Mama, mama emigrantka

Beata w Luksemburgu

Optymistyczna relacja Beaty, która wyemigrowała z mężem najpierw do Irlandii, a potem do Luksemburga, rzuca dobre światło na życie poza ojczyzną.

Bo emigracja to nie tylko tęsknota, izolacja i poczucie niedopasowania. To też próba odnalezienia się w nowych warunkach i zbudowania rodziny w nowym środowisku. To, czy zamkniemy się na nowe reguły, czy otworzymy na możliwości, może zdecydować o radosnej, jasnej przyszłości.

Lekkość i pogoda, z jakimi Beata – fotografka i mama trzech córek opowiada o życiu na emigracji, każe nam myśleć o wyjeździe z kraju jako o przygodzie. Pociągającym impulsie, który wprawia w ruch kreatywność, każe się rozwijać, czerpać z nowych źródeł, oswajać i zgłębiać. Inspirujące!

***

Od jak dawna mieszkasz w Luksemburgu?

Do Luksemburga trafiliśmy 5 lat temu. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, była ogromna liczba języków, którą słyszałam na ulicach i w sklepach.

Czyli jest to kraj otwarty na imigrantów?

Zdecydowanie tak. Codziennie do pracy dojeżdża tutaj 200 tysięcy osób z krajów sąsiadujących. Dzięki temu bardzo łatwo można znaleźć swoją przestrzeń i poczuć się mniej obco.

Czy miałaś kłopoty z odnalezieniem się w tym kraju? 

Myślę, ze odnaleźć się w Luksemburgu nie jest trudno, ale na pewno łatwiej jest osobom posiadającym już jakieś konkretne doświadczenie zawodowe. Ale chyba tak jest wszędzie. Jeżeli ktoś chciałby spróbować, to osobiście Luksemburg polecam.

 

 

Jak wyglądało twoje życie przed wyjazdem z Polski?

Po kolei. Do Luksemburga przeprowadziliśmy się już we czwórkę z Irlandii. Na miejscu urodziłam Zoję. Polskę opuściłam dzień po obronie pracy magisterskiej, wiec całe moje samodzielne i zawodowe życie kształtowało się już w Irlandii. Do wyjazdu z Polski skłoniła mnie ciekawość życia za granicą, a namówiła mnie koleżanka, która była tutaj już przede mną. Decyzję o wyjeździe rozważaliśmy z moim chłopakiem – a obecnym mężem – bardzo krótko. Nas nie trzeba długo namawiać (śmiech).

 

 

W jakiej części kraju mieszkacie?

Mieszkamy w małej luksemburskiej wiosce niedaleko granicy niemieckiej. Mam wrażenie, że czas płynie tutaj dwa razy wolniej, jest spokojnie i miło. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia, uwielbiam przestrzeń i zieleń za oknem. Dla nas jest to miejsce idealne do życia, ale wiem, że niektórzy czują, że mogą się tutaj zanudzić na śmierć (śmiech).

Tak samo jest z całym Luksemburgiem. To maleńkie państwo lubiane przez rodziny z dziećmi, które wiodą już spokojniejszy tryb życia, natomiast bywa za ciasne i nudne dla tych, którzy przywykli do atrakcji większych krajów.

 

Czy coś cię zaskoczyło po przyjeździe?

Wielojęzyczność Luksemburczyków. Ogromna ilość obcokrajowców, których można spotkać na ulicach. Zdecydowanie inny temperament ludzi tutaj i w Irlandii, z której bezpośrednio trafiliśmy. Wszystko jest bardziej poukładane, oficjalne i urzędowe.

Czy macie na miejscu kogoś bliskiego?

Poznaliśmy tutaj wielu fajnych ludzi. Dorobiliśmy się chrześniaka i kilku przyjaciół. Brakuje nam rodziny, ale mamy obok kogoś, na kogo możemy liczyć, więc nie narzekamy.

Opowiedz o waszej codzienności. Co robicie, z czym się mierzycie, jakie są wasze rytuały?

Jestem osobą bardzo chaotyczną, dlatego nasz rozkład dnia skupia się głównie na tym, żeby dzieci były na czas zawiezione i przywiezione ze szkoły. Nie mam stałych godzin pracy, co daje mi możliwość poleniuchowania dłużej w łóżku. Odbieramy dziewczyny o godzinie 16.30 i, w zależności od pogody, układa się reszta naszego dnia. Zazwyczaj dziewczyny popołudniu biegają po podwórku albo organizujemy jakieś zabawy w domu.

 

 

Dwa razy w tygodniu zawozimy córki na taekwondo, a później mamy czas na wycieczki, basen lub wizyty u znajomych. Ostatni rok jest trochę bardziej intensywny dla naszej piątki. Dwa razy w miesiącu spędzam weekend w szkole w Warszawie i organizacja wolnego czasu spada wtedy na mojego męża.

 

 

Na jakich zasadach opierają się tamtejsze szkoły?

System szkolnictwa jest tutaj troszkę inny niż w Polsce. Dzieci zaczynają edukację już w wieku 4 lat w tzw. precoce. Jest to odpowiednik naszego przedszkola, nieobowiązkowy, ale zalecany dla dzieci, których rodzice nie posługują się językiem luksemburskim.

Ponieważ Luksemburg jest państwem z trzema językami urzędowymi, dzieci przechodzą płynnie w tryb nauki w każdym z nich. Pierwsze 2 lata dzieci uczą się języka luksemburskiego, od pierwszej klasy językiem wykładowym jest niemiecki, a w późniejszych latach dochodzi francuski, który staje się językiem wykładowym w liceum.

Jak ta metoda działa w przypadku twoich córek?

To była rzecz, której najbardziej się obawiałam, ale – jak się potem okazało – zupełnie niepotrzebnie. Dzieci uczą się języków bardzo szybko. W szkole dziewczyny pozostają do godziny 16.30 – z przerwą od 11.30 do 14 na kantynę – gdzie jedzą obiad, chodzą na basen lub szaleją na placu zabaw. Bardzo dużo czasu dzieci spędzają na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody. Mają przygotowane w szkole ubrania na każdą ewentualność i naprawdę z tego korzystają.

A jak jest z zadaniami domowymi? Dużo pracujecie wspólnie w domu?

Większość prac domowych dziewczyny odrabiają w czasie przerwy lekcyjnej, mogą wtedy korzystać z pomocy nauczycieli. Dzięki temu mają dużo czasu wolnego po szkole. Ale moje córki bardzo lubią szkołę, a to jest najważniejsze.

 

 

Jak wygląda twoja praca w Luksemburgu, czym się zajmujesz?

Moja przygoda zawodowa z fotografią zaczęła się niedawno. Zdjęcia robiłam hobbystycznie do momentu przypadkowego spotkania z zawodową fotografką, która zaproponowała mi stworzenie wspólnego projektu. I tak, bardzo spontanicznie,  stworzyłyśmy studio fotograficzne, w którym działamy razem od września. Jestem niesamowicie szczęśliwa, że udało mi się połączyć pasję z pracą, ale wiem, że wiele jeszcze nauki przede mną. Po raz pierwszy czuję, że podsumowując całe moje burzliwe życie zawodowe, wreszcie jestem na właściwym miejscu. Od roku również uczęszczam do szkoły fotograficznej w Warszawie.

A co robiłaś mieszkając w Irlandii?

Moja praca zawodowa w Irlandii była związana z informatyką. Po przeprowadzce i urodzeniu trzeciej córki praca w stałych godzinach była już dla nas niemożliwa. Przez chwilę prowadziłam sklep z ubrankami dziecięcymi aż trafiłam tutaj, gdzie jestem teraz.

Jak zmieniło się twoje życie, gdy pojawiły się dzieci?

Zmieniło się bardzo, ale na lepsze. Dziewczyny dają mi ogromną siłę do działania, pokazują świat swoimi oczami. Bywa ciężko, ale częściej jest wesoło. Mam ogromne wsparcie i pomoc od mojego męża. Bez niego nie mogłabym pogodzić macierzyństwa, pracy, szkoły i pasji.

 

 

Co pozwala ci się zrelaksować, zebrać siły?

Regeneruję się na siłowni. To taka chwila tylko dla mnie, bo dziewczyny nie mogą jeszcze kupić karnetu (śmiech).

Czego najbardziej ci brakuje?

Najbardziej – rodziny. Będąc w Polsce możemy zostawić dziewczyny z babcią i pójść z mężem do kina albo do sklepu. Tęsknię również za pierogami, których sama nie potrafię zrobić. Ostatnio bywam w Polsce bardzo często – przyjeżdżamy w komplecie 2-3 razy w roku.

Myślisz czasem o powrocie do Polski?

Na razie nie planujemy powrotu, choć wciąż lubimy zmiany, więc wszystko jest jeszcze możliwe.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

 

Leave a comment 1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama