Rozmowa, spotkanie

Im prościej, tym piękniej

Emilce wszystko wolno. Lubuje się w niespiesznym bytowaniu, dba o siebie i swoją córkę, maluje obrazy na pół ściany i murale na warszawskiej Patelni. Spokój znajduje w pięknej kuchni, w której chciałoby się zapuścić korzenie, zaraz obok doniczek z ziołami.

Emilia jest malarką i autorką murali, mamą 7-letniej Liliany i dziewczyną Piotra. Trochę modelką, trochę biegaczką, rowerzystką, surferką, joginką, bokserką, podróżniczką i kucharką. Niestrudzoną i wiecznie ciekawą testerką świata, czyli typem, który bardzo lubimy.

Oto kolejny odcinek dziewczyńskich rozmów o macierzyństwie. Podobnie jak w wywiadzie z Anastazją, bycie mamą jest tutaj sednem sprawy, ale chcemy mówić także backgroundzie każdej z bohaterek. Interesuje nas to, dlaczego jest taka, jaka jest. Dlatego umyślnie zahaczamy o malarskie i sportowe pasje, które łączą Emilkę i Lili, dużo miejsca poświęcamy siostrzeństwie i relacji z mamą oraz przyjemnościom płynącym z bycia w domu.

Otwarcie i radośnie gadamy o tym, co codzienne, a przez to i ważne. Posłuchajcie.

***

Mieszkacie z Lilą w przytulnym mieszkaniu w sercu Pragi i mimo że wszędzie macie rzut beretem, okolica jest zaciszna. Dobrze się tu żyje?

Zamieszkałyśmy na Pradze przede wszystkim ze względu na stare budownictwo. Wychowałam się w kamienicy w Lublinie i nie wyobrażałam sobie mieszkania gdzie indziej, niż w starych murach. Wysłużone drewniane podłogi i nieszczelne okna, wysokie sufity, wiadomo – nie ma nic lepszego (śmiech). Z domu mamy dwie minutki nad rzekę i do zoo. Na stare miasto idziemy piechotą 15 minut. Praga jest też dobrze skomunikowana z innymi dzielnicami – nigdy nie jadę do pracy dłużej niż 20 minut, czy to komunikacja miejska, czy rower.

 

Nie przestajesz się uśmiechać. Tak zwykle mają dziewczyny, które czują się komfortowo w swoim ciele.

Wygląd odzwierciedla nasze samopoczucie i stan zdrowia, więc tak, jest dla mnie ważny, ale bez przesady. Nasza twarz i ciało zawsze wiernie nam pokazują, czy dobrze się odżywiamy i czy odpowiednio o siebie dbamy.

Zawsze miałaś tak racjonalnie podejście do swojego wyglądu?

Jako nastolatka dużo kombinowałam z wyglądem, ale po porodzie zaczęłam dostrzegać , że im prościej i naturalniej, tym piękniej. Po urodzeniu Liliany niemal w 100% zaakceptowałam to, jak wyglądam. Dbam przede wszystkim o odpowiednie nawilżenie skóry. Szkoda, że Lila nie lubi kremów jak ja, bo ma strasznie suchą skórę od basenu.

No właśnie, sport. Liliana jest zwinna, robi szpagat na zawołanie i przed chwilą pokazała mi wyposażenie swojego worka cheerleaderki. Skąd to sportowe zacięcie?

Liliana od najmłodszych lat była bardzo sprawna fizycznie. Gdy miała 1,5 roku przytargała do salonu śmietnik większy niż ona sama (śmiech). Potem chciała tańczyć, jeszcze później walczyć. Zawsze też w naszą codzienność wpisany był basen i narty w czasie ferii. Jako małe dziecko miała duszności na tle alergicznym, a jak wiadomo ćwiczenie oddechu na basenie pomaga w takich przypadkach. Do szkoły pływackiej miałyśmy najbliżej, więc wybór był prosty, trzeba było tylko zdać egzaminy (śmiech). Teraz Lila jest w drugiej klasie i oprócz codziennego basenu, czyli 7 godzin lekcyjnych tygodniowo, chodzi też na taniec z akrobatyką 3 razy po 1,5 godziny tygodniowo, i to jest chyba jej miejsce!

 

 

Czy ty też jako dziecko tak dużo ćwiczyłaś? 

Sport jest obecny w naszym życiu od zawsze, ale ze zdrowym dystansem (śmiech). O moją edukację sportową zadbał tata. Od najmłodszych lat chodziłam na basen, a w ferie zimowe jeździliśmy na narty. To on nauczył jeździć Lilę. Ja w jej wieku nie byłam nawet w połowie tak dobra, o ile w ogóle można się z nią porównywać, bo takiej chęci do jazdy i nauki to każdy może pozazdrościć! Ja w swoim życiu zawsze szukam jakiegoś ruchu, co chwilę inna dyscyplina. Ale przez większość życia twarzyszy mi pływanie. Harmonijne relacje z wodą pomagaja mi teraz w nowym hobby, czyli surfowaniu, wokół którego kręcą się nasze ostatnie podróże. Oczywiście kocham też jogę i przeżyłam epizod z brazylijskim jujitsu.

 

Lila też spróbowała?

Lila trenowała dłużej niż ja! Bawiłam się też w jakieś śmieszne areobiki, a jakieś trzy lata temu moja siostra Adela pokazała mi jak się powinno biegać (śmiech). I przepadłam! Adela jest niezłym hard-corem w bieganiu, zaczynała od 20-kilometrowych dystansów. Ja zaczynałam od biegania z nią na plaży podczas wakacji, potem biegałam jednocześnie z grupą biegową i z moim chłopakiem, Piotrkiem, który właśnie wracał do biegania. Do dziś biegamy z Piotrkiem w sobotnie i niedzielne poranki wzdłuż Wisły. Gdy mam intensywny czas w pracy, który równa się ciągłemu ruchowi na rusztowaniu, uprawiam sportu o wiele mniej, bo i tak kondycja mi nie spada, a wieczorami czuję się stanowczo zaspokojona ruchowo (śmiech). Praca fizyczna górą! Teraz rzeczywiście najważniejszym sportem jest dla mnie bieganie, ale cały czas marzę o powrocie do jogi. Tylko czasu tak mało na to wszystko…

Opowiedz o twojej pracy. Jesteś malarką, tworzysz murale, Lili też świetnie radzi sobie z rysowaniem – widziałam rysunki! Czy zawsze wiedziałaś, że właśnie tym będziesz się zajmować?

Zawsze chciałam być malarką. Od dziecka chodziłam na zajęcia plastyczne, potem do szkoły plastycznej, wreszcie zdecydowałam się na studia na Akademii.  Nie wiem  czemu, ale było to dla mnie oczywiste, że zdaję na malarstwo, a nie na inny, może nieco bardziej praktyczny, kierunek związany ze sztuką.

 

 

Czy w Twojej rodzinie ktoś zajmuje się sztuką? 

Moja mama szyje patchworki a mój wujek Bogusław Gasiński jest malarzem i grafikiem oraz, podobnie jak ja, absolwentem warszawskiej ASP. Mieszka w podwarszawskich Laskach i ma niesamowitą pracownię, właściwie cały jego dom został zaadaptowany na jej potrzeby. Do jego sztuki dojrzałam dopiero niedawno i dziwię się, że nie jest bardziej popularny. Jego prace są niesamowite, ale tak to już jest z tym naszym polskim rynkiem sztuki.

Malowanie obrazów traktuję jak zwykłą pracę. Wychodzę rano, jadę rowerkiem do pracowni na Żoliborzu, robię herbatę i kawę, włączam radio i maluję. Robię sobie przerwę obiadową, wracam do malowania i jadę do domu. Moja pracownia mieści się w rodzinnym domu mojego ukochanego. Jest całkiem spora i wygodna. Teraz na wiosnę będzie jeszcze więcej i więcej naturalnego światła, więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko pracować!

Poza obrazami, malujesz także murale. 

Od dłuższego czasu pracuję dla Good Looking Studio. To idealna praca dla kogoś, kto nie lubi wybiegać z planami na pół roku do przodu (śmiech). Bardzo mi to pasuje, bo raz maluję murale – teraz ciągiem od ponad miesiąca, raz maluję obrazy, raz jestem kurą domową, a innym razem odpoczywam na wakacjach (śmiech).

Ile czasu zajmuje ci wykonanie jednego muralu?

Od 4 do 7 dni. Niektóre zlecenia są bardziej artystyczne, a inne bardziej komercyjne. Dla mnie to bez znaczenia, bo właściwie każdy jest wyzwaniem malarskim. Oczywiście fajnie jest czuć, że maluję coś, co niesie więcej niż treści komercyjne, tak jak w przypadku malowania patelni na zlecenie Muzeum Polin z okazji rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim. Było to o tyle ciekawe zlecenie, że autor projektu, Andrzej Wieteszka, przychodził do nas codziennie i pracował z nami! To było całkiem nowe dla mnie doświadczenie, dla Wieteszki zresztą też. Ciekawa jestem, jak przełoży się na jego następne projekty tego rodzaju, bardzo na nie czekam.

Wiem, że masz liczne rodzeństwo: 4 siostry i brata. Niczego nie pomyliłam?

Mam trzy rodzone siostry i jednego brata, ale jestem też blisko związana z siostrą cioteczną, która mieszka w Warszawie, Olą. Ola i Adela urodziły rok temu córki, więc mam wreszcie jakieś towarzystwo z rodziny. Obie wpadają do mnie regularnie albo ja do nich, i wspólnie przygotowujemy jakiś obiad i deserek. Dziewczyny podzielają moją pasję do gotowania, dlatego zawsze podczas takich spotkań następuje wymiana przepisów albo adresów sprawdzonych knajp, serwujących dobre jedzenie. Teraz, kiedy bobasy są już troszkę większe, moja Lila super się nimi zajmuje.

Od pewnego czasu  co weekend widuję się z moją o 10 lat młodszą siostrą, Marysią. Chodzi na kursy przygotowawcze na grafikę. Z wszystkimi jestem blisko, z rodzeństwem ciotecznym też. Cała rodzina jest ze sobą zżyta i regularnie się widujemy. A nawet jeśli się nie widujemy, to mamy ze sobą stały kontakt i wiemy, co u każdego słychać.

Czy jesteś blisko z mamą?  

Mam dobry kontakt z mamą. Często mnie wspiera i doradza w wychowywaniu Lili, choć pod wieloma względami bardzo się różnimy. Ja jestem trochę luźniejsza, ale z drugiej strony niezbyt cierpliwa, a mama mnie uczy konsekwencji i spokoju. Dzwonię do niej regularnie, ale często też u nas bywa i będąc na miejscu pomaga mi w codziennych sprawach.

Jesteś najstarsza z rodzeństwa więc zakładam, że miałaś jako dziecko mnóstwo obowiązków i oczekiwań do spełnienia. 

Rodzice rzeczywiście dużo ode mnie wymagali. Miałam też jako pierworodna najwięcej zakazów: w ogóle nie jadłam słodyczy, musiałam dużo czytać i grać na pianinie. Same straszne rzeczy! (śmiech) Jasne, że miałam dużo obowiązków, ale ja zawsze lubiłam pomagać przy dzieciach. Wcześnie też zaczęłam gotować, potem piec. Zaczęło się od lepienia pierogów, pomocy przy kręceniu ciast, a potem już sama wszystko umiałam zrobić. Gotowanie jest moją pasją od dziecka i, nieskromnie powiem, całkiem nieźle mi wychodzi.

 

 

Powiedziałaś, że jesteś domatorką, lubisz być w domu. To tutaj najlepiej się relaksujesz? 

Lubię być kurą domową. Gotowanie obiadków i sprzątanie bardzo mi odpowiadają, z naciskiem na gotowanie (śmiech). Lubię eksperymentować w kuchni, zawsze przywozimy dużo przypraw i innych składników z naszych podróży. Ale potrawy orientalne przygotowuję tylko dla siebie i Piotrka, Liliana je tradycyjnie i strasznie ciężko ją przekonać do nowości. Czasem coś uda mi się przemycić, ale ile muszę się przy tym nagadać albo nakombinować. Na szczęście uwielbia wszystkie rodzaje kasz, zupy, oprócz zup-kremów, wybrane owoce i warzywa. W domu łatwo coś zdrowego ugotować, gorzej z jedzeniem na mieście. Wtedy albo ma ze sobą swój prowiant, albo wychodzimy z najedzoną Lilą. Kiedyś jako bobas jadła nawet szpinak, potem ze względu na wygląd prawie wszystko odrzuciła. Teraz jest lepiej i stopniowo rozszerzamy jej jadłospis.

Oby tak dalej. Dziękuję za spotkanie!

***

Rozmawiała: Dominika Janik

 

 

 

Leave a comment 4 komentarze

  1. Cudowne i bardzo utalentowane dziewczyny! Emilkę miałam okazję poznać osobiście, to niesamowicie miła i kreatywna osoba. Nie ma tu za grosz lanserstawa, modnych przedmiotów i ubrań, jest natomiast naturalność, spontaniczność i miłość. Piękny wywiad i zdjęcia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama