Dobra z matmy

Rozmowa z Martą Kopyt

Ta pogodna dziewczyna ze zdjęcia powyżej to Marta Kopyt, ilustratorka i matematyczka, autorka ,,Wytwórnika geometrycznego" i najskuteczniejsza ambasadorka matmy na świecie.

Mama 3-letniego Kazimierza i 4,5-rocznego Klimka od dzieciństwa bawi się matematyką i ma z tych igraszek wielką frajdę. A że nie brakuje jej też talentu do rysowania, znalazła wspólne ujście dla obu pasji – książkę z zagadkami logicznymi, która angażuje uwagę dzieci i rodziców. Połącz kropki, zamień okrąg w koło czy stwórz zbiór – to tylko kilka z pomysłów Marty na wartościowe spędzanie czasu z dziećmi. My przepadłyśmy! Także za ilustracjami Marty, które do końca lipca będzie można obejrzeć i zakupić w księgarni wydawnictwa Wytwórnia. Wpadajcie przygotowani, po lekturze naszej rozmowy z autorką ,,Wytwórnika geometrycznego”.

*

Czy zawsze byłaś dobra z matmy?

Tak. Od samego początku życia. Miałam świetne nauczycielki, moi rodzice są matematykami, a moi dziadkowie – fizykami i inżynierami. Pamiętam, że gdy jeździliśmy na wycieczki samochodowe z rodzicami, tata zadawał nam w drodze ciekawe zagadki logiczne. Matematyka zawsze uważana była w naszym domu za interesującą dziedzinę. Nigdy nie miałam z nią problemu. Dlatego zdecydowałam się na studia matematyczne.

 

 

I jak je wspominasz?

Strasznie. Tam nie uczono takiej matematyki, którą znałam i lubiłam – zero opcji dla osób kreatywnych. Trzeba było wiecznie przedzierać się przez wzory, twierdzenia i dowody. Wszystko było nakierowane na matematykę zaawansowaną dla supermózgów, nie dla osób, które chciałyby się w niej twórczo realizować. To było dla mnie trudne, a do tego nie widziałam końca tej męki. Po kilku latach zrobiłam licencjat, co wspominam raczej z ulgą niż z radością. W międzyczasie poszłam do podyplomowej szkoły filmowej nauczyć się montażu. Poznałam tam świetnych ludzi i to mi dało do myślenia, że może jednak matematyka nie jest moją dziedziną. Potem zdałam na ASP i odetchnęłam, bo wreszcie poczułam się na swoim miejscu. Moja praca dyplomowa, czyli zorganizowanie wyścigu sztucznego konia na Służewcu, to jedno z moich najmilszych wspomnień.

Czujesz, że ilustracja i matematyka mają ze sobą coś wspólnego? Czy matematyczna logika ułatwia konstruowanie obrazka?

Pewnie. Ilustracje zagadnień matematycznych potrafią być najpiękniejsze na świecie. Nawet najprostsze wykresy funkcji czy rysunki brył mogą być dziełami samymi w sobie.

I dlatego tak dobrze realizujesz się w obu tych dziedzinach?

Prowadzę działania artystyczne, które są bardzo dalekie od matematyki, ale w moim dorobku są prace do niej nawiązujące. Zawsze lubiłam matmę i mam trochę żal o to, że ma ona taki słaby PR. Chyba właśnie dlatego tak bardzo chcę się nią zajmować. Niewiele osób jest jednocześnie artystami i matematykami, a ja mam to szczęście, że mogę wykorzystać swoją zdolność artystyczną do oswajania matematyki. Na studiach zrobiłam aneks do dyplomu, były to kolaże ze zdaniami matematycznymi, które zatytułowałam „Niezbyt trudne zadania matematyczne”. One były absurdalne, ale ludzie je czytali i lubili. A więc pomyśleli o matmie, jak o czymś rozrywkowym. Dobrze się poczułam z myślą, że mogę wyzwolić w kimś przyjemne uczucia związane z matematyką. Z tej samej przyczyny powstały PoRachunki Warszawskie. Chciałam żeby ktoś nielubiący matematyki, dzięki tym zadaniom pomyślał o niej ciepło. Fajnie, że to się udało i rysunki wywołują miłe skojarzenia.

A jaka historia stoi za powstaniem Wytwórnika?

Wydanie książki ,,Punkt wyjścia. Wytwórnik geometryczny” było nagrodą w konkursie Illustration StartUp, którego pomysłodawcą był mój wspaniały profesor Zygmunt Januszewski. To było wiele lat temu i długo trwało, zanim z Magdą, moją wydawczynią, doszłyśmy do tego, że książka będzie dotyczyła matematyki. Moje prywatne założenia były takie, że ma to być najładniejsza książka o matematyce, jaką widział świat. Głównym pomysłem na nią są punkty, które można łączyć. Każda rozkładówka jest przeznaczona geometrycznemu zagadnieniu, takiemu jak trójkąt czy linia krzywa. Najtrudniejsze dla mnie było wymyślenie jak w prosty, a zarazem poetycki sposób, przedstawić te hasła, nie używając matematycznego, specjalistycznego języka. Jak ująć to w sposób zrozumiały. Jednocześnie chciałam, żeby było to w pełni poprawne matematycznie. Zależało mi na tym, żeby rodzic, który nie lubił matematyki w szkole, obejrzał tę książkę i pomyślał: ,,o! jakie ładne”, a nie: ,,o matko, nienawidzę matematyki, nic z tego nie rozumiem”.

 

 

A jak opowiadasz swoim dzieciom o matematyce?

Moi synowie są jeszcze mali, ale rozwiązują zagadki, znają pojęcia, wchodzą we wszystko, co im proponuję. Mamy wielką kartkę z punktami schowaną za kanapą, wyciągamy ją regularnie i dorysowujemy różne rzeczy. Nie chcę ich tą matmą zamęczać, ale czasem pytam, ile zostało bananów na stole skoro zjedli 4.

Opowiedz o Potworach, bo to jest jeszcze jedna strefa twoich działań.

Potwory to klub sportowy, którego jestem założycielem i wspólnikiem. Około 7 lat temu wraz z czwórką przyjaciół postanowiliśmy zebrać nasze różne doświadczenia: narciarstwo, pracę w klubie narciarskim, pracę pedagogiczną oraz pracę z dziećmi, i postanowiliśmy założyć narciarski klub sportowy, w którym będziemy mogli pracować z dziećmi przez lata. Wymyślać własny program szkolenia i warunki pracy z dziećmi. I od tamtej pory, tak nam się to miło rozrasta. Grono dzieci, które z nami jeździ, powiększa się, a dzieci, które uczyliśmy w przedszkolach narciarskich, startowały w tym roku w pucharze Polski. I chcą pracować w Potworach jako instruktorzy narciarstwa! Moja działka jest mniej narciarska, bo obozy, które najbardziej na świecie lubię prowadzić, to obozy artystyczne, gdzie przez czas ich trwania przygotowujemy z dziećmi wystawę lub przedstawienie. Staram się też przekazać im umiejętności, które trudno nabyć niechcący, takie jak szycie na maszynie lub haftowanie, i w ogóle wszystkie ,,robótki ręczne”.

 

Jak się przygotowujesz do wyjazdów?

Inspiracji szukam cały rok. Mam też wspaniałe współpracowniczki, które zaczynały jako moje podopieczne, a teraz są superkobietami, organizują swoje wystawy, są na studiach artystycznych, mają zespoły muzyczne i swoje zdanie. Wymyślamy program wyjazdów w burzy mózgów i wychodzi nam coś super. Zawsze.

I możesz sobie pozmyślać.

Rzeczywiście bardzo to lubię i korzystam z każdej okazji, żeby opowiadać bajki. W zasadzie mogę na poczekaniu wymyślić dowolną bajkę o czymkolwiek. Bardzo dużo opowiadam ich także na obozach Śnieżnych Potworów, to świetny sposób na przyciągnięcie uwagi dzieci w momentach szczególnego rozbrykania. Czasami tym bajkom brakuje ciągu logicznego, bo jak mi się kończy pomysł, to wszystkich magicznie przenoszę w inną bajkę. Jeśli chodzi o zmyślanie w pracach artystycznych, to przychodzi mi ono już dużo trudniej. Mam poczucie, że tutaj wszystko powinno mieć sens i kierunek, nawet jeśli jest absurdalne. Żeby to osiągnąć, długo o czymś myślę, potem na jakiś czas przestaję i pomysł sam mi wpada do głowy.

Zmyślam też dużo moim dzieciom, mówimy do siebie niemożliwe słowa albo sobie czarujemy. Tylko wcześniej ustalamy, czy to jest naprawdę, czy nie.

Jak udaje ci się połączyć wszystkie obowiązki?

No niestety nie jest z tym łatwo. Do wsłuchania się w siebie i wymyślenia czegoś naprawdę świeżego potrzebuję mieć wolne ręce i wolną głowę. Bardzo trudno było mi to realizować kiedy dzieci były tycie, a ich tata w narciarskich rozjazdach. Na pewno pomogło mi stypendium artystyczne od miasta Warszawy, które dostałam tuż po narodzinach Klimka, na ilustrowany przewodnik po bazarach warszawskich. Z jednej strony miałam świetny powód – zobowiązanie – by wychodzić na długie wędrówki po bazarach, snuć się tam godzinami i robić dokumentację, a z drugiej – pieniądze, by czasem mieć komfort zostawiania synka pod opieką super opiekunki, mieć czas na zebranie myśli  i ubranie ich w słowa i obrazy. Dużo łatwiej też było mi prosić o pomoc przy dzieciach wiedząc, że wymyślanie to moja prawdziwa praca. Teraz, kiedy chłopaki pójdą do przedszkola potrzebna mi do szczęścia tylko własna pracownia.

Życzę ci tej wymarzonej pracowni i dziękuję za rozmowę.

*

Rozmawiała: Dominika Janik

Zdjęcia: Joanna Szpak-Ostachowska

*

Marta Kopyt

Urodzona w Warszawie, rocznik 1983. Ukończyła matematykę na UW, montaż na AFiT (podyplomowo), Sztukę Mediów na ASP. Obecnie czeka na dyplom ze studiów pedagogicznych (już prawie ma go w garści). Mama dwóch synów, Klimka (4) i Kazia (3 lata). W dorobku artystycznym ma kilka wystaw grupowych oraz  wyróżnienia w konkursach na ilustracje (w Polsce, a nawet w dalekim Szanghaju), dwa stypendia artystyczne od miasta Warszawy. Jest założycielką i czynną działaczką w Klubie Sportowym Potwory. Instruktorka narciarstwa.

 

 

 

 

4 komentarze

  • Markdottir:

    Przeczytałam wywiad, obejrzałam porachunki warszawskie i zakochałam się w pani Marcie. Muszę wybrać się do Wytworni na wystawę.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.