Basia, chłopaki i ich dom na plaży

poznajmy się bliżej!

Poznajmy się bliżej, choć blisko wcale nie jesteśmy. Dzieli nas jakieś osiem tysięcy kilometrów. Warszawa-Gwadelupa. Dziś zaglądamy do karaibskiego raju, ale nie będziemy rozmawiać o karaibskich widoczkach.

Z Basią Szmydt rozmowa płynie i płynie. Umie przelewać myśli na papier, co zresztą dokumentuje na swoim blogu. Zróbcie sobie kubek kawy, ta rozmowa nie będzie krótka. Ale donikąd nam się nie spieszy. Siedząc na plaży i wpatrując się w fale oceanu, Basia – autorka bloga – zbiera myśli, robi podsumowania i snuje plany. Wraz z marką Janod i Mudpuppy wyruszamy dziś w poszukiwaniu słońca i spokoju. Basia znalazła je właśnie tu. Dom nie zawsze jest konstrukcją z czterech ścian, jak sama mówi: naszym domem jest teraz plaża! Poznajmy się.

 

 

Opowiedz o was, jesteś kobiecym pierwiastkiem w męskiej drużynie…

Tak, to ja – artystka bujająca w obłokach, znajdująca piękno w maleńkich rzeczach, o czym lubię pisać na blogu. Wielka fanka podróżowania, zmian, prostoty i nieszukania dziury w całym. 
Tomek, głowa rodziny, którego biuro, dosłownie, mieści się w chmurach. To dzięki jego pracy (jest stewardem) podróżujemy po całym świecie. Na co dzień spokojny, rozsądny, kalkulujący, jest duszą towarzystwa, ma doskonałe poczucie humoru.
Synowie: Michał to ten „spokojny”, filozof, analityk,
 matematyczny umysł. Kocha podróże, klocki Lego, konstruowanie, opowieści o piratach. Uwielbia czytać książki. Aktualnie uczy się pływać całkiem sam, uprawia snorkeling, podziwia rybki i rafę koralową. Zwolennik przestrzegania zasad – na nasze nieszczęście (śmiech).
Marcin to ten niespokojny typ, jest w ciągłym ruchu, uwielbia tańczyć, wspinać się, ale ma też duszę artystyczną i jego ulubionym zajęciem jest plastyka. Buntownik z wyboru. Chłopcy są tak różni, jak tylko różne mogą być dzieci.


Blog to czasem odskocznia od codzienności, forma pracy, ale też poznawania ludzi. Jak jest u ciebie?

Blog to przede wszystkim moja ogromna pasja, choć chwilami brakuje mi na nią czasu. Uwielbiam pisać, a jeszcze bardziej uwielbiam pokazywać to, co widzę za pomocą zdjęć. Dzięki blogowi poznałam moich przyjaciół, z którymi mam nadzieję się zestarzeć. Mam genialne czytelniczki, które tak jak ja lubią odkrywać w życiu proste przyjemności. Lubię je inspirować, pokazywać im, że życie jest piękne tu i teraz, że czasem trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu, odważyć się, nie oglądać za siebie. Lubimy się z wzajemnością. Gdy je pytam, za co lubią mojego bloga, zgodnie odpowiadają – za autentyczność. Nie ma tam miejsca na jakikolwiek fałsz, jestem taka jak one. Dodatkowo piszę pod swoim imieniem i nazwiskiem, a to zobowiązuje. Blog to również rodzaj mojej rodzinnej kroniki. Uwielbiam wracać do starych postów. Patrzeć, jak zmieniłam się przez ostatnie trzy, cztery lata. Ostatnio w moim życiu naprawdę sporo się dzieje. Musiałam poprzestawiać priorytety.

Blogi, internet – na porządku dziennym jest tu hejt, ocenianie. Czy ta kwestia ciebie dotyczy, dotyka?

Środowisko blogerów to moje najbliższe koleżanki. Poznałyśmy się w Internecie, prywatnie się lubimy, nasze rodziny się spotykają, nasze dzieci się ze sobą bawią. Tu nie ma miejsca na hejt. Hejt pochodzi od obcych ludzi, od czytelników. Zazwyczaj od tych, którzy cię kompletnie nie znają i przeczytali twoje dwa ostatnie posty. Jest takie powiedzenie, że im bardziej twój blog jest popularny, tym więcej masz hejtu. I w moim przypadku to się sprawdza. Najwięcej negatywnych komentarzy pojawiło się po naszej przeprowadzce na Karaiby.
Po pierwsze – nie wszyscy musimy się lubić, jak to w życiu. Nie wszyscy musimy się ze sobą zgadzać. Jednak, gdy mnie się gdzieś nie podoba – wychodzę. Tak samo powinno być w przypadku bloga, który do ciebie nie dociera. Nie podoba się – odejdź. Jest tysiące miejsc w sieci, w końcu znajdziesz to idealne, do ciebie dopasowane.
Negatywne komentarze spływają po mnie jak po kaczce. Zazwyczaj ich nawet nie publikuję. Do domu też nie wpuszczam ludzi, którzy mówią mi, że jestem brzydka, gruba, a moje dzieci są głupie.
Ktoś mi pisze, że jestem taka i owaka (najdelikatniej rzecz ujmując), a ja w tym czasie leżę sobie z moimi dziećmi pod palmą na Karaibach i czytam im Pippi Pończoszankę. Komentarz tej osoby nie sprawi, że się spakuję i wrócę ze spuszczoną głową do Polski. Wręcz przeciwnie. Raczej szerzej się uśmiechnę, dziękując za to, gdzie teraz jestem i co robię.

 

No to zostańmy na Karaibach. To wasz obecny dom. Piszesz, że taki wyjazd to też podróż w głąb siebie, rodzaj testu, czas przewartościowań?

Historia nie jest zbyt skomplikowana! Mój mąż, na co dzień pracujący w liniach lotniczych, dostał możliwość aplikowania na półroczny kontrakt na Karaiby. Do wyboru było kilka wysp. W myśl zasady, którą wyznawał zdaje się Król Julian, powiedziałam „teraz, szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”. I aplikował. Przestraszony i rozsądny mąż mój. No i na jego nieszczęście przyjęli jego aplikację! Tym sposobem mieliśmy chwilę, by zorganizować Michałowi edukację domową, wynająć nasz dom i załatwić milion innych rzeczy.
Nie jest to blogerski lux wyjazd.
 Pilnowanie budżetu nigdy nie było tak zajmujące jak teraz, życie na Gwadelupie jest drogie. A życie na Gwadelupie 4-osobowej rodziny jest bardzo drogie. Po prostu. Nie jest to jednak powód, by tu nie przyjeżdżać. Rajskie krajobrazy wynagradzają wszystko, serio. To najpiękniejsze miejsce, w jakim do tej pory byłam.
Dlaczego podróż wgłąb siebie? Wyobraź sobie siebie, ze swoimi dziećmi, z mężem, z domową szkołą, niemal 24 godziny na dobę. 
Najlepszy wymięka – gwarantuję. Nasze dzieci są naprawdę super, nasze małżeństwo też jest super, ale każdy, bez wyjątku potrzebuje oddechu. Tu uczymy się dbania przede wszystkim o siebie, o to, żeby wyjść samej, samemu na plażę, na cały dzień, żeby pomyśleć w spokoju. Tego samego uczymy nasze dzieci, że mają prawo powiedzieć „Mamo, chcę pobyć sam”. Na wyspie uczymy się wzajemnej cierpliwości, akceptowania siebie, pomimo różnych wad, odpuszczania mnóstwa rzeczy. Tu naprawdę jest dużo czasu na rozmyślanie – za dużo! Cała sztuka polega na tym, żeby rozmyślać w tym dobrym kierunku…

 

Zabraliście ze sobą sporo układanek Janod, puzzli Mudpuppy i plastycznych pomocy. Pomagają wam w homeschoolingu?

Domową szkołę dzielimy na pół. Mamy czas, podczas którego realizujemy materiał z podręczników Michała, tak, żeby bez problemu dołączył do swojej klasy w kwietniu. To maksymalnie 2 godziny dziennie, podczas których jesteśmy w 100% skupieni. Cała reszta to przemycanie szkoły w zabawie, w codziennych czynnościach. Stawiamy duży nacisk na ćwiczenie ręki (mała i duża motoryka), dlatego w naszej domowej szkole jest mnóstwo zajęć plastycznych. Plastelina, farby, piasek, brokat, precyzyjne wyklejanie. Tu super sprawdzają się zestawy artystyczne Janod czy układanki Mudpuppy, na przykład Piraci. Czasem, gdy Michał nie ma ochoty na takie twórcze zajęcie, proszę, by zrobił rysunek dla swoich kolegów ze szkoły, który wyślemy pocztą, albo idziemy na plażę, gdzie nie dość, że sobie popływa, ćwicząc mięśnie, to jeszcze „pomiętoli” piasek. Wszystko to składa się na coraz większe postępy w pisaniu literek, a o to w pierwszej klasie głównie chodzi. Książki zaczął czytać sam, bo wieczorne dwa rozdziały ulubionej lektury to było dla niego za mało.
Wiem, że ten czas na Karaibach to najlepsza dla moich dzieci szkoła i przedszkole. To, co stąd zabiorą, zostanie im na zawsze. Bardzo często rozmawiamy, dużo im czytamy, oglądamy różne filmy dokumentalne. Maluchy chłoną jak gąbka.

Plaża, ogród to chyba dla chłopców jeden wielki plac zabaw? Jak lubią spędzać tu czas?

Plaża to najlepszy plac zabaw. Wspinają się na palmy kokosowe, walczą z falami, bawią się w piratów z Karaibów, budują zamki z piasku, szukają skarbów – wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Zasada jest taka, że na plażę nie zabieramy zabawek. Wtedy powstają najbardziej kreatywne wynalazki z patyków, liści, lian, kamieni. Prawdziwe dzieciństwo.
Kiedy zostajemy w domu, chłopcy zazwyczaj coś tworzą. W ruch idą farby, różne zestawy kreatywne Janod, które zabraliśmy z Polski. Malują muszle, robią laurki dla dziadków, które później wysyłamy pocztą. Robimy pacynki. Lubimy też grać wspólnie w różne gry planszowe dopasowane do wieku chłopaków. Z Michałem gramy często w statki Janod, z Marcinem w karty albo w kotki. Oprócz tego jest oczywiście nieśmiertelne Lego. Dzieciakom tak naprawdę do szczęścia potrzebni są rodzice – ich obecność i bliskość, ulubiona maskotka, wieczorne czytanie i znajome obiady! Całą resztę zorganizują sobie sami, jeśli im tylko pozwolimy.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

To skoro o organizacji – tu czas płynie inaczej. Jaka jest wasza nowa logistyka życiowa?

Wstajemy dosłownie razem z kurami (śmiech). Mieszkamy przy lesie tropikalnym, w którym żyją dziesiątki kur i kogutów. Zaczynają piać ok. 5 rano. Słońce wstaje ok. 6, a my razem z nim. Naturalny rytm. Kładziemy się też dosyć wcześnie.
Rano pijemy przed domem kawę, potem robimy owsiankę. Ok. 10 Michał siada na 2 godziny do lekcji. W tym czasie ja nastawiam obiad, ogarniam trochę mieszkanie. Zazwyczaj wtedy wiemy już, jaki jest plan na resztę dnia. Zazwyczaj ten plan jest mało sprecyzowany, ale tak się żyje na Karaibach. Czasami zostajemy w domu, częściej ruszamy na plażę miejską, oddaloną o jakieś 200 metrów od naszego domku. Ostatnio, ze względu na liczbę turystów, ruszamy dalej, na bardziej dziką stronę Gwadelupy na wycieczki. Wówczas wracamy do domu gdy jest już ciemno, a obiad jemy na plaży, zabrany ze sobą. Tak naprawdę większość rodzinnych rzeczy robimy na plaży, bo tak jest po prostu przyjemniej. Plus, mnie w głowie często pojawiają się myśli, że to się nie powtórzy, więc wyciskam z tych Karaibów jak z cytryny. Reszta rzeczy jest dokładnie taka jak w Polsce. Musimy zrobić zakupy, obiad, poczytać dzieciom książki, zadzwonić do dziadków, zagrać w planszówkę wieczorem.

 

Wróćmy do ciebie. Piszesz o wewnętrznym krytyku, braku wiary w siebie. Fajnie, że o tym wspominasz, bo to coś, co często nam, kobietom podcina skrzydła. Bywasz sama sobie największym krytykiem?

Nieustannie. Dziś już mniej, bo za mną roczne spotkania z doskonałym terapeutą, który poprzestawiał mi różne rzeczy w głowie, i nauczył, jak wrócić na dobre tory myślenia i zachowania.
Ale tak, to my, kobiety jesteśmy dla siebie największymi „katami”. Zawsze niewystarczająco dobre, zawsze można coś poprawić. Mnie też brakuje wiary w siebie i dziś, kiedy jestem po trzydziestce, wiem, że tej wiary nikt mi nie da, jeśli nie uwierzę w siebie sama. Żaden poradnik, żaden najwspanialszy partner, żadna praca, żadne pieniądze i tym bardziej żaden blog. Ale wiem też, że wiarę w siebie trzeba ćwiczyć, trzeba próbować nowych rzeczy, trzeba – nawet jeśli cały świat nam nie sprzyja – mieć odwagę postawić na swoim. Plus – absolutnie każdego dnia można zacząć od nowa! To budujące.

No to ćwiczenie dla ciebie: z czego jesteś dumna? Początek roku to czas podsumowań.

Pozostając w temacie wiary w siebie… Przede wszystkim jestem dumna z siebie. Z tego, że umiem odpuszczać to, co nieważne, z tego, że potrafię spakować swoją rodzinę na półroczny pobyt na Karaibach w jedno popołudnie. Z tego, że wciąż wiem, że lepiej jest być niż mieć. Jestem dumna z tego, że jestem i pozostaję sobą, że nie próbuję się na siłę dopasować do narzuconych norm (choć wiadomo, że sześciopakiem na brzuchu bym nie pogardziła!).
Jestem dumna z tego, jaką jestem mamą, jestem dumna z moich dzieci, z mojego małżeństwa, z naszej rodziny. Lubię na siebie patrzeć w lustrze.

 

Piszesz na blogu o prostych przyjemnościach, jakie są na Karaibach twoje przyjemności? Masz swój patent na #metime przy dwójce chłopców? 

Kiedy chcę tutaj naprawdę odpocząć, muszę pobyć sama, chociaż przez dwie godziny. Wtedy idę na plażę. Ze słuchawkami, z ulubioną muzyką albo z książką. Bardzo dużo tutaj czytam, ostatnio głównie polskie kryminały (doskonały Mróz!). Tak naprawdę miejsce, w którym teraz mieszkam, nie wymaga zbytniego kombinowania: masz plażę z białym piaskiem, szum palm i ciepłą lazurową wodę. Jeśli do tego dołożysz wciągającą książkę i lampkę schłodzonego białego wina – to właśnie jesteś w raju. Tak też się czuję.

To zanim polecę sprawdzić połączenia lotnicze na luty, odpowiedz jednym zdaniem na nasz kwestionariusz! Ulubiony kolor to…?

Nie mam ulubionego. Najbliżej mi do bieli, czerni i szarości.

Ulubiony smak?

Połączenie ciepłej, chrupiącej bagietki albo świeżo upieczonego chleba z prawdziwym masłem, całość popita czerwonym, wytrawnym winem.

Ulubione: film i książka?

Książka – „Dzieci z Bullerbyn”, natomiast film – aktualnie serial „Miami Vice” (tęsknię za latami 80.), kocham też „Co się wydarzyło w Madison County”, „Dirty Dancing”, „Nigdy w życiu” i „Podróż na 100 stóp”.

Ulubiony kwiat?

Piwonia

I pytanie na deser: czym chcesz siebie zaskoczyć w 2018 roku?

Odwagą i kolejnymi zmianami w moim życiu, które okażą się być dobre, jak zwykle!

Tego właśnie życzymy i marznąc, czekamy na wasze kolejne karaibskie kadry z Gwadelupy.

Adres do bloga i instagrama Basi.

 

zdjęcia: Basia Szmydt

rozmawiała: Kasia Karaim

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.