Mama

Dominika w Kuwejcie

Dominika jest globtrotterką, mamą trzech chłopców i promotorką polskiej mody dziecięcej w Kuwejcie. Poznajcie kolejną bohaterkę cyklu Mama na emigracji.

Od najmłodszych lat podróżuje, poznaje języki i kulturę nowych krajów, więc osiedlenie się w nowym, choćby i mocno egzotycznym miejscu, nie stanowiło dla niej przeszkody. Poradzi sobie wszędzie. Jednocześnie ma odwagę spojrzeć na Kuwejt krytycznie, dostrzec powody, dla których chciałaby wrócić do Polski. W rozgrzanym do czerwoności mieście bez chodników i przejść dla pieszych Dominika szuka swojego miejsca, czując, że to jedyne i docelowe jest we Wrocławiu, blisko rodziny i przyjaciół. Poznajcie się.

***

Ty to masz dobrze. W Kuwejcie słońce prawie nie zachodzi i pogoda raczej nie płata figli, czego nie można powiedzieć o polskich warunkach. Jak ci się żyje na nieustających wakacjach?

 

W Kuwejcie żyje się super, dopóki właśnie nie przyjdzie do nas lato. Wtedy te nasze długie, błogie „wakacje” zamieniają się w istne piekło. Nie żartuję!

Nie wierzę.

Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem morza i zamiast poczuć powiew egzotycznego powietrza, masz wrażenie, że właśnie otworzyłaś drzwiczki od piekarnika. Właśnie tak! Latem jest tu bardzo gorąco, nie do wytrzymania. Temperatury przekraczają nawet 50 stopni. Jest za gorąco, żeby przebywać na dworze czy nawet nad chłodzonym basenem. Tak, w Kuwejcie mamy chłodzone baseny (śmiech).

Czyli w najcieplejsze miesiące siedzi się w domu?

Życie toczy się wtedy w pomieszczeniach zamkniętych typu centra handlowe, kawiarnie, restauracje itd. Nawet wyjście z domu do samochodu jest kłopotem. Będąc z dziećmi zawsze włączam auto na 5 minut przed odjazdem, żeby samochód się nieco ochłodził. Kiedy odbieram dzieciaki ze szkoły,  zostawiam samochód włączony, żeby klimatyzacja nadal chodziła. I tak robią wszyscy, nie tylko „ludzie z zachodu”. Kuwejt jest bardzo bezpiecznym krajem, nikt nie obawia się kradzieży.

To na jakie miesiące nie powinno się planować podróży do Kuwejtu?

Najgorzej jest w lipcu, sierpniu i we wrześniu, dlatego też jak tylko chłopcy kończą szkołę, pakujemy walizki i uciekamy do Polski – właśnie na wakacje! Najprzyjemniej jest tutaj od marca do czerwca i w listopadzie. Temperatura w grudniu i styczniu wynosi ok. 12 stopni. Niby nic takiego, ale wtedy cały Kuwejt ubiera się w czapki i kurtki, i mówi się tylko o tym, jak bardzo jest zimno! (śmiech)

Jak wspominasz dzieciństwo w Polsce? Szczęśliwy czas?

Moi rodzice wierzyli, że znajomość języków obcych da mi większe możliwości, dlatego też mój pierwszy dłuższy pobyt za granicą przeżyłam w wieku 12 lat. Mieszkałam wtedy u babci we Francji przez prawie 2 lata, a po 3 miesiąch byłam już oswojona z językiem i kulturą. Wróciłam do Polski i po 2 latach od przyjazdu rodzice znowu zaproponowali mi wyjazd, tym razem do Londynu, do katolickiej szkoły z internatem. Działo się to ponad 20 lat temu. Nie miałam wtedy telefonu komórkowego i do tej pory pamiętam, jak w każdżą niedzielę rano stałyśmy w kolejce przed szkolna budką, czekając z nadzieją, że nasi rodzice się do nas dodzwonią. Szkolne mundurki, spódniczki mierzone linijką do kolana, wszystko musialo być poprawnie – po angielsku. Marymount International School, o której mówię, mimo wielu surowych zasad, wpominam naprawdę miło. Regularnie wychodziłyśmy na musicale, do opery, na wycieczki. Tęskniłam jednak za rodziną ogromnie i po roku postanowiłam wrócić. W Polsce zdawałam maturę i dostałam się na Uniwersytet Ekonimiczny we Wrocławiu. Studiowałam tam 2 lata, a później znowu wyjechałam z kraju, nie wiedząc jeszcze, że już na stałę. Wybrałam Francję. Zapisałam się tam na studia i szło mi całkiem dobrze. A że do obrony pracy magisterskiej potrzebowałam 6-tygodniowego stażu w firmie, skontaktowałam się z właścicielami marki The Body Shop, którą poznałam będąc w Londynie. Po zakończonym stażu zaproponowano mi pracę, więc prosto z Lille pojechałam do Paryża. To było coś! Mialam 21 lat, międzynarodowy zgrany zespół i świetną pracę w samym centum Paryża.

Brzmi jak sen. Co wydarzyło się później?

Niedługo potem zaproponowano mi pracę w głównej siedzibie firmy w Anglii. I tak z tętniącego życiem Paryża przeprowadziłam się do Littlehampton, małego miasteczka na południu Anglii. Praca dawała mi niesamowitą satysfakcje, dużo się tam nauczyłam, a mój szef, 60-letni dżentelmen, był jednym z najwspanialszych ludzi jakich poznałam. Tam też poznałam mojego pierwszego męża, który tuż przed ślubem dostał bardzo atrakcyjną ofertę pracy w Kuwejcie. I tak oto się tutaj znaleźliśmy.

Pokochaliście miasto od pierwszego wejrzenia?

Z początku byliśmy zachłyśnięci tutejszym życiem, wygodami i oczywiście słońcem! Nowa praca mojego męża okazała się jednak mocno angażująca, często podróżował aż wreszcie nasze drogi się rozeszły.

A ty mimo to zostałaś.

Moja przygoda z Kuwejtem powinna się w tamtej chwili właściwie zakończyć, ale gdy już byłam spakowana i gotowa wracać do Polski, poznałam Andre, mojego obecnego męża. Zakochałam się, zostałam mamą i całą moją wizję kariery odłożyłam na później. Macierzyństwo jest dla mnie w tej chwili największym szczęściem i niesamowitą frajdą!

 

 

Czy coś się w Tobie zmieniło odkąd masz dzieci?

Nigdy nie sądziłam, że macierzyństwo aż tak mnie odmieni. Pamiętam, że będąc w ciąży z moim pierwszym synem zastanawiałam się, jak długo zostanę w domu. To było siedem lat temu! Macierzyństwo zmieniło we mnie wszystko. Spędzam z dziećmi każdą chwilę, razem się uczymy, bawimy. Staram się zdrowo gotować i uczę ich zdrowego stylu życia. Nie wyobrażam sobie innego życia. Mam nadzieję, że chłopcy wyrosną na dobrych, wrażliwych ludzi. Będzie to dla mnie największym osiągnięciem.

 

 

 

Opowiedz, jak wygląda Wasz rozkład dnia?

 

W tygodniu mąż zawozi chłopców do szkoły na 7.30, ja odbieram ich o godzinie 13. Jemy obiad, chłopcy trochę się bawią, po czym starszy odrabia lekcje. Mam to szczęście, że w Kuwejcie jest polska szkoła, chopcy uczęszczają do niej 2 razy w tygodniu. Angielski jest ich pierwszym jezykiem, więc dzięki szkole nadrabiamy zaległości, chłopcy mają kontakt z polskimi dziećmi i polską kulurą. Szkoła organizuje co roku jasełka, śmigus dyngus.

 

 

Czyli miasto jest bardzo przyjazne dla ekspatów z małymi dziećmi.

70 procent ludności to ekspaci, dlatego znajdziesz tu szkoły arabskie, hinduskie, brytyjskie, amerykańskie, kanadyjskie czy francuskie. Jest duży wybór a przy tym wysoki poziom. Niestety, to są drogie szkoły prywatne. Koszty edukacji, tak jak i wynajmu, są tu bardzo wygórowane. I w porównaniu z Europą, płacimy niestety o wiele wiecej za edukację naszych dzieci.

 

 

A co ze szkołami publicznymi?

Są zarezerwowane dla kuwejtczyków.

Co robicie w weekendy?

Nasze pozaszkolne czy weekendowe zajęcia są uwarunkowane sezonem. W chłodniejsze miesiące staramy się być na swieżym powietrzu tak często, jak tylko jest to możliwe. Oprócz rugby i piłki nożnej, jeździmy na rowerach, dużo spacerujemy. Jest tu mnóstwo parków, ale już trawa w parku to prawdziwy rarytas… Latem jest basen, morze i paddle boarding. Odkryłam ten sport z moją dobra koleżanką z Polski i nie ukrywam, że obie byłyśmy nim bardzo podekscytowane. Entuzjazm już nam trochę minął, zwłaszcza że trzeba deskę montować na dachu gotującego się samochodu lub też przetargać ją przez pustynię w drodze na plażę. Napocimy się nieziemsko, ale zawsze mówimy, że było warto! Wyjeżdżamy trochę dalej za miasto, morze jest bardziej czyste, a dzieci mogą zobaczyć niespotykane gatunki ryb, jeżowce i kałamarnice. Bierzemy wtedy ze sobą naszego psa wariata (śmiech).

W piątek mamy rugby. Chłopcy już trzeci rok z rzędu należą do Saracens Kuwait, w tym roku byli nawet na Dubai Rugby Festival. Mimo iż nie zdobyli medalu, było to dla nas wszystkich świetne przeżycie. Następne mecze odbędą się w Abu Dhabi i Bahrain. Trzymajcie za nas kciuki!

 

 

Trzymamy!

Musisz wiedzieć, że oprócz miejsc publicznych takich jak kawiarnie, restauracje czy domy handlowe tak naprawde nie ma dokąd pójść. O spacerze zapomnij, bo nie ma chodników. Jeśli zobaczysz kiedykolwiek jakąś mamę z wózkiem na spacerze możesz być pewna, że to nowa ekspatka, bo nikt o zdrowych zmysłach nie chodzi po ulicy. To może być tylko ktoś nowy i zdesperowany. Wszyscy przez to przechodziliśmy. Chcesz iść na spacer? Udaj się do parku samochodem.

To żart, prawda?

Poważnie! Wyobraź sobie, że ja mieszkam naprzeciwko plaży, ale żeby pojeździć z chłopcami rowerami po wydmach muszę zapakować sprzęt w samochód i przejechać drogę szybkiego ruchu, bo w Kuwejcie niestety ani chodników, ani nawet pasów nie znajdziesz.

 

 

 

Jacy są kuwejtczycy? Czy łatwo jest wejść z mieszkańcami w przyjacielskie relacje?

Są mili dla obcokrajowców, ale raczej do domów nie zapraszają. Traktują nas raczej z dystansem, chętniej już zaproszą nasze dzieci na play date. Wszystko tu działa na zasadzie „swój się trzyma swego”, dlatego też tak ważne jest mieć dobrych znajomych. Nie mamy tutaj rodziny, więc musimy polegać na znajomych, w razie gdy jedno dziecko zachoruje a drugie trzeba odebrać ze szkoly albo gdy mąż wyjedzie, a samochód się w tym czasie zepsuje. Jedna z niewielu rad, jakie daje się przyjezdnym, brzmi: „znajdź dobrych znajomych, bo to oni w Kuwejcie będą twoją rodziną”.

 

Wiem, że od pewnego czasu zajmujesz się promowaniem polskiej mody dla dzieci. Opowiadaj.

 

Od ponad roku jestem dystrybutorem polkich niszowych marek w Kuwejcie. Pracuję głównie z Miszkomaszko, ale mam też bliski kontakt m.in. z Radosną Fabryką czy La Dori Handmade. Pomysł powstawał stopniowo, zawsze lubiłam marki promujące fair-trade. Nie lubię masówek, wybieram produkty wykonywane ręcznie z naturalnych tkanin. Jako mama małych dzieci chcę, żeby nie tylko jedzenie, ale też ubrania i zabawki były dobrej jakości i bezpieczne.

Jestem typową Matką Polką z wyboru, dla mnie najważniejsze są teraz moje dzieci. Mam to szczęście, że mogę sobie na to pozwolić, a bycie dystrybutorem daje mi odskocznię od codzienności. W dodatku bardzo lubię modę i akcesoria dzieciece.

Czego Ci najbardziej brakuje w Kuwejcie?

Wszystkiego, oprócz zimy! No chyba że w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Czy powrót wchodzi w grę?

Spędziłam ponad 20 lat mojego życia poza Polską i czuję, że nadszedł czas, by zapuścić korzenie. Im częściej myślę o przyszłości moich dzieci, tym bardziej uświadamiam sobie konieczność powrotu.Owszem, Kuwejt to dobre miejsce dla młodych osób, które chcą się szybko wzbogacić albo dla młodej rodziny z małymi dziećmi, która ceni sobie wygodne i bezpieczne życie. Ale jako matka szybko dorastających dzieci wiem, że to nie jest już moje miejsce. Chciałabym wrócić do Europy, gdzie dzieci będą dorastać bliżej mojej rodziny. Chcę, żeby moja mama mogła zabierać ich na noc, mój tata na ryby lub na grzyby, żeby moja siostra mogła się z nimi bawić.

Po 20 latach na emigracji po raz pierwszy myślę o powrocie do domu.

Dziękuję Ci, Dominiko za rozmowę. Wszystkiego dobrego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama