepełnosprawności na warsztatach?

Prosto i naturalnie. Mam wrażenie, że właśnie tego potrzebują i to nie tylko oni, ale też ich rodzice. Dziecko pytając nie chce urazić, nie szuka sposobu na wprawienie kogokolwiek w zakłopotanie. Ono pyta, bo nie wie. Pyta, bo ufa, że dorosły może mu wyjaśnić to, czego nie rozumie.

Wiem, że chcesz wprowadzić ich w świat zmysłów. Co to znaczy?

Dam im odkryć, jak wielkim skarbem jest słuch, wzrok, dotyk, ruch. Jak to jest spróbować coś dostać, nie mogąc o to poprosić słowem, a jak próbować znaleźć mamę wśród innych, gdy nie możemy patrzeć. Stworzę im okazję do doświadczania. To najlepsza i najbliższa naturze dziecka forma poznawania świata. Słowa są potrzebne – zresztą, rodzice moich podopiecznych wiedzą, że lubię i chętnie tłumaczę – jednak nie wszystko możemy opowiedzieć.

Opowiedz o niecodziennych pomocach, które starasz się zorganizować. 

Wiele osób, z którymi pracuje potrzebuje narzędzi wspierających lub zastępujących mowę. Część z nich do komunikacji używa specjalnych książek z obrazkami. Inni posługują się aplikacjami, czy programami wgranymi na tablety. Wskazując określone symbole ręką, wzrokiem – współczesna technologia daje nam możliwość skanowania ruchu gałek ocznych, mówią o swoich potrzebach, opowiadają o wieczorze u dziadków, czy odmawiają pójścia na zaplanowaną wycieczkę. Stają się nie tylko odbiorcą, ale i nadawcą. To buduje ich autonomiczność, daje szansę wpłynięcia na rzeczywistość, która bezpośrednio ich dotyczy. O ile jest przyjemniej móc samemu zdecydować o formie spędzenia wolnego czasu, a nie tylko liczyć na to, że ktoś domyśli się, na co możemy mieć ochotę.

Zobaczymy więc wszystko to, co na co dzień ułatwia życie niewidomym, niesłyszącym czy niemówiącym dzieciom uczyć się i poznawać świat.

Obserwowałam cię na warsztatach, masz świetny kontakt z dziećmi. Mam wrażenie, że natychmiast ci ufają. Jak to robisz?

Staram się być w pełni dla nich. Z chwilą, gdy wszyscy razem siadamy na miękkim dywanie i wyłożonych naokoło poduchach staram się całą sobą nadać komunikat: jestem. Dla mnie to oznacza, że daje dziecku czas, czekam, słucham, nie oceniam i pozwalam na to, że nie musi się zgadzać na wszystko, co zaproponuję. Nie robię tego przekupnie, ale to po prostu działa. Dzieci chcą, tylko trzeba im pozwolić by to odczuły.

Dzieci wyczuwają fałszywe nuty, Ty wszystko, co z nimi robisz, robisz serio, co nie znaczy, że zupełnie poważnie.

Zawsze na poważnie się nie da! (śmiech). A przynajmniej nie ze mną. W czasie warsztatów korzystamy z wyobraźni, posługujemy się technikami z dramy, tworzymy coś z niczego. Jeśli sterta kartonów staje się pojazdem, a rodzice budują ze swoich ciał wielki tunel, to nie da się nie uśmiechnąć.

Zaciekawiła mnie różna energia w 2 grupach wiekowych. Młodsze dzieci, 3-4 lata zdawały się szybciej przystawać na twoje propozycje, za to starsze, 5-6 lat, intensywniej w nie wchodziły. Tak to jest?

Młodsze dzieci są bardziej „tu i teraz”. To wynika też z ich sposobu myślenia. Starsze zaczynają analizować. Powoli poddają swoje zachowania pod ocenę innych, skupiają się na reakcji rówieśników. To potrafi być zgubne. Bywa jednak, że poczują się na tyle pewnie, że zaczynają dzielić się swoimi przemyśleniami, opiniami.

Warsztaty to czas dla dzieci i rodziców, trudno jest zdjąć z nas rodziców poważne oblicze, samokontrolę i przekonać do zrobienia pajacyka na forum grupy?
Czasem tak, czasem nie. Nasze warsztaty nie mają formy stałych zapisów. Chętni zgłaszają się na poszczególne spotkanie, co sprawia, że za każdym razem widzę jakieś nowe twarze. Każdy z rodziców coś wnosi. Bywa, że jedna śmiała, pozytywnie reagująca na zadanie osoba swoją postawą inspiruje rodziców i mimowolnie pomaga się otworzyć.

Jak ci się pracuje z rodzicami? Jakim wyzwaniem jesteśmy?

Oj, bywa, że największym! My, dorośli potrafimy wpadać w pułapkę oczekiwań. Mamy je, gdy idziemy do konkretnej restauracji, czy spotykamy się z poleconym specjalistą. Niekiedy przychodzimy z nimi również na takie wydarzenia jak warsztaty. Chcemy czegoś konkretnego i nie za bardzo pozostawiamy sobie przestrzeń na to, by wydarzyło się na nich coś niespodziewanego. Część rodziców ma potrzebę kierowania swoim dzieckiem i doskonale widać to w niektórych zadaniach, które proponuję. Nie ingeruję w to. Staram się tak aranżować sytuację, by rodzic sam pozwolił sobie na odrobinę dystansu i skręcił kurek samokontroli.

Fajna atmosfera to wasza wspólna zasługa, ale to ty musisz szybko reagować na energię grupy. To chyba nie jest łatwe?

Nie jest, ale jeśli się uda, to można wiele zyskać. Ostatnio miałam taką sytuację w czasie wspólnego powitania, które jest stałym elementem warsztatów. Dzieci zawsze wymyślają dla mnie zadanie, tym razem jednak odpowiedź poszybowała z ust jednego ze sceptycznie nastawionych rodziców i tak chcąc nie chcąc stanęłam przed wyzwaniem wykonania szpagatu przed całą grupą. Miałam sekundę na decyzję, czy proszę o zmianę, czy w to wchodzę. Zdecydowałam się na to drugie. Rekcją były brawa, śmiech i momentalne przełamanie dystansu między mną, rodzicami i dziećmi. Na bok poszły formy i powinności. Została tylko przestrzeń na kilkadziesiąt minut wspólnego działania i to zaufanie, o którym już rozmawiałyśmy, że na Czytamisie każdy może coś dodać od siebie.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na kolejnych warsztatach!

Zapisy na marcowe warsztaty starują już dziś, szczegóły znajdziecie tu

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Anna Hajzik-Jurlewicz, neurologopeda kliniczny wczesnej interwencji, terapeuta karmienia, terapeuta komunikacji, pedagog specjalny. Na co dzień pracuje w ramach poradni rehabilitacyjnej dla dzieci z wyzwaniami rozwojowymi. Prywatnie miłośnik życia, ludzi i dobrej kawy.

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Ewa Przedpełska

 

Leave a comment 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama