Egaliterra

Książka z Wytwórni

Książka ważna i poważna, choć w pierwszym kontakcie puszcza do nas figlarne oczko. Wprowadza nas w wyimaginowany świat, by mówić o tym, co dzieje się tu i teraz. A dzieje się źle.

Daleki plan przestrzeni kosmicznej – wszystko sprowadza do kolorowych plam. Cóż, plamy – jedna mniejsza, druga większa, jedne niebieskie, inne żółte i różowe. Rozmiar, kolor, nic tu nie ma znaczenia, ot przyjemnie abstrakcyjna wizja. Zoomując soczewkę, poznajemy planetę Egaliterrę i istniejące na niej państwo Egalitanię z jej mieszkańcami Egalimisiami. Dużo ich, różowe i niebieskie, żyją razem zgodnie z Misiową konstytucją, gwarantującą im równość. Równo im przysługuje i równo ich obowiązuje, co powinno. Równo powtarzane zdania o równości nie kroczą jednak równym krokiem z praktyką. Różowe mają pod górkę, choć równa ma być droga dla każdego, różowe mają mniej, choć i więcej niekiedy, zwłaszcza, gdy chodzi o obowiązki. Różowe słuchają, kiedy niebieskie krzyczą. Różowe patrzą, kiedy niebieskie decydują. Różowe pchają wózki z małymi, kiedy niebieskie piastują stanowiska. W którymś momencie staje się nieuniknione, różowe mają dość!

Doceniam zabieg Joanny Olech i Edgara Bąka tam, gdzie słowo „równość” jest odmieniane przez przypadki, a prawda o jego nieistnieniu wychodzi w obrazie. Można równość tak samo łatwo dostrzec, jak i przegapić. Można do niej dorastać. Można jej szukać. Starać się zrozumieć.

Czteroletnia Marianna, widząc przewagę niebieskich w Misiowym parlamencie, stwierdziła, że to niesprawiedliwe. Sześcioletni Gustaw zrozumiał zabieg z szybciej znikającą niebieską kolejką do pracy. Ale różowe misie z wózkami i niebieskie z wozami wydały im się naturalnie OK. Nie martwię się, bo gdy doszliśmy do planszy różowego buntu, oboje doskonale wiedzieli, o co chodzi. Cóż, muszę przyznać, że niemałe mają doświadczenie ze zgrupowań publicznych.

Oszczędna w słowach, nie pozwala oderwać od siebie oczu. Jej zamaszysta kreacja, pełna mocnych kontrastów i nieoczywistości bardzo nam się spodobała. Trzeba przyznać, że niejedną grafikę Edgara Bąka chętnie wiedzielibyśmy w plakatowym wydaniu.

 

„Egaliterra” to nie jest książka dla dzieci. To książka dla nas wszystkich. Do wspólnych lektur, rozmów, sprawdzania, nauki i dyskusji. To książka o nas, o naszym świecie, czy nam się to podoba, czy nie. Czy nas uwiera, czy przymykamy na to oko, żyjemy w Egalitanii. I dobrze jest wiedzieć, że coś tu nie działa jak powinno. I dobrze jest tłumaczyć dlaczego.

Po lekturze słuchałam, jak Gustaw wyjaśniał Mariannie, kim jest prezydent, to tata kraju. Bardzo to ładna definicja.

„Egaliterra” Joanna Olech, Edgar Bąk, Wydawnictwo Wytwórnia. 

Ładnebebe jest patronem tytułu. 

„Egaliterra” zdobyła tytuł must have Łodź Design Festival.

*

Tekst: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Lidka Dzwolak/Oh, krab

 

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.