Czas wolny, inspiracje

Natalia Kapsa: historia jednego popołudnia

Natalia ma rękę i serce do kwiatów, a oko do zdjęć. Popołudnie u niej to frajda. Obiad, dobra muzyka, dużo śmiechu i piękne zielniki Franka, jej syna. Odwiedźcie ich ze mną.
Lubię historie o życiowych zmianach. Małe czy duże, zawsze wymagają odwagi. Natalia ją w sobie znalazła, zostawiła ciepły etat i pasję zmienia w zawód. Oglądając jej zdjęcia, czuję, że wie, co robi. Trzymam kciuki! Do tego zrobiła coś, czego nie udało mi się zrobić nigdy – z sukcesem hoduje paprotkę! Poznajcie Natalię, Bartka i Franka. To będzie miły czas.

 

*

Zielono u was…

Zdecydowanie! Nie tylko na ścianie w kuchni, ale i w sercu. Zdecydowanie bliskie nam są zachowania eko, począwszy od segregowania śmieci, przez zwracanie uwagi na świadomą konsumpcję, aż do recyklingu – uwielbiam rzeczy z drugiej ręki, wszystkie szafy i komody do naszego mieszkania kupiliśmy na starociach, a mąż odnawiał je własnoręcznie. Niestety najmniej tego zielonego jest na naszych talerzach, ale to się na szczęście stopniowo poprawia, bo Franek zaczął w końcu jeść coś innego niż jabłka. Ogórki małosolne to jego nowa miłość.

Skąd ta miłość do roślin? 

Hmm, odkąd pamiętam, w domu zawsze były kwiaty, na każde imieniny mama dostawała jakiś nowy okaz, ale wtedy mnie to nie interesowało. Na poważnie mogłam zacząć gromadzić w naszym mieszkaniu rośliny dopiero kilka lat temu, jak nasz kot stracił w końcu zainteresowanie do zrzucania doniczek z parapetu. To się jakoś tak nieświadomie rozrosło.

Fajnie mieć rękę do kwiatów. 

Na początku oczywiście były sromotne porażki, trzy podejścia do ukorzenienia geranium, które raz wiozłam aż 200 km do domu, bo w pobliżu tak trudno było zdobyć sadzonkę. Nasza kolekcja zaczęła się od kupna aloesu. Gdy nasz syn kilka lat temu miał straszne problemy skórne, trudno gojące się rany, wtedy ktoś polecił mi sok z aloesu. Dopiero to przyniosło widoczny skutek. Natura jest najlepszym lekarstwem. A w tym roku ten aloes po raz pierwszy niespodziewanie nam zakwitł, była radość w całej rodzinie (śmiech).

Franek robi piękne zielniki, to jego pomysł? 

Tak! Kiedyś podczas wycieczki do lasu zaczął zbierać rośliny, miał ze sobą notes, do którego wkładał ostrożnie znalezione okazy. Zapalił się do tego niesamowicie! Potem w domu powklejał je i starannie opisał. Te opisy bawią mnie najbardziej (śmiech). Teraz zbiera na potęgę kwiaty i suszy je między kartami książek, nawet zaangażował w to babcię, która zbiera dla niego kwiaty z działki.

Przyznaj się, jak go w to wciągnęłaś? 

Szczerze? Nie pamiętam!

Skrada serca koleżanek kwiatami?

O tym akurat nie wiem, jest bardzo skryty w tych tematach (śmiech).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ruszacie w podróże szlakami pięknej natury? 

Staramy się, ja od zawsze kocham góry, samotne całodzienne piesze wędrówki to niesamowite przeżycie, mam nadzieję zarazić kiedyś tym syna. Naszym wspólnym marzeniem jest odwiedzić Puszczę Białowieską, Franek nawet jest umówiony z Adamem Wajrakiem, co stało się kiedy przeczytał jego komiks „Umarły las”. Po tej lekturze zbudował z klocków lego bohaterów tej książki, byliśmy w szoku, jak szczegółowo odtworzył te postaci! Ma prawdziwy talent do budowania! Ja zrobiłam zdjęcie tych figurek i wysłaliśmy je mailem do pana Wajraka. Odpisał, że zaprasza Franka na spotkanie w Puszczy (śmiech).

Jak spędzacie to lato?

Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu spędzamy je po prostu razem, po zostawieniu pracy mam w końcu na to czas. Śmieję się, że to są wakacje mojego życia, i już nigdy nie będzie takiego lata. Nigdy! (śmiech).

Taką nieformalną tradycją stało się, że co roku, na początku lipca jedziemy na Gdynia Design Days, a później w Karkonosze.

Przyjemna tradycja.

Gdynia jest naszym niespełnionym marzeniem, mamy tam przyjaciół i zazwyczaj jedziemy ich odwiedzić właśnie, kiedy trwa Gdynia Design Days. Jest tam taka pozytywna aura, która co roku nas przyciąga. Poza tym Gdynia kojarzy mi się z miastem możliwości, bardzo prężnie się rozwija i czuję, że jeszcze nas czymś zaskoczy.

Na twoich zdjęciach też dużo zieleni… To twój ulubiony temat?

Trudno powiedzieć, jaki jest mój ulubiony temat, jest tego dużo. Zdecydowanie najpewniej czuję się w fotografowaniu martwej natury, mam straszną tremę, jak widzę człowieka przed obiektywem. Nie da się jednak ukryć, że moja miłość do fotografowania zaczęła się właśnie od czarno-białych portretów, do dziś mam ciary, jak widzę zdjęcia Petera Lindbergha i Rodneya Smitha. Albo fotografie Jeanloupa Sieffa! To są moje ideały. Dobry czarno-biały portret zawsze sprawia, że mam ochotę wyciągnąć jakąś koleżankę na sesję i spróbować swoich sił (śmiech).

Tymczasem portretujesz paprocie…

To zdecydowanie mój ulubiony zielony temat. Podoba mi się ich forma, najbardziej, kiedy liście są jeszcze nierozwinięte. I cały czas uczę się je hodować w domu. Po trzech porażkach w końcu jest pierwszy sukces, od marca mam w mieszkaniu paproć, która nadal żyje i wypuszcza nowe liście (śmiech).

Szczęściaro! Żadna paproć nie dała mi szansy.

Zadziwiające, jak różne wymagania mają poszczególne odmiany paproci! Nie wystarczy powiedzieć, że lubią wilgoć i zraszanie, poprzednie trzy chyba stały w nieodpowiednim miejscu i nawet regularne zraszanie nie pomogło.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Opowiedz, jak to się stało, że zaczęłaś robić zdjęcia.

Nie wiem, czy powinnam się tym chwalić, ale to się zaczęło od… zawodu miłosnego. Teraz oczywiście jest mi do śmiechu, ale wtedy byłam jedną wielką rozpaczą. Musiałam się czymś zająć i uratowała mnie fotografia (śmiech). Na początku robiłam małe koszmarki, leciała kompozycja, zdjęcia były słabe technicznie, ale ten dreszczyk emocji przy odbieraniu wywołanego negatywu – bezcenne (śmiech). Jak załapałam bakcyla, to zapisałam się do domu kultury, tam mieliśmy ciemnię fotograficzną, uwielbiałam przesiadywać nad kuwetami i wywoływać zdjęcia i… wywoływać zdjęcia i wywoływać zdjęcia (śmiech).

Ale studia wybrałaś praktyczne…

Jestem po najnudniejszym kierunku świata, czyli administracji. To był straszny błąd, że poszłam na ten kierunek, po prostu wtedy kompletnie nie miałam pojęcia, co chcę w życiu robić, i za późno się zorientowałam. A że nie lubię nie kończyć rozpoczętych rzeczy,  skończyłam z tytułem magistra.

Dużo odwagi wymaga spełnianie marzeń? 

Bardzo! Najtrudniejsze chyba jest odpowiedzieć sobie na pytanie, co lubisz w życiu robić i zacząć to robić. Ja po jakimś czasie zrozumiałam, co lubię w życiu robić, ale bardzo długo nie mogłam zdobyć się na odwagę, aby zacząć. Albo przestać robić to, czego się w życiu nie cierpi. To było wbrew pozorom najtrudniejsze. No i wiadomo, ten pierwszy krok.

A co widzisz na horyzoncie? Dokąd idziesz?

Przed siebie, w zgodzie ze sobą. W końcu zdobyłam się na odwagę! Nie wiem dokąd mnie ta droga poprowadzi, przyszłość jest dla mnie niewiadomą, nie mam spisanego biznesplanu i punktów do odhaczenia, ale gdzieś tam czuję jakiś wewnętrzny spokój, to jest chyba najważniejsze.

Razem z mężem tworzycie artystyczny duet, to jak to jest pod jednym dachem w takim układzie? 

Mamy swoje odrębne światy w tym, co robimy, on jest muzykiem, ja uwielbiam fotografować. Choć czasem te nasze zainteresowania się splatają, pomagam mu np., zrobić zdjęcia na okładkę płyty, albo obfotografować zespół, bo zdjęcia do wywiadu potrzebne.

Myślałaś kiedyś, żeby jakoś połączyć siły we wspólnym działaniu? 

Haha, na to mnie właśnie poderwał! Zaprosił mnie do studia, bo akurat wtedy zakładał z bratem nowy zespół i potrzebowali fotografa, a usłyszał, że ja robię zdjęcia. Taka była wersja oficjalna (śmiech). Tak się złożyło, że do każdej płyty robiliśmy razem okładki, Bartek miał pomysł, a ja robiłam zdjęcia. Szczególnie wspominam pierwszą – „Pig inside the gentleman”, gdzie trzymał na rękach małą świnkę, ubrany w garnitur.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Jaka muzyka leci u was najczęściej? 

Głównie jazzowa. Ja jestem strasznie monotematyczna, jak zacznę czegoś słuchać, to nie mogę przestać. Np. słucham od roku tylko i wyłącznie Nicka Cave’a, mąż ma ochotę mnie już za to udusić, więc słucham jak jestem sama (śmiech). On z kolei lubi wyszukiwać nowe brzmienia, co chwile zaskakuje mnie swoimi znaleziskami na YouTube. Ostatnie jego odkrycie to Tinariwen – posłuchaj koniecznie.

Pewnie, że posłucham! A co ostatnio ciekawego odkryłaś w krainie pielęgnacji? 

Ostatnio, będąc w Gdyni, dzięki siostrze naszej przyjaciółki, dowiedziałam się dużo o kosmetykach naturalnych. Beata prowadzi od kilku lat JagodowySklep.pl i bardzo wnikliwie wybiera produkty, tak aby były w 100% naturalne, a nie tylko takie udawały. Poleciła mi kosmetyki Sylveco i jestem na etapie ich testowania.

Robisz sobie domowe spa?

Rzadko, zawsze szkoda mi na to czasu, jest tyle zaległych książek do przeczytania i zdjęć do obejrzenia (śmiech).

Twój ulubiony kosmetyk po ciężkim tygodniu?

Maski do twarzy firmy Tołpa.

Ładnie pachnie, co to za ryba na obiad?

Ach, lepiej nie pytaj! To akurat była moja kulinarna porażka, Franek jej nie tknął. Nasza ulubiona ryba to filet z łososia panierowany w bułce tartej i parmezanie, zapiekany w piekarniku…

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kto jest szefem kuchni w domu? 

Pół na pół, mój mąż wspaniale się spisuje w tej roli, uwielbiam, kiedy gotuje. Oczywiście każde z nas jest dobre w czym innym, on robi świetny makaron, a ja klopsy (śmiech).

A kto łowi?

Czasem dziadek dla relaksu.

Czuję, że i tak rządzi kotka… 

Wiadomo, cała kanapa jest jej! Ryszarda jest z nami już 10 lat. Kiedy przywieźliśmy ją do domu, była nie większa niż dłoń. Jest strasznie charakterna i bardzo złośliwa, ale to przecież mój sierściuch najukochańszy!

*

Natalia o swojej rodzinie: Jesteśmy trzyosobową rodziną z kotem na stanie. Kochamy przyrodę i zwierzęta. Mąż jest muzykiem od ponad 20 lat, gra głównie na perkusji (jako nastolatek założył z bratem legendarny już zespół Something Like Elvis). Ja poza fotografią kocham się w starych meblach i przedmiotach z historią. Z chęcią dekorowałabym innym mieszkania. Nasz syn Franek jest zapalonym botanikiem, genialnie buduje z klocków Lego, ma niesamowitą wyobraźnię, zawsze zbuduje coś, o czym mi się nawet nie śniło. Kolekcjonuje też kamienie i minerały.

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Lidka Dzwolak

 

Leave a comment 3 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama