Beata na Lazurowym Wybrzeżu

Mamy na emigracji

Odwaga, intuicja, miłość? Co każe ludziom pakować walizki i ruszać do nowego kraju, porzucać przewidywalny spokój dotychczasowego życia i porywać się na plan pełen niewiadomych? Przeczytajcie, co natchnęło Beatę do tego kroku.

Beata Roussel jest graficzką freelancerką, autorką książki ,,Opowiadania bez tytułu” i mamą trzech dziewcząt: 17-letniej Julii, 8-letniej Margot i 2-letniej Aliénor. Zanim na dobre przeprowadziła się do Francji, wielokrotnie bywała w tym kraju. „Ale nie można porównać trzytygodniowego życia turysty z 24-godzinnym życiem emigrantki” – jak szczerze wyznała w naszej rozmowie. Posłuchajcie wyznań matki-emigrantki, mieszkającej w Toulonie na Lazurowym Wybrzeżu, autentycznie stęsknionej za polską pluchą i chłodem. Historii romantycznej, pełnej ryzyka i wiary w to, że wszystko się uda. Przyjemności!

*

Jak długo mieszkasz we Francji?

Jestem tu od 2007 r., a na dobre zadomowiłam się po urodzeniu mojej drugiej córeczki Margot w 2010 r. Wcześniej przyjeżdżałam do Paryża, do cioci, na kursy językowe albo na wakacje. Byłam też raz na francuskich koloniach koło Bordeaux. Ale nie można porównać trzytygodniowego życia turysty z 24-godzinnym życiem emigrantki.

 

Prawda. Jak się tam żyje, będąc emigrantką?

Jest pięknie, ale też bywa ciężko. Nawet bardzo. Kiedy przyjechałam z Polski, z moją wtedy 7-letnią Julią, zamieszkaliśmy w Paryżu. Od dwóch lat mieszkamy na Lazurowym Wybrzeżu – w Toulonie. Największy plus tutejszego życia to ta sławna francuska celebracja drobnych życiowych przyjemności, bycie bon vivantem, czyli kimś, kto lubi życie i jego liczne smaczki. Minusem jest brak na co dzień MOJEJ Polski, czyli smaku barszczu mojej mamy, zapachu ulic Warszawy po letnim deszczu, odgłosów polskiego lasu brzozowego. Odbieram mocno świat czterema zmysłami i one mi o Polsce najbardziej przypominają. Poza tym, ja naprawdę tęsknię za styczniową szarzyzną stołecznych ulic i za topniejącym śniegiem! Gdybym miała wytypować jakiś następny przystanek życiowy, to byłaby to francuska wyspa Saint-Pierre-et-Miquelon. Latem jest tam aż… 15 stopni i tylko czasami świeci słońce.

Bo zaraz uwierzę! Ale na poważnie – powiedz, jak często Julia widuje się z tatą?

Rozmawiają regularnie na Skype i Julia przyjeżdża do Polski na wakacje.

Dogadujecie się?

Jak w każdym rozwiedzionym małżeństwie dochodzi do przepychanek, ale zawsze znajdujemy ścieżkę porozumienia. Dla Julii.

Czym zajmowałaś się przed wyjazdem, jaka byłaś?

Dobre pytanie. Moje życie dzieli się na dwa życia. Na to przed i po wyjeździe. Przed wyjazdem byłam rozwódką, wychowywałam sama pierwszą córkę, która mówiła tylko po polsku. Mieszkałam w Warszawie. Zawsze byłam człowiekiem orkiestrą, więc pewnie nikogo nie zdziwi moja transformacja z copywritera w dyrektora artystycznego. Zresztą, ja umiem pracować tylko tam, gdzie czuję fajny projekt. W ciągu tych 11 lat próbowałam zaczepić się w innych branżach, ale zawsze kończyło się to moją profesjonalną kapitulacją. Pozostaję więc wierna kreacji. Nie będę oryginalna i powiem, że za decyzją o przyjeździe tutaj kryje się mężczyzna – mój obecny mąż. Jak widać, miłość nie zna granic (śmiech).

Jak długo rozważałaś decyzję o wyjeździe?

Rok. Nie byłam sama, była moja córka Julia, która obecnie uczy się w matematyczno-fizycznej klasie maturalnej. Postawiłam wszystko na jedną kartę i udało się, chociaż wiem, jak ryzykowne było to posunięcie.

Nie żałujesz?

Nie żałuję. Kiedy mam gorsze dni, zastanawiam się, co by było gdyby… Ale uśmiechy moich dzieci czy pójście do portu i pogadanie z ulubionym księgarzem dodają mi siły na kolejny dzień życia na emigracji.

Co, poza ukochanym, ciągnęło cię do Francji?

Zawsze w pewien mistyczny sposób byłam związana z tym krajem, pachnącym poranną kawą i pain au chocolat. Moja mama miała zostać w Paryżu w 1968 roku, ale zamknięto granice i na prośbę dziadka wróciła, chociaż czekała na nią tutaj miłość jej życia. Być może podświadomie wypełniłam tę jej niespełnioną misję? Ciekawe, co powiedziałby na to Freud (śmiech).

Też się zastanawiam (śmiech). Masz tam kogoś bliskiego na miejscu?

Mój mąż jest Francuzem i kiedy rozważaliśmy opcje mieszkania we Francji lub w Polsce, stanęło na Paryżu. On umie powiedzieć po polsku tylko „Cześć, piękna’’, a nie jest to zdanie nadające się do wykorzystania w dużej międzynarodowej korporacji. Na miejscu jest rodzina mojego męża. Z mojej nie ma nikogo, bo ciocia, do której przyjeżdżałam jako dziecko, wróciła na stare lata do kraju.

Co cię zaskoczyło zaraz po przyjeździe?

Tak bardzo „niepolskie’’ podejście rodziców do dzieci, dziadków do wnuków i generalnie funkcjonowanie francuskiej rodziny. To jest temat rzeka i nie zawsze przyjemny.

Co masz na myśli?

Z jednej strony Francja to kraj rewolucji, filozoficznych dyskusji i pedopsychiatry Françoise Dolto. A z drugiej – konserwatywnego i sztywnego podejścia do wychowania dzieci. Mnie, Polce i matce, często ciężko jest się odnaleźć w tych (jeszcze) XIX-wiecznych realiach edukacyjnych.

Podaj przykład.

No, powiedz sama, kto w Polsce „tresuje” dwuletnie dziecko na ładnie jedzącego sztućcami księcia? Kto stosuje metodę „na wypłakanie się”, żeby nauczyć dziecko spania w swoim łóżeczku? Która z polskich matek wybierze napięty biust zamiast karmienia nim swojego noworodka? Na planecie F.R.A.N.C.J.A wszystko kręci się wokół dorosłych i ich potrzeb. Często mam wrażenie, że dziecko jest dodatkiem, jak markowa torebka. Jest, ale bez własnego JA. Istnieje, ale po to, żeby zadowolić dorosłego jako rodzica. Relacja rodzic-dziecko jest później przenoszona na relacje dziecko-rodzic-wnuk. Brakuje w tym wszystkim spontaniczności i polskiego serca na dłoni.

Opowiedz o waszej codzienności. Gdzie pracujesz?

Jestem grafikiem freelancerem. Pracuję w domu, na własnych zasadach, często w pidżamie i ciepłych kapciach. Zawsze pracowałam w kreacji – grałam w serialu TVP, prowadziłam program w TV, byłam copywriterem. We Francji skończyłam szkołę graficzną i tak oto stałam się dyrektorką artystyczną. Nie jestem osobą, która dobrze się czuje w dużych korporacjach, na open space’ach i przy pogaduchach w firmowej stołówce. Taka samotna opcja pracy to dla mnie wisienka na torcie mojego profesjonalnego życia na emigracji. Jestem okropnym handlowcem, więc tym zajmuje się mój mąż, który na co dzień pracuje w banku. Zależnie od projektów: jestem z dziećmi lub zajmują się nimi dziadkowie czy inne znajome, przyjazne nam dusze. Często pracuję w nocy, bo lubię ciszę i spokój o 2:00 nad ranem. Oboje z mężem jesteśmy wolnymi ptakami, to znaczy każdy z nas ma swoje hobby, ale spotykamy się też na wspólnym „placu zabaw’’, którym są wycieczki oraz zwiedzanie fajnych francuskich miasteczek i ciekawych miejsc. On uwielbia nurkowanie, ja historię Europy i sztukę średniowieczną, i próbujemy to razem pogodzić.

Jacy są Francuzi, czy łatwo wchodzą w bliższe relacje?

Francuzi są bardzo zachowawczy, mam na myśli tych prawdziwych, z dziada pradziada. Za dużo w ich relacjach hipokryzji, tzw. bon ton, dlatego moi znajomi są w większości ekspatami, są wśród nich Włosi, Wietnamczycy, Amerykanie.

Jaki masz sposób na tych trudnych Francuzów? Przecież trzeba z nimi jakoś żyć.

Ich się trzeba nauczyć. I wierz mi, instrukcja obsługi jest znacznie dłuższa niż ta dotycząca Polaków.

Na jakiej zasadzie działają tamtejsze żłobki, przedszkola? Czy jesteś z nich zadowolona, a może pewne zasady cię drażnią? 

Zacznę od dziadków – ta instytucja praktycznie we Francji nie istnieje. Dziadkowie żyją swoim życiem i najchętniej widywaliby wnuki podczas rodzinnych spotkań raz w miesiącu. Dodam jeszcze, że wnuki powinny być zawsze czyste, niezbyt głośne i jak już mówiłam, umieć posługiwać się widelcem oraz nożem w wieku 2 lat (śmiech).

Proszę cię!

Tak! Wolę polską teściową, która zagląda do mojej przysłowiowej, niedosolonej zupy. A wracając do placówek, żłobek we Francji jest najbardziej popularny. Maluchy są do niego oddawane w wieku niespełna 3 miesięcy – tyle trwa tutaj urlop macierzyński. Miejsc jest bardzo mało i przyjęcie jest ściśle powiązane z dochodami oraz sytuacją rodzinną. Klasa średnia musi więc raczej liczyć na opiekunki tzw. Assistante maternelle. Zwykle są to grupy złożone z 2-3 dzieci, bardziej kameralne niż żłobek. Opiekę dofinansowuje państwo. Ja mam dużo szczęścia, bo moimi dziećmi opiekowałam się i opiekuję sama. Mówię do nich po polsku i po francusku. Nie mam sztywnych zasad wychowawczych, oby się nie pozabijały (śmiech). W przyszłym roku moja najmłodsza córeczka Aliénor (jestem przecież fanką średniowiecza) idzie do przedszkola, które jest obowiązkowe od 3. roku życia. Jest państwowe, bezpłatne i znajduje się prawie zawsze w tym samym budynku, co szkoła podstawowa. My mamy 3 minuty drogi.

Jak zmieniło się twoje życie, odkąd zostałaś mamą? Jak zmieniłaś się ty?

Stawałam się mamą aż trzy razy w ciągu ostatnich 20 lat. Najmocniej wspominam ten pierwszy raz: pierwszy test ciążowy, pierwszą echografię, pierwszy poród siłami natury. Drugi i trzeci raz były inne, też intensywne, ale ścieżka macierzyństwa była już solidnie wydeptana. Jestem jedynaczką i nigdy nie przestanie mnie dziwić, jak dzieci mogą być różne od nas samych i od swojego rodzeństwa. Jestem perfekcjonistką, lubię sama wszystkiego dopilnować, więc robię to, czego nie powinnam – wszystko za wszystkich i dodatkowo jeszcze poprawiam. Pewnie dlatego z biegiem czasu domownicy scedowali na mnie milion obowiązków. Czasem protestują. Wtedy ja znikam i zamykam się w biurze, czytam, patrzę w sufit. I każdy już wie, że trzeba działać na własną rękę i nie liczyć przez jakiś czas na mamę.

Czego cię nauczyło macierzyństwo?

Przede wszystkim tego, że matka zawsze może. Nawet kiedy już nie może, to jeszcze może. Musi. Nauczyło mnie też pokory wobec natury i ludzkiego ciała. I pięciominutowego makijażu (śmiech).

A czego oduczyło?

Chyba egoizmu właściwego młodości.

Skąd czerpiesz energię? Czuję, że sporo jej masz.

Siły czerpię z mojej pracy, mojego bloga o dziecięcej modzie i designie oraz z przyrody, która otacza mnie tutaj na każdym kroku.

Czego ci we Francji najbardziej brakuje?

Na emigracji człowiek staje się bardzo emocjonalny, idealizuje ojczyznę. Dzisiaj rozumiem Chopina i Mickiewicza. Im też nie wystarczyły do szczęścia świeże croissanty o poranku (śmiech). A tak na serio, to bardzo brakuje mi relacji z polskimi kobietami: w pracy, sklepie, na placu zabaw. Takie zwykłe, codzienne, nieoceniające. Tutaj kobiety z natury się nie lubią. Ocenia się innych po wyglądzie, po marce torebki. Po 6 miesiącach być może będą się tolerować, a po 2-3 latach lubić. Tęsknię za „polską przyjaciółką od serca”. I polskimi filmami Barei, oglądanymi w czasie Świąt.

Wrócisz?

Tak sobie myślę, że kiedyś wrócę do siebie, na Mokotów. Będę starszą panią z francuskim pieskiem i torebką od Chanel.

Dzięki za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.