Mama, rozmowa

Efrat z Bułgarii

Ze skupieniem dobiera lniany obrus, ustawia tort i starą zastawę i rozsypuje płatki polnych kwiatów. Czarodziejka kadrów z małego miasta w Bułgarii, do której trafiła z Izraela, przez Nowy Jork. Nomadka, ciągle w ruchu. Poznajcie Efrat!

Odpowiedziała na moje zapytanie błyskawicznie. Żyje w sieci, ale też bardzo tu i teraz, wśród magicznych krajobrazów bułgarskiej wsi. Zapuściła tu korzenie, jednak nigdy nie wiadomo, na jak długo – homeschooling dzieci i wolny zawód pozwalają na tryb życia w rytmie slow. Jak znalazła się z aparatem w bułgarskim lesie i dlaczego wyjechała ze słonecznego Tel Awiwu opowie mi dziś kolejna Instamama, Efrat, autorka bloga My Lovely Mess.

 

 

 

Hej, Efrat! Możemy się cofnąć w czasie? Opowiedz o swojej drodze, która przywiodła cię z Izraela aż do małego bułgarskiego miasteczka. Czy to scenariusz na film?

Urodziłam się w Izraelu i chyba zawsze byłam taką „artystyczną duszą”, choć niespecjalnie się wyróżniałam i nie miałam jednej pasji. Dopiero gdy skończyłam służbę wojskową, za namową przyjaciółki złożyłam papiery do słynnej Bezalel – Akademii Sztuk Pięknych w Jerozolimie. To najstarsza i najbardziej prestiżowa uczelnia, i przyjęto mnie! Tu zaczęła się moja przygoda z fotografią, choć powiem ci szczerze, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie czułąm tego, dałam się więc ponieść fali znajomych z artystycznego świata i zaczęłam pracę jako stylistka przy telewizyjnych produkcjach. Poznałam mojego męża Boyana, który jest niesamowicie zdolnym malarzem, i tak przepracowałam jako stylistka 6 lat.

I nagle przełom?

Trochę tak, Boyan dostał ciekawą propozycję z Nowego Jorku i przeprowadziliśmy się tam bez wahania. Nasz syn urodził się na Manhattanie. Jednak tęsknota za Izraelem była tak wielka, że wróciliśmy po dwóch latach. Przed wyjazdem zaczęłam bawić się aparatem cyfrowym – to było po siedmiu latach przerwy! Cyfrowy sprzęt to był moment przełomu, chwila, gdy poczułam, że chcę wrócić do fotografowania. Założyłam bloga, zaczęli pojawiać się klienci, ale życie w tym czasie w Izraelu nie było usłane różami. Serio, nie było nam łatwo, nazwałabym to raczej codzienną walką. Gdy córka skończyła 3 lata, postanowiliśmy rzucić wszystko, co mamy, i przeprowadzić się do rodzinnego miasta męża.

W Bułgarii?

Tak, w małym postkomunistycznym mieście na północy Bułgarii. Moi teściowie wciąż tu mieszkają. To miała być taka odskocznia, przerwa na trzy miesiące i wytchnienie od intensywnego rytmu naszego życia w Tel Awiwie. I proszę, jesteśmy tu już czwarty rok, mieszkamy w wymarzonym stuletnim domu nad Dunajem. Przeniosłam tu swoje biuro, organizuję warsztaty fotograficzne. Uczymy dzieci w domu, uzależniliśmy się od podróży i od tego miejsca chyba trochę też!

 

 

 

Masz duszę nomadki. Jak często zmieniacie dom i podróżujecie?

Ha, ha. Jak mieszkaliśmy w Nowym Jorku, byliśmy totalnymi fanami miasta, fascynowało nas. Teraz w Bułgarii jest dokładnie odwrotnie, odkryliśmy fascynujący świat natury i nie możemy się nim nacieszyć. Generalnie przez ostatnie 3 lata dużo podróżowaliśmy, zakochaliśmy się w Indiach, gdzie spędzaliśmy zimy, żeby uniknąć bułgarskich mrozów! To prawda, troszkę ze mnie Cyganka, co dwa-trzy miesiące muszę wyruszyć przed siebie. Dla mnie dom to miejsce, w którym mam rodzinę, aparat i wifi (śmiech). Bułgarski dom to na razie nasza baza.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Pamiętasz jakiś pejzaż, smak lub rzecz związaną z podróżą, które zostały z wami na zawsze? 

Tak. Wiesz, dlaczego pojechaliśmy 3 lata temu do Indii? Bo pewnego wieczora zobaczyłam niesamowite zdjęcie w sieci. Poczytaliśmy, zakochaliśmy się i rano miałam 4 bilety w ręce. To  Leh Ladakh i taki nasz podróżniczy zachwyt. W miarę zbierania doświadczeń i kolejnych podróży nauczyliśmy się doceniać takie małe momenty i zdarzenia, które często przewyższają wartością te słynne pocztówkowe widoczki. Trekking w Himalajach, niesamowite skały w Hampi, niezliczone przyjaźnie na szlakach, zachody słońca i sesje nurkowania w oceanie.

 

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Z tych dalekich podróżmy wróćmy na chwilę do waszego domu. Opowiedz mi o Bułgarii, bo niby ją w Polsce trochę znamy, mamy jakieś wspomnienia z dzieciństwa, ale nic więcej…

Mieszkamy w Vidin, na północnym zachodzie kraju. To rodzinne miasto mojego męża. Po upadku komunizmu postanowił szukać lepszego życia w Izraelu i spędził tam 20 lat. Nasze spotkanie, małżeństwo, dwójka dzieci i nagle… bum! Znów zwrot w życiu i oto jesteśmy znów w jego rodzinnym domu, ale już odnowionym.

Jak ci tu?

Tak szczerze, jest to ciągłe zmaganie się, docieranie, poznawanie zupełnie innej kultury. Nie do końca zaadaptowałam się w tym nowym środowisku i zżyłam z lokalną ludnością. No cóż, moja izraelska krew i temperament to jakieś lata świetlne od mentalności tutejszych mieszkańców. Ale ja z tym nie walczę, właściwie bardzo tego potrzebuję w tym momencie mojego życia. Zbudowałam tutaj sobie takie równoległe do życia uniwersum, moją własną oazę szczęścia pośród szarości małego miasteczka. Najbardziej cenię sobie wolność, jaką daje mi to miasto. Bułgaria jest dość biednym i smutnym krajem, ale w każdym miejscu na świecie można znaleźć szczęście i możliwości, by rozwijać swoją kreatywność. Wystarczy szeroko, a raczej… bardzo szeroko otworzyć oczy.

 

Podróże to wolność, którą tak cenisz. Macierzyństwo trochę tę wolność zabiera. Co jest dla ciebie w byciu mamą najtrudniejsze?

Chyba rutyna, a właściwie powrót do rutyny po wielu latach beztroskich podróży. Taki homeschooling na przykład – nie jest to takie łatwe. Po każdym wyjeździe potrzebuję czasu, nawet 2-3 tygodni, by odnaleźć się w nowym miejscu, by znów złapać inny rytm, bez pośpiechu i ciągłego przemieszczania się. W tym czasie adaptacji bywa, że z trudem wchodzę w rutynę, ale nauczyliśmy się ostatnio, żeby nie poganiać się, nie robić rzeczy na siłę. Take it slow! My w ogóle od dawna już odpadliśmy z zawodów i pogoni, tak obecnej w krajach zachodnich. Nic nikomu nie musimy udowadniać tym pędem.

 

 

Zatrzymajmy się więc. Co daje ci macierzyństwo?

Nie będę pisać o rzeczach oczywistych, czyli emocjach, bo nic z nimi nie jest w stanie konkurować. Szept do ucha przed snem, przytulenie, całus, gdy właśnie bardzo tego potrzebuję. Ale najcenniejszym momentem, i to jest rzeczywiście taki nasz zwyczaj, jest codzienne czytanie przed snem. Czekam na nie równie mocno, jak oni. Móc czytać książki, których mi nie czytano, kiedy byłam dzieckiem, słuchać ich szeptów czy dyskusji – uwielbiam to.

A twoja dwójka? Opowiedz o nich.

Są bardzo różni, wręcz na dwóch biegunach, więc mamy ręce bardzo zajęte! Każdy dzień z nimi to trochę jak nurkowanie w głąb oceanu – nie wiesz, dokąd dotrzesz i co zobaczysz. 9-letni Yannik uwielbia Lego i pożera książki. Sophia, sześciolatka, jest typem człowieka lasu, kocha naturę i marzy, by zamieszkać w jakiejś dżungli sama, bez ludzi. Są bardzo zaradni i utalentowani, rozmawiają płynnie w 3 językach. Niezależni, potrafią dostosować się do każdej sytuacji czy nowego miejsca, co postrzegam jako mój sukces wychowawczy! A to, że pod koniec dnia kłócimy się o czas przed TV czy nieposprzątany pokój, no wiadomo…

 

Opowiedz o twoich warsztatach fotograficznych, jesteś kolejną kreatywną mamą, którą spotykam na Instagramie!

Pierwsze warsztaty zorganizowałam 4 lata temu w Bułgarii, jeszcze zanim tu zamieszkaliśmy! Znalazłam świetną lokalizację – opuszczane miasteczko u podnóży gór, wyremontowaliśmy tu kilka chatek na potrzeby zajęć, a potem z rozpędu zaczęłam remontować nasz obecny dom. Teraz warsztaty odbywają się w naszym domu, ogrodzie, okolicy, z widokiem na majestatyczny, stary las i rzekę Dunaj. Zajęcia trwają 3 dni i dają możliwość wytchnienia, ucieczki od rytmu i intensywności życia w dużym mieście. Opowiadam o podstawach fotografii, stylizacji, o własnym języku. Ciągle się kreatywnie rozwijam i szukam – ostatnie kursy skupiają się na przykład na kulinariach. Uwielbiam jedzenie, lubię gotować, piec i stylizować jedzenie. Stąd pomysł, by zapraszać znanych szefów kuchni czy blogerów z Izraela. Uczymy się więc fotografii, ale też jemy najlepsze jedzenie na świecie! Używamy sezonowych produktów, rozstawiamy stoły w lesie czy na łące, palimy ognisko, celebrujemy moment razem. Kiedyś na kursy zapraszałam tylko kobiety, a teraz może przyjechać każdy, niezależnie od umiejętności fotograficznych.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Widzę u ciebie hasztag #bulgariaescape. Fajnie, że promujesz przy okazji mniej znane rejony. Co powinnam zobaczyć, jeśli przyjadę tu z rodziną?

Siedem Jezior Rilskich (Sedemte Ezera) to prawdziwy cud natury, koniecznie trzeba je zobaczyć! Oczywiście wybrzeże Morza Czarnego, my na przykład lubimy rozbijać namiot na plaży. Niesamowite klify na północy Bułgarii i moje ulubione miasteczko Vratsa, jeśli lubisz się wspinać i chodzić po górach.

Dziękuję ci za rozmowę!

*

Mnie kadry Efrat przenoszą w świat dzieciństwa, wakacji na wsi, prostych przyjemności, o których w dużym mieście tak łatwo się zapomina. Na Bułgarię nie będę już patrzeć tylko przez pryzmat zatłoczonej riwiery i Złotych Piasków. A wy?

zdjęcia: z archiwum Efrat i jej konta na Instagramie

rozmawiała: Kasia Karaim

 

Leave a comment 2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama