Hassliebe. Jak pokochać Berlin

Rozmowa z Joanną Szproch i jej córką Leną

O życiu w Berlinie, które daje wolność i spełnienie, ale w zamian wiele zabiera, opowiadają artystka i fotografka Joanna Szproch oraz jej 15-letnia córka Lena.

Hassliebe to zlepek słów (niem. nienawiść + miłość), który występuje tylko w języku niemieckim, a który napotkałam po raz pierwszy i ostatni w prozie Elfriede Jelinek. Użyty nieco na wyrost, ale ładnie obrazujący dualizm związany z bytowaniem daleko od domu, emocjami towarzyszącymi rozłąkom, budowaniem stabilnych rodzinnych konstrukcji na nowym niepewnym gruncie i szukaniem osobnej, artystycznej drogi. O nienawiści nie ma tutaj mowy, jest za to dużo miłowania, trochę żalu i zaprzeszłego lęku, zabliźnione rany, drobiny gorzkiej refleksji i kilka reminiscencji z przeszłości o niejednoznacznym smaku gumy Shock. Bohaterkami tego tekstu są emigrantka i jej nastoletnia córka, które od 6 lat mieszkają w niemieckiej stolicy, i patrzą na to miasto z miłością. Nie ślepą i trwożną, lecz uczciwą i wiarygodną, bo daleką od idealizowania. Joanna Szproch i jej 15-letnia córka Lena zrelacjonowały pięknie swoją polską przeszłość, przeprowadzkę do Berlina i pełnowymiarowe życie w tym mieście, a więc edukację, pracę i relacje z bliźnimi. Na każdym kroku podkreślały, że tu jest inaczej, że mogą żyć po swojemu, wyglądać jak chcą i realizować się według własnego planu. Trzymają je tam wpisane w berliński krwiobieg wolność i różnorodność, ale w tym całym dobrodziejstwie, tak istotnym dla artystycznego podziemia, zwracają też uwagę na uporczywą biurokrację oraz trudności w znalezieniu pracy, mieszkania i miłości. Posłuchajcie.

*

RELACJA MAMY

Opowiedz, co się u ciebie działo przed wyjazdem do Berlina.

Na studia wyjechałam z Warszawy do Łodzi. Trochę po to, aby się oddalić od zbyt troskliwych rodziców, którzy – żeby było śmiesznie – też studiowali w Łodzi, też na akademii, ale ja na ASP, a oni na muzycznej. Tam się poznali i tam mnie sprowadzili na ten świat. Okres studiów przeszedł w atmosferze łódzkiego undergroundu, z zespołem 19 Wiosen na czele, skłotem na Węglowej i skłotem na Jerzego, w którym mieszkałam na drugim roku. Prócz undergroundu, była Łódź Kaliska, Łódzka Filmówka i Kino Cytryna. Na czwartym roku, mając 23 lata, powtórzyłam historię moich rodziców – zakochałam się i szybko zaszłam w ciąże. Urodziłam Lenę, nie będąc przekonana, czy nasz związek z jej tatą to jest „to”, ale postanowiliśmy być rodziną, poczekać, aż ja zrobię dyplom, i zaraz po mojej obronie wrócić do Warszawy.

Chyba nie ma dwóch bardziej różniących się miast niż Warszawa i Łódź. Jak wspominasz powrót do stolicy, rodziny i dawnych znajomych?

To właśnie wtedy zaczęło się moje dorosłe życie. Kiedy wreszcie udało nam się otrzymać miejsce w żłobku, cieszyliśmy się tak, jakby Lena dostała się co najmniej na medycynę (śmiech). Próbowałam odświeżyć przyjaźnie sprzed studiów, ale miasto zmieniło się dla mnie nie do poznania. Nazjeżdżało się mnóstwo „słoików” z aspiracjami, od których ja raczej stroniłam. Dla mnie status nigdy nie był istotny, nie chciałam też rezygnować z młodzieńczych ideałów, które wciąż w sobie pielęgnuję.

Ta przeprowadzka musiała być też dużą próbą dla związku. Jak wam się ułożyło?

Nie ułożyło się. Nasze małżeństwo się rozpadło po 7 latach bycia ze sobą. Tata Leny zorientował się szybciej, że nie warto nikomu niczego udowadniać, i postanowił wrócić do Lublina, który mimo braku perspektyw, pozostał znacznie bardziej przyjaznym miejscem do życia. Ja z Leną zostałyśmy w Warszawie same. Rodzice, którzy nie zaakceptowali moich wyborów, a tym bardziej naszego rozstania, jeśli pomagali, to zawsze wywoływali we mnie poczucie, żebym w zamian stała się tym, kim oni by sobie życzyli.

Jak sobie wtedy poradziłaś?

Rok rozstania to był najgorszy czas w moim życiu, także pod względem finansowym – musiałam zamknąć działalność, bo nie miałam na składki ZUS. Powodem naszego rozstania było przede wszystkim to, że ja wciąż marzyłam o tym, żeby stworzyć rodzinę, gdzie wszyscy się kochają i wspierają, że możemy się rozmnażać i dopełniać. W rezultacie bycie samą okazało się na tyle trudne, że o szukaniu nowego partnera nie było mowy. Musiałam się skupić na Lenie i naszej sytuacji bytowej.

 

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś Berlin? Co czułaś?

Po raz pierwszy Berlin odkryłam jeszcze na studiach, marząc, że może uda mi się tam pojechać na jakąś wymianę. Miałam tam przyjaciółkę Justynę, z którą prawie w tym samym czasie zasłyszyśmy w ciążę – ona z Polą, która jest teraz najlepszą przyjaciółką Leny. Przez moje macierzyństwo Berlin na długo pozostał w odstawce, ale frustracja wywołana życiem w Warszawie rosła – ani kasy, ani miłości, ani zrozumienia. Zawsze byłam zbuntowana i nie umiałam się sprzedać na potrzeby rynku. Nigdy nie imponował mi blichtr czerwonego dywanu, zawsze wolałam podziemie. Pod tym względem Berlin był stworzony do tego, by na nowo się odnaleźć i poczuć sobą.

I pojechałaś.

Nie od razu. Do przeprowadzki przygotowywałam się rok, w trakcie którego jeździłam do Berlina dość często, zaczęłam nawiązywać lokalne kontakty, miałam wystawę w galerii na Wesserstraße. Na finisażu poznałam dziewczynę, która zaproponowała mi podnajem pokoju na początek pobytu w Berlinie. To był fart – nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak trudno jest znaleźć jakikolwiek pokój, nie wspominając o całym mieszkaniu. Ostatni miesiąc przed wyjazdem mieszkałam z Leną u rodziców, z którymi córka została, żeby dokończyć trzecią klasę w szkole muzycznej na Miodowej – miała wtedy 9 lat. Ja w tym czasie miałam ogarnąć podstawowe formalności, zameldowanie i po długich poszukiwaniach, fajną podstawówkę na Kreuzbergu. Do Berlina przeprowadziłam się 18 kwietnia 2012 r.

Znałaś język?

Ani me, ani be. Gdyby nie angielski, który opanowałam dopiero po studiach, to w ogóle nie dałabym rady.

Kiedy dojechała do ciebie Lena?

Zaraz po tym, jak znalazłam dla niej szkołę, sprowadziłam ją do pokoju, który podnajmowałam u wspomnianej znajomej. Szybko się okazało, że dla niej dzielenie mieszkania z dzieckiem na dłuższą metę nie wchodziło w grę, więc prawie natychmiast musiałam  ogarnąć nowe lokum. Nie miałam pojęcia, że to będzie takie trudne. Wtedy nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi Jason, chłopak znajomej znajomej, punk rocker z Kalifornii, który stał się moim najlepszym przyjacielem. Przeprowadziłyśmy się z Leną do jednego, przechodniego pokoju, z myślą, że to tylko na jakiś czas, a w sumie zostaliśmy współlokatorami na prawie 3 lata. Jason stał się dla Leny „wujkiem”. Teraz, gdy Lena jest w fazie poszukiwań, widzę, że Jason wywarł na nią dobry wpływ. Cieszy mnie to, bo to są stare, czasami tak odległe dla milenialsów, punkowe ideały.

Czy Lena po przeprowadzce wciąż chodziła do tej samej szkoły?

Nie, zapisałam ją do nowej szkoły, najpierw do klasy przejściowej, w której załapała język, dzięki czemu przeszła po pół roku do normalnej klasy. Ja zapisuję się na kolejne kursy niemieckiego, z przerwami zajmuje mi to 2 lata, w trakcie których chodzę do szkoły codziennie do godziny 14. Jednocześnie działam zawodowo i artystycznie. Minęły 3 lata, od kiedy zamieszkałyśmy w Berlinie,  podstawówka Leny dobiegała końca i musiałyśmy znaleźć gimnazjum, które w Niemczech trwa aż do matury. Żeby dostać się do lepszej szkoły, trzeba mieć wysoką średnią. Lena, mimo pewnych braków językowych, radziła sobie bardzo dobrze, ale i tak było ryzyko. W formularzu trzeba podać trzy szkoły, na których najbardziej nam zależy. Gdyby się nie udało dostać do tej na pierwszej pozycji, mogło się okazać, że żadna ze szkół podanych na drugim i trzecim miejscu nie zechciałaby jej przyjąć. Wtedy ląduje się w jakiejś przypadkowej budzie ze słabym poziomem i daleko od miejsca zamieszkania.

Miałaś już pomysł, gdzie chciałaś posłać Lenę?

Miałyśmy na oku pewne prestiżowe gimnazjum z klasą plastyczną, gdzie oprócz średniej liczyła się także prezentacja teczki i listy polecające, które udało nam się otrzymać od przyjaciół artystów. Zaryzykowałyśmy! Rozmowa kwalifikacyjna przeszła nasze oczekiwania. Odbyła się ona w zupełnie innej atmosferze niż te, które kojarzyły mi się z polską szkołą. Mogłam towarzyszyć Lenie i pani była niezwykle serdeczna, zero stresu. Lena dostała pochwały, a ja, mimo że mój niemiecki był wciąż beznadziejny, usłyszałam miłe słowa, o tym, jak fajnie, że Lena ma we mnie taką artystyczną inspirację. Potem ponad trzy stresujące miesiące oczekiwania na odpowiedź. Udało się! Lena dostała się do jednej z bardziej renomowanych szkół w Berlinie. Coś jak za moich licealnych czasów dostać się w Warszawie do klasy plastycznej w Cervantesie.

Sukces!

Po tej stronie tak, ale dla równowagi w tym czasie moje poszukiwania mieszkania zaliczały górki i dołki.

W czym kłopot? Chodzi o gentryfikację?

To złożona sprawa. Główny problem polega na tym, że w przeciwieństwie do polskich realiów, tutaj mieszkania należą do dużych właścicieli, którzy posiadają całe budynki, a nieraz całe osiedla, i nabór najemców odbywa się na zasadzie bardzo formalnego konkursu. W ofercie mieszkania do wynajęcia jest ogłaszany tylko jeden termin na oglądanie, na który przychodzi po kilkadziesiąt chętnych z grubymi teczkami wypełnionymi wszystkimi wymaganymi papierami, zaświadczeniami o zatrudnieniu, wysokości zarobków, o braku długów z rejestru, opiniami poprzedniego właściciela, że czynsz był zawsze opłacony w terminie, i całej reszty, której już nie pamiętam. Wszystkie teczki startują w konkursie. Im lepsze zatrudnienie, najlepiej stałe – freelancerzy mają dużo trudniej – im wyższa cyfra na koncie bankowym, tym większe szanse. Warto też rozwiać mit, na który natknęłam się w przeglądzie polskiej prasy, o rzekomych mieszkaniach socjalnych, które przyznaje miasto. Czegoś takiego w ogóle nie ma! Są tylko większe spółdzielnie, które mają układ z miastem, że część mieszkań jest przeznaczona dla osób o niższych dochodach. Wtedy, po spełnieniu odpowiednich formalności w urzędzie mieszkaniowym, startuje w takim samym konkursie, tylko z innymi „biedakami” z odpowiednimi papierami.

Ile czasu musiałaś czekać na mieszkanie?

Po 3 latach od sprowadzenia się do Berlina znalazłam przytulne, 3-pokojowe mieszkanie w ukochanym Neukölln, zaraz za Ringiem, z parkiem po drugiej stronie ulicy, i jeszcze za taką cenę, która teraz się już nie zdarza. Przeniosłyśmy się do nowego lokum tuż przed rozpoczęciem przez Lenę gimnazjum. Własna przestrzeń umożliwiła nam wytworzenie między sobą zbalansowanego poczucia bliskości i swobody, których podstawą jest zaufanie.

Jak rozwijała się w tym czasie twoja kariera? Gdzie pracowałaś?

Dużo się wtedy działo. Miałam publikacje w magazynach, brałam udział w grupowych wystawach, organizowałam parę wydarzeń o bardziej lokalnym charakterze. Poznałam stylistkę Edytę Kopcio, z którą opublikowałam kilka naszych sesji, nakręciłam video z choreografką Taren Johnson. Dzięki Jasonowi poznałam performerkę Gaby Gilę czy wspaniałą muzyk Elizabeth Wood – w jej chórze śpiewałam razem z Leną. Występowałyśmy też w „OK musicalu” Christophera Kline’a. Odkryłam, że jeden z moich ulubionych web designerów Andrew McCarthy rezyduje w Berlinie. Zamówiłam u niego nową stronę, zorganizowaliśmy wystawę w Balerze i launch party w kultowym Del Rex. Współpracowałam z Jeanne-Salomé Rochat z magazynu Novembre. Fotografowałam przedstawicielki lokalnej bohemy, na przykład Hanne Lippard czy Berglind Agústsdottir i kontynuowałam pracę nad książką fotograficzną z Patrycją Śmiechowską, nad która zaczęłyśmy pracować jeszcze przed moim wyjazdem w 2010 r. Dzięki tym doświadczeniom odnajduję swoje wewnętrzne dziecko, które pozwala mi zredefiniować moje artystyczne dążenia.

Czy w tym czasie odwiedzałaś Polskę, rodzinę i przyjaciół?

Kiedy zaczynałam się w końcu urządzać i miałam czas na autorefleksję, 2,5 roku temu, w okolicach Gwiazdki odwiedziłam moją przyjaciółkę Zuzkę Wrońską na tradycyjnie, rok w rok organizowanej przez nią Wigilii dla przyjaciół. Zauważyłam, że Berlin przestał być dla mnie egzotyczny, do nowych norm przywykłam i patrzyłam na moich dawnych warszawskich przyjaciół ze zdziwieniem. Wszyscy sparowani i dzieci z roku na rok przybywa, plus kolejne raty kredytu we franku szwajcarskim. Trochę inaczej niż tu w Berlinie, gdzie każdy się tylko bawi, dorastanie zostaje przedłużone o kolejną dekadę lub nawet dwie. W pewnym momencie trochę mi się to znudziło, bo okazało się, że na dłuższą metę Berlin to stolica singli, i znalezienie kogoś na stałe graniczy z cudem, zwłaszcza, jeśli chodzi o egocentrycznych przedstawicieli awangardy. Poznałam kogoś spoza tego kręgu, związek się rozpadł, ale to doświadczenie zaprowadziło mnie do Akademii Designu, gdzie zaczęłam wykładać Fotografię i Art Direction. Tak oto zostałam pedagogiem. Rok temu spotkałam Guya, z którym szczęśliwie zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Było to na premierze video dla Molly Nilsson, które powstało podczas warsztatów dla nastolatków prowadzonych wspólnie z tandemem artystycznym Graw Böckler.

Co poradziłabyś komuś, kto chciałby się z dzieckiem przeprowadzić z Warszawy do Berlina?

Dla mnie Berlin był tym, czego potrzebowałam, ale prawie całą moją trzydziestkę poświęciłam na budowanie życia od nowa. Wiem, że teraz zamieszkać w Berlinie jest o wiele trudniej i nie znoszę tej propagandy, wedle której Niemcy to kraj miodem i mlekiem płynący. Na pewno jest bezpieczniej niż to się rysuje w polskich mediach i nie odczuwa się żadnego zagrożenia atakiem terrorystycznym. Ale że mieszkania za darmo, pomoc socjalna i zarobki wysokie? To wszystko nieprawda.

Mów, wyjaśniaj. Co ci tam doskwiera?

Pojawił się problem z uchodźcami, którym bardzo współczuje, bo Niemcy nie były na to gotowe, żeby ich przyjąć. Ale oni teraz są i powinni być traktowani priorytetowo, więc kryzys mieszkaniowy i cała biurokracyjna machina się pogłębiły. Ostatnio załatwiałam pewne administracyjne sprawy – jest to niewiarygodnie skomplikowane. Jestem pewna, że niejeden Niemiec ma z tym spore problemy, a co dopiero obcokrajowiec. Jest wiele instytucji, które pomogą, ale trzeba się najpierw zorientować, która jest odpowiednia, a potem – jak już się coś znajdzie – przechodzi się przez długotrwały i skomplikowany proces biurokracji.

W jakiej dzielnicy mieszka się najlepiej?

Każda ma dobrą infrastrukturę, ale żeby znaleźć coś w obrębie Ringu, to wymaga wysokich zarobków – najlepiej stałego zatrudnienia. Jeśli rozważać przeprowadzkę, to tylko, kiedy się ma zagwarantowaną pracę bądź perspektywę lukratywnego biznesu. Łatwiej znaleźć coś na obrzeżach, w dzielnicach byłego DDR-u, jak na Marzahn, ale tam trudno o klimaty, z których słynie Berlin. W momencie naszej przeprowadzki Lena miała 9 lat. Nie wyobrażam sobie tego z mniejszym dzieckiem, tzn. przed wiekiem szkolnym. Z przedszkolami czy żłobkami jest taki sam problem z dostaniem miejsca jak w Warszawie, a szkoła jest obowiązkowa, więc automatycznie z meldunkiem dziecko zostaje przydzielone do tej najbliższej w rejonie. Z tym trzeba też uważać, bo najważniejsze, żeby szkoły były wymieszane pod względem etnicznym. Żeby było trochę Niemców, trochę Turków i trochę przedstawicieli innych mniejszości. Jeśli szkoła rejonowa jest za bardzo monolityczna, warto spróbować zameldować się gdzieś indziej, gdzie szkoły są bardziej zróżnicowane.

Rzeczywiście tak trudno w Berlinie o dobrą pracę?

W branży kreatywnej jest taka konkurencja, że tylko nieliczni znajdują coś na stałe, zgodnie ze specjalizacją. Większość dorabia jako kelner albo za barem za minimalną stawkę 8 euro netto. Przy takich płacach trudno się wyrwać z tzw. WG, czyli mieszkania z kilkoma osobami. Mam kilku znajomych z wieloletnim doświadczeniem w zawodach wymagających wyższego wykształcenia, których pensja przy pełnym etacie nie dochodzi do 2000 euro netto. Moje dochody są bardzo nieprzewidywalne i nawet jako wykładowca wystawiam rachunki. To nie daje poczucia stabilizacji, choć po tylu latach freelance’u nie wyobrażam sobie pracy na etat.

Czy to jest dobry moment na przeprowadzkę do Berlina? Zrobiłabyś to teraz?

Wydaje mi się, że Berlin się już wypełnił i nie jest gotowy, żeby przyjąć więcej gości. Konkurencja jest ogromna, czasami ślepy traf, zbieg okoliczności i dobry network mogą pozwolić, żeby cię ktoś  zauważył, bo w momencie, kiedy jest za dużo ludzi, trudno przefiltrować, kto ma najlepsze kwalifikacje. Trzeba mieć bardzo dużo zaparcia, wyraźnie określone cele i siłę przebicia.

Gdybym miała wymienić rzeczy, na które trzeba uważać, to poszukiwanie mieszkania, praca, biurokracja, trudny język i trudności w znalezieniu poważnych relacji, tak samo romantycznych jak i przyjacielskich. Ta wielka tolerancja często jest wynikiem tego, że nikt na nikogo nie zwraca uwagi. Jest też ogromna rotacja ludzi – wielu z nich jest tylko przejazdem, żeby nabrać ciekawych doświadczeń, jakie niewątpliwie to miasto oferuje. Skoncentrowani tylko na sobie, nie zapuszczają korzeni, przez co trudniej jest o trwalsze relacje. Liczy się tylko tu i teraz, ale to czasem jest bardzo powierzchowne.

Nie byłam świadoma, na co do końca się porywam, ale nie żałuję swojej decyzji. Znalazłyśmy tu swoje miejsce, swoich przyjaciół, ja znalazłam wymarzoną miłość. Powrotu do Warszawy nie planuję. Lena jest bardzo zadowolona ze swojej nowej szkoły. Nie czuje się już gorzej ze względu na język, odnalazła stałe grono przyjaciół i jako że ma już 15 lat i niedawno odbyła praktykę dziennikarską w „Der Spiegel”, może też dodać do naszej historii coś od siebie.

 

 

RELACJA CÓRKI

Lena, wyjechałaś z Polski do Berlina, mając 9 lat. Jak wspominasz przeprowadzkę?

W chwili, gdy przyjechałam na stałe do Berlina, moja mama mieszkała już tam od 3 miesięcy. Na początku nie chciałam uwierzyć w jej decyzję, ale z czasem zaczęłam chodzić na prywatne lekcje niemieckiego i powoli przyzwyczaiłam się do idei mieszkania za granicą.

Co było najtrudniejsze zaraz na początku? Z czym niełatwo było ci się zmierzyć?

Najgorsza była rozłąka z rodziną. Za przyjaciółmi też tęskniłam, ale nie znaliśmy się na tyle długo i to nie była na tyle silna więź, by nasza znajomość przetrwała próbę czasu i odległości. Gdy przyjechałam do Berlina w wakacje 2012 r., żeby się trochę zaklimatyzować, szybko mi się spodobało, jednak im bliżej byłam pierwszego dnia szkoły, tym większy odczuwałam niepokój. Pamiętam, że pierwszego dnia cały czas powstrzymywałam się od płaczu. Wprawdzie znałam podstawy języka, ale i tak prawie nic nie rozumiałam. Na szczęście przez pierwsze pół roku byłam w klasie przygotowawczej, która dała mi czas, żeby zapoznać się z językiem i samą szkołą, oraz zapewniła pomoc w  integracji. Większość dzieci z mojej klasy pochodziła z Bułgarii lub Turcji i w związku z tym zwykle rozmawiali w tych właśnie językach. Dlatego trudno było mi się z nimi zaprzyjaźnić. Jako jedyna Polka w klasie zmuszona byłam szybko przywyknąć do mówienia po niemiecku, to przyspieszyło przejście do normalnej klasy już po pierwszym półroczu.

A poza lekcjami? Jak radziłaś sobie na przerwach?

Tu też były trudności. Ponieważ nie chodziłam z plakietką: „jestem z Polski i nie znam języka niemieckiego”, dzieci często zagadywały mnie na świetlicy czy korytarzu biegłym niemieckim. Jeśli ich nie rozumiałam, zwykle były poirytowane lub po prostu się ze mnie śmiały. Oczywiście nauczyciele zwracali im uwagę, żeby się tak nie zachowywały, ale zawsze się znajdował ktoś, kto ignorował ich uwagi. Moja szkoła zapewniała pomoc w integracji nie tylko w klasie przygotowawczej, lecz także na świetlicy. Było tam 7 różnych sal tematycznych, np. „pokój kreatywności” z  przyborami plastycznymi lub „pokój budownictwa” z klockami Lego. Miałam też zajęcia pozalekcyjne, takie jak ceramika lub stolarka, które odbywały się raz lub dwa razy w tygodniu.

Jesteś zuch – mówisz o tym okresie z takim spokojem, ale wyobrażam sobie, że musiało być ci ciężko.

To chyba normalne, że jest się trochę nieśmiałym w nowej szkole, zwłaszcza gdy nie zna się języka. Ja dodatkowo jestem introwertyczką i na początku każdej nowej relacji jestem nieśmiała i nie da się ze mnie wydusić ani słówka. Dopiero 2 lata temu, po tym, jak już od roku chodziłam do gimnazjum, zapoznałam się z trendami, nasłuchałam slangu i zaczęłam „szprechać”. Znalazłam przyjaciół, z którymi się świetnie rozumiem. Mam teraz dużo znajomych i kilka różnych paczek, których skład ciągle się zmienia. Mam też paru przyjaciół, którzy zawsze należą do przynajmniej jednej z paczek. Najlepszym przykładem jest Pola, córka brata chrzestnego mamy, którą znam od 3. roku życia. Miałam ogromne szczęście, ponieważ ona urodziła się w Berlinie. Kiedy się tu przeprowadziłam, od razu miałam koleżankę, która mówiła i po polsku, i po niemiecku. Oczywiście miałyśmy swoje lepsze i gorsze fazy, ale tak to jest w rodzeństwie, bo tak właśnie się czujemy – jak siostry. Rywalizujemy ze sobą, lecz także inspirujemy się i wspieramy nawzajem. Teraz, gdy jesteśmy starsze (ja mam 15,5 roku, a ona 16 lat) poznajemy coraz więcej ludzi, których później poznajemy ze sobą, przez co większość moich znajomych jest jej znajomymi i vice versa. Budujemy coraz większą sieć znajomości, która rozciąga się na prawie cały Berlin.

Czy szkoła faktycznie wspiera integrację tutejszych dzieci z dziećmi ekspatów, czy pielęgnuje skrajny indywidualizm? Z tego co wiem, tak właśnie dzieje się z dorosłymi mieszkańcami Berlina. Czy widzisz szansę na to, by młodzi ludzie stali się tym pokoleniem, które będzie bardziej otwarte na przyjezdnych? 

Myślę, że większość berlińczyków jest bardzo otwarta na nieznane. Poglądy lewicowe są tutaj popularne, wszędzie kładzie się nacisk na walkę z dyskryminacją. W mojej szkole, której patronką jest Sophie Scholl, buntująca się przeciwko nazistom w czasie II wojny światowej, szczególnie ważna jest akceptacja. W roczniku wyżej jest jedna dziewczyna, która nosi chustę, a w moim roczniku inna, która zdecydowała się w zeszłym roku na zmianę płci i jest w trakcie procesów umożliwiających jej stanie się fizycznie chłopakiem. A poza tym, jest mnóstwo różnych emo, punków, hipsterów, tonerów, kujonów itp. Każdy może być, kim tylko zapragnie, i to jest w Berlinie powszechne. Wyjątkiem są niektóre dzielnice.

Twoja mama nazwała Berlin „miastem singli”. Czy ty też czujesz, że do tego dąży twoje pokolenie?

Wiem, o co jej chodzi. Jest tutaj mnóstwo imprezowiczów lub ogólnie ludzi, którzy poprzestają na one night standach, wszyscy są zabiegani lub zbyt specyficzni, by mieć czas na poważny związek. Każdy żyje w swoim świecie, lecz szczerze mówiąc, myślę, że właśnie przez tę różnorodność każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Ja z moimi 15 latami także przeżywam młodzieńcze amory, szczęśliwe lub nie, i myślę, że każdy może mieć nadzieję na „tę” osobę.

Dużo w tobie optymizmu i to jest super. Czujesz, że Berlin to twoje miejsce na Ziemi?

Uwielbiam to miasto. Jest wspaniałe, czuję się tutaj sobą, bo mogę być tym, kim chcę. W Polsce to nie byłoby możliwe, przynajmniej w większości miast.

O czym myślisz?

Chodzi mi o to, że do niedawna miałam kolorowe włosy – raz różowe, później niebieskie, jeszcze później fioletowe, i tak było przez 3 lata.

Teraz za to masz jeżyka!

Tak i gdybym tak wyglądała w Polsce, to po pierwsze musiałabym mieć ogromną odwagę, żeby znieść spojrzenia ludzi na ulicy, a po drugie – pewnie by mnie wyrzucili ze szkoły (śmiech). Tak też jest z ubiorem – w lecie noszę do szkoły szorty, pod którymi mam kabaretki, a do tego top z dekoltem i żaden nauczyciel nigdy nie zwrócił mi uwagi. Myślę, że w Polsce to by nie przeszło. Ogólna akceptacja dotyczy nie tylko wyglądu, lecz także zachowania. Można wygłupiać się z koleżanką i robić dziwne grymasy, a ludzie zaczynają się śmiać i dołączają do ciebie.

Czy mimo tych wszystkich udogodnień dopuszczasz do siebie myśl, że kiedyś mogłabyś wrócić do Polski?

Mam ogromny sentyment do Polski, starych rozpadających się chat na wsi, brzydkich żółtych bloków w mieście lub centrum, w którym dla małej mnie, było wszystko. Kocham to, że jestem Polką, myślę, że przez to mam inne spojrzenie na świat.

Doprecyzuj.

Na przykład zachwycam się zapachem parującego asfaltu po letniej ulewie, który jest wspomnieniem z Sulejowa, wioski, w której kiedyś zawsze spędzaliśmy wakacje. Albo, że wystarczy mi zjeść bułkę z kefirem na polu i dobrze się czuję, bez kina, bez lunaparku. Oczywiście uwielbiam także i te rozrywki, lecz nie są one konieczne. Muszę przyznać, że wynika to prawdopodobnie z tego, że zawsze żyłyśmy skromnie. Lubię powiedzieć, że to stara polska szkoła, to brzmi szlachetniej.

Ładnie opowiadasz, ale wcąż nie wiem, czy chciałabyś kiedyś wrócić do Polski.

Nie mogę sobie wyobrazić powrotu do Polski, bo czułabym się skrępowana presją utrzymania „dobrze widzianego” wizerunku. Chodzi mi o to, że jak patrzę na konta na Instagramie koleżanek ze starej szkoły w Warszawie, to one wszystkie są „perfekcyjne”. Wszystkie mają superfigurę, nieskazitelną cerę, idealny makijaż, są dobrze ubrane i chodzą na kawę do Starbucksa. W Berlinie też są takie dziewczyny, ale nie tylko. Jest różnorodność, a poza tym, jeśli takie są, to zazwyczaj dlatego, że tak chcą, a nie dlatego, że myślą, że takie być powinny. Jak jestem na wakacjach w Polsce, to czasami czuję się jak wyrzutek. Dziwne włosy, dziwny ubiór i makijaż, no i oczywiście moje zachowanie. Moja rodzina w Polsce też próbuje mnie zmienić, bo nie robię tego, co powinnam: „Zapuść włosy, zafarbuj z powrotem na kolor naturalny!”, „Noś sukienki!”,„Nie maluj oczu czerwonym cieniem, bo wyglądasz, jakby ktoś cię pobił, albo jakbyś coś paliła!”, „Bądź miła, pytaj o rzeczy, które cię nie interesują, żeby zadowolić innych!” i tak dalej. Czasem mnie to smuci, że nie do końca mnie akceptują, ale potem myślę, że szczególnie w Polsce żyje się z presją wywołania dobrego wrażenia. To nieprawda, że w Berlinie mieszkają same brudasy lub chamy, ale nie przywiązuje się aż takiej wagi do wyrażania swojego statusu za pomocą ubioru.

Z tego, co mówisz, niewiele się zmieniło od czasów, kiedy ja byłam nastolatką. Smutne.

Tak, ale nie zrozum mnie źle – ja kocham Polskę. Nie mogłabym już tam mieszkać, ale uwielbiam przyjeżdżać na wakacje i odwiedzać ulubione miejsca. Zapachy, smaki, prawie wszystko, do czego mam sentyment, pochodzi z Polski. No a poza tym, będąc Polką, szpanuję w szkole, bo po każdych wakacjach wracam z walizką wypchaną ciuchami z lumpeksu, za które zapłaciłam grosze, i słodyczami, których w Berlinie nie dostaniesz.

Wracasz do Berlina z uśmiechem, co?

Tak, bo Berlin jest teraz moim domem, tu czuję się najlepiej. Tu jestem wolna i mam szansę na wszystko.

Życzę wam szczęścia, dziewczyny i dziękuję za rozmowę.

*

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: prywatne archiwum Joanny i Leny

*

Joanna Szproch – rocznik 1979. Urodziła się w Warszawie, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi, po obronie magistra sztuki w pracowni prof. Grzegorza Przyborka przeniosła się z powrotem do Warszawy, aby pracować komercyjnie i artystycznie, lokalnie i międzynarodowo, rozwijać swój charakterystyczny styl. Obecnie rezyduje w Berlinie, odkąd przeniosła się tam w 2012 r., kontynuuje pracę jako fotograf oraz prowadzi seminarium „Fotografia i Art Direction” na HTK Academy of Design. Tworzyła projekty dla magazynów, projektantów i marek kosmetycznych, serię portretów reprezentujących przedstawicieli berlińskiej bohemy, cykl niekonwencjonalnych artystycznych prezentacji i wystaw, jak w Unterdertitel czy Caffe Internazionalè. Brała też udział w rozmaitych projektach artystycznych: śpiewała we współczesnym chórze Gray Voice Ensemble czy musicalu O.K. Christophera Kline’a.

FACEBOOK / TWITTER / INSTAGRAM / TUMBLR

Lena Hulpowska-Szulc – rocznik 2002. Pierwsze lata spędziła w Łodzi, gdzie jej rodzice kończyli studia, po których wszyscy, w trójkę przenieśli się do Warszawy. Do szkoły została przyjęta na Miodową, w klasie fortepianu. Wystąpiła w pokazie choreograficznym Petera Greenawaya na otwarcie Centrum Nauki Kopernik. W wieku 9 lat zamieszkała z mamą w Berlinie. Odbyła praktykę dziennikarską w magazynie „Der Spiegel”. Brała udział w warsztatach music video prowadzonych przez mamę i jej przyjaciół artystów. Jest fanką BTS, eksperymentuje ze stylem, odkrywa muzykę klasyczną – tę z czasów rodziców i najnowszą. Jest na etapie poszukiwania swojej drogi i jeszcze nie wie, co zamierza robić w przyszłości. Od niedawna po uszy zakochana w swoim chłopaku Ludwiku.

INSTAGRAM

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.